Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
Koncent Saunta Tredegarha został zbudowany dalej od miasta niż Muncoster i Baritoe, co w połączeniu z dzikością i niedostępnością Urwiska przydawało mu aury odosobnienia. Oczywiście kiedy miasta otaczające Muncostera i Baritoe upadały i odradzały się kilkanaście razy, podobne fale przemian nie omijały całkowicie Tredegarha, ale mieszkańcy świata matemowego lubili myśleć o nim jak o leśnym azylu. My jednak wylądowaliśmy w ruchliwym aerodromie pół godziny marszu od Bramy Dziennej, i kiedy jechaliśmy do matemu, mogłem się przekonać, że większość „lasów” to właściwie arboreta, a to, co z daleka brałem za pastwiska, to w istocie ogromne trawniki należące do sekularów zamieszkujących wielkie i stare domy na skraju lasów.
Brama Dzienna była tak wysoka, że nie zauważyłem, kiedy przez nią przejechaliśmy. Brukowana czerwonym kamieniem droga, na której z powodzeniem mogły się minąć dwa moby, skręcała łukiem w prawo i nurkowała pod olbrzymi matemowy kopiec kamieni, omyłkowo wzięty przeze mnie za tum. W rzeczywistości było to po prostu Kolegium Lekarskie, a czerwona droga miała wskazywać drogę niepiśmiennym pacjentom i odwiedzającym ich bliskim. Jechałem na elektrycznym wózku; kombinezon, w którym zostałem zamknięty, stanowił wyjątkowo nieporęczny bagaż. Mój kierowca wjechał na czerwoną drogę i szerokim łukiem wyminął stareńkiego pacjenta, wywożonego na wózku inwalidzkim w oplocie kroplówek i aparatury diagnostycznej. Przemknęliśmy pod łukiem wejścia i zjechaliśmy z drogi w korytarz serwisowy. Bucząc cicho, minęliśmy długi rząd zimnych pomieszczeń z metalowymi ladami i złowrogą plątaniną rur i zaworów i wyjechaliśmy po pochylni na dziedziniec. Był podobnej wielkości jak klauzura w Edharze, ale wydawał się mniejszy, ponieważ otaczały go wyższe budynki. W kącie stał nowiutki moduł mieszkalny. Rurki i przewody wychodziły z niego przez okna i albo łączyły się z pomrukującą maszynerią, albo przez kolejne okno biegły do laboratorium. Kazano mi wejść do środka i zdjąć kombinezon. Drzwi zatrzasnęły się za mną, a ja usłyszałem najpierw szczęk zamka, a potem popierdywanie rolki poliplastowej taśmy, którą ktoś uszczelniał drzwi. Zrzuciłem kombinezon, wyłączyłem walizkę i schowałem obie rzeczy pod łóżko. Moduł mieszkalny składał się z sypialni, łazienki i kącika kuchenno-jadalnego. Okna wzmocniono od zewnątrz metalową siatką (żebym przypadkiem nie wydrapał sobie drogi na zewnątrz, gdyby się okazało, że cierpię na klaustrofobię i miewam ataki paniki) i grubą warstwą przezroczystego poliplastu.
Żadna rewelacja, ale pierwszy raz od paru tygodni znalazłem się zupełnie sam i był to dla mnie luksus nie do przecenienia. Nie wiedziałem, co ze sobą począć. Kręciło mi się w głowie, byłem osłabiony. Nie miałem wcale poczucia przesadnej prywatności, ponieważ przypuszczałem, że jestem obserwowany. Cały czas stawała mi przed oczami moja własna zapłakana twarz, którą niechcący uwieczniłem na płytce w Oku Clesthyry po peanatemie Orola; po jego pierwszej śmierci. Instynkt kazał mi się gdzieś zaszyć, poszedłem więc do łazienki, zgasiłem światło, włączyłem prysznic i wszedłem pod lecący z góry strumień, a kiedy temperatura wody się ustabilizowała, osunąłem się plecami po ścianie i skuliłem nad odpływem. Kompletnie się rozkleiłem. Razem z wodą spłynęło mnóstwo spraw i emocji.
Przeżyłem wiele przygód, o których miło by się opowiadało, gdyby Orolo nie wyparował na moich oczach. Kilkanaście aeroplanów, w tym mój, poleciało na sąsiednią wyspę (pod wiatr) i wylądowało tam na plaży, płosząc tubylców, którzy wylegli na brzeg morza, żeby, popijając wino, oglądać erupcję Ecby. Niektórym maszynom zabrakło paliwa i musiały wodować. Ponieważ jednak wcześniej wyrzucono z nich tratwy ratunkowe, żeby zrobić więcej miejsca, pasażerowie potopiliby się masowo, gdyby nie deklaranci, którzy ze sfer zrobili boje. Drugi rzut komandosów wyłowił ich i przeniósł na naszą plażę, zarekwirowaną tymczasem przez państwo sekularne i odgrodzoną od reszty wyspy. Zrzucono nam z aeroplanów namioty i mogliśmy sobie rozbić obozowisko, „Nową Orithenę”, z płócienną klauzurą i cyfrowym zegarem na patyku, przy którym odprawialiśmy certyfik. Odśpiewaliśmy requiem za Orola i innych, którzy zginęli. Wojskowi rozbili duże namioty, przegonili nas przez nie na golasa, spłukali jakimiś chemicznymi miksturami i rozdali nam foliowe torby, w które mieliśmy się wypróżniać. Przez kilka dni żywiliśmy się wojskowymi racjami i nosiliśmy papierowe kombinezony — po zabrudzeniu kazano nam je palić. Od czasu do czasu wzywano nas na przesłuchania, robiono nam fototypy i skany biometryczne.
Około południa drugiego dnia na pobliskiej drodze przerobionej na prowizoryczny aerodrom wylądował duży aeroplan — taki zwyczajny, ze skrzydłami. Niedługo potem na plażę zajechała kawalkada pojazdów z cywilami; niektórzy z nich nosili zawoje i sznury. Wywołano mnie po imieniu. Podszedłem do bramy obozu, gdzie spotkałem się z liczącym dwa tuziny ludzi — i stojącym w bezpiecznej odległości, po drugiej stronie piaszczystego placyku — kontyngentem z Tredegarha. Dopóki nie przemówili do mnie po orthyjsku, nie rozpoznałem w nich deklarantów; mieli zupełnie inne zawoje i sznury niż my w Edharze. Pochodzili z różnych koncentów. Rozpoznałem tylko jedną kobietę: była wśród Dzwoneczników, którzy w Mahshcie uratowali mi życie. Spojrzałem jej w oczy i skinąłem lekko głową. Odpowiedziała mi w ten sam sposób.
Pewuer całej grupy powiedział coś na temat Orola — z szacunkiem i całkiem zgrabnie, po czym poinformował mnie, że mam im pomóc przygotować „dane”, jakie zostaną przekazane na konwoks, a następnego dnia udam się z nimi do Tredegarha. Przez „dane” rozumiał oczywiście zwłoki obcej i pudełko z fiolkami, które, skonfiskowane przez żołnierzy, mroziły się w specjalnie do tego przeznaczonym namiocie.
Sammann odbył w tym czasie podobną rozmowę z jednym ze swoich pobratymców: mała grupka itów przyjechała na plażę osobnym pojazdem.
Później pochłonęła mnie praca, co chyba dobrze mi zrobiło, bo miałem mniej czasu na rozmyślania. Ponieważ Orolo oddał życie w zamian za wiedzę teoryczną zawartą w zwłokach Geometry, przygotowując je do transportu do Tredegarha, okazywałem im taki sam szacunek, jaki okazałbym Orolowi, gdybyśmy mogli urządzić mu porządny pogrzeb. Ta wiedza kosztowała nas dwoje istnień: jedno z Arbre i jedno z innego świata.
W wolnym czasie (którego nie miałem zbyt wiele) rozmawiałem z Cord. Najpierw po prostu mówiłem, co czuję. Później Cord zaczęła mi opowiadać o tym, co zaszło na Ecbie, a ja stwierdziłem, że postrzega wydarzenia przez pryzmat kelksowskich dogmatów: najwyraźniej Sarkowi udało się kogoś nawrócić. W Mahshcie jego słowa nie zrobiły na niej wielkiego wrażenia, ale to, co przeżyliśmy w Orithenie, musiało je uwiarygodnić w jej umyśle. Nie był to najlepszy moment, żeby ją przekonywać, że się myli. Zdałem sobie sprawę, że w pewnym sensie wróciliśmy do zagadnienia zepsutej kuchenki. Po co miałem wykładać Cord prawdziwsze wytłumaczenie, skoro zrozumieć je mógł tylko deklarant, który całe życie poświęcił studiowaniu teoryki? Cord, z natury niezależna, nie chciałaby się poddać ideom matemowym z tych samych powodów, dla jakich nie zamierzała gotować śniadań na kuchence, której nie była w stanie zrozumieć i naprawić.
Wymęczony i roztrzęsiony, ale oczyszczony i silniejszy, wędrowałem po swoim nowym domu.
Połowę przestrzeni w kuchni zajmowała butelkowana woda na ustawionych w wielopiętrowe stosy paletach. Szafki wypełniała dziwaczna mieszanina artykułów spożywczych z extramuros i świeżych jarzyn z kłębów i arboretów Tredegarha. Na stole walały się porzucone książki: trochę staroci fantastycznych (oryginały, drukowane maszynowo na tanim papierze, dawno obróciły się w proch; to były odręczne kopie, sporządzone na porządnych arkuszach) oraz filozoficzno-metateoryczno-kwantowo-neurologiczny miszmasz: były tam zarówno dzieła Protasa, jak i prace nieznanych deklarantów z matemów, o których nigdy nie słyszałem. Domyśliłem się, że jakiemuś fidowi zlecono zaopatrzenie mnie w lektury, a on przespacerował się po bibliotece, na chybił trafił ściągając z półek wszystko, co mu wpadło w ręce.