Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Peanatema [Anathem - pl]
Peanatema [Anathem - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Peanatema [Anathem - pl]

Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:

Stephenson opisał tu badaczy, filozofów, naukowców, którzy zostali zamknięci w zakonach i pozbawieni dostępu do komputerów, akceleratorów cząstek oraz reszty niezbędnego ustrojstwa, lecz nie zaprzestali swoich badań. Opracowali nowe metody pracy, równie dobre, a może nawet lepsze od starych, bo działające wyłącznie w oparciu o wszechstronne możliwości psychofizycznego instrumentarium człowieka. Tym samym Stephenson zdaje się mówić wprost — jedyną technologią, którą warto rozwijać jest człowiek.
1 ... 153 154 155 156 157 158 159 160 161 ... 253
Перейти на страницу:

Tylko dwa aeroplany stały jeszcze na ziemi — i jeden z nich właśnie wystartował, zrzucając dwóch oritheńczyków, którzy rozpaczliwie usiłowali się czepiać drzwi, ale ręce ześliznęły im się po metalu. Co najmniej dziesięć osób zostało na dole. Niektórzy leżeli tam, gdzie upadli, inni, przygnębieni, siedzieli na ziemi, jeszcze inni zaczęli biec w stronę morza; jeden rzucił się w stronę ostatniego aeroplanu, ale był za daleko. Głos w mojej głowie dopytywał się Dlaczego ich nie zabrali? To przecież tylko parę osób. Ale odpowiedź była oczywista — wystarczyło popatrzeć i posłuchać, jak zachowywał się aeroplan, którym leciałem: ustawione na pełną moc silniki wyły przeraźliwie, a wzbijaliśmy się w powietrze w tempie człowieka wspinającego się po drabinie, siejąc przy tym na wszystkie strony drobiazgami, które wpadły ludziom w ręce i wydawały się zbędne. Latarka uderzyła mnie z tyłu w głowę i upadła na podłogę. Zgarnąłem ją i wyrzuciłem przez otwarte drzwi.

Mało nie trafiłem zakutanej w zawój postaci, podświetlonej od tyłu ostrym światłem reflektorów aportu Gnela i uginającej się pod jasnoniebieskim ciężarem: zwłokami obcej, które, zapomniane przez wszystkich, zostały na skrzyni aportu. Człowiek zgięty pod tym brzemieniem biegł w stronę ostatniej maszyny, która jeszcze nie oderwała się od ziemi. Z otwartych drzwi wyciągnęły się ku niemu ręce, a on podjął ostatni heroiczny wysiłek: stanął w rozkroku, ugiął lekko nogi i wypchnął trzymane na rękach zwłoki do góry. Dłonie chwyciły je i wciągnęły na pokład. Żołnierz stojący w drzwiach obnażył zęby, krzycząc coś do mikrofonu. Aeroplan dźwignął się w powietrze, zostawiając na ziemi człowieka, który przyniósł zabitą kobietę. Zmusiłem się do tego, żeby mu się przyjrzeć — i zobaczyłem to, czego się spodziewałem i obawiałem: Orolo został sam przed bramą Oritheny.

Wzbiliśmy się już dostatecznie wysoko, żebym mógł spojrzeć ponad murem i zabudowaniami koncentu w stronę wulkanu. Widziałem, co się zbliża; wyglądało dokładnie tak, jak opisywał nam to fraa Haligastreme, powołując się na starożytne źródła: ciężkie jak kamień, płynne jak woda, gorące jak kuźnia i — po przebyciu kilku tysięcy stóp w dół stromego stoku — szybkie jak pociąg ekspresowy.

— Nie! — wrzasnąłem. — Wracajmy!

Nikt mnie nie słyszał, ale stojący obok mnie żołnierz wyczytał coś z mojej twarzy i zobaczył, jak zerkam w stronę kabiny. Spokojnie podniósł broń i przystawił mi lufę do czoła.

Moja następna myśl brzmiała Czy wystarczy mi odwagi, żeby wyskoczyć? Orolo mógłby zająć moje miejsce. Wiedziałem jednak, że nie wylądują, żeby go zabrać. Nie było na to czasu.

Orolo rozglądał się z zaciekawieniem. Sprawiał wrażenie niemal znudzonego. Przesunął się w miejsce, z którego przez otwartą bramę widział wulkan i mógł obserwować, co go czeka — i myślę, że właśnie wtedy zdał sobie sprawę, ile czasu mu jeszcze zostało. Podniósł porzuconą saperkę i rękojeścią wyrysował łuk na miękkiej ziemi. Powtórzył to kilkakrotnie, przemieszczając się i łącząc łuki, aż wykreślił zgrabną, nieskończoną krzywiznę analemmy. Potem stanął na niej, odrzucił saperkę i spojrzał przeznaczeniu w oczy.

Budynki koncentu implodowały, zanim pomarańczowa lawina ich dosięgła, powalone popychaną przez nią falą uderzeniową. Zniszczenie w kilka sekund rozlało się po całym kompleksie, fala grzmotnęła od środka w zewnętrzny mur. Ściana wybrzuszyła się, popękała, zrzuciła kilka kamiennych bloków ze szczytu — ale wytrzymała, dopóki żarząca się chmura nie uderzyła w nią z pełnym impetem. Pod jej naporem kawałki muru posypały się jak dziecięce klocki.

— Nie! — krzyknąłem drugi raz.

Orolo zachwiał się, popchnięty falą uderzeniową i upadł, zwiotczały jak kawałek sznurka. Na ułamek sekundy otulił go dym: to zawój zaczął się tlić w skwarze bijącym od rozżarzonej chmury. Nasz aeroplan zakolebał się i ześliznął w bok, wstrząsany wierzgnięciami zagęszczonego powietrza. Ognista chmura przelała się przez bramę, przeskoczyła przez resztki muru i spadła na Orola. Przez ułamek sekundy był jeszcze kwiatem żółtego płomienia w strudze oślepiająco białego blasku, a potem zlał się z nim w jedno. Została z niego smużka pary unosząca się nad wirem ognia.

Część 9 PRZYGARNIĘCIE

Konwoks: Ogromna konwokacja deklarantów z matemów i koncernów z całego świata. W normalnych okolicznościach odbywa się tylko podczas apertu milenijnego albo po Łupieży. W sytuacji wyjątkowej może zostać zwołana na żądanie państwa sekularnego.

— Słownik, wydanie czwarte, 3000 p.r.

Fala mlecznego światła rozlała się po lasach i łąkach i zgęstniała w lepką mgłę. Nastał dzień bez świtu. W oknie aeroplanu pojawiła się siateczka miliona rys, rozbijających światło na wielobarwny pył. Oglądałem je przez wizjer baloniastego skafandra. Obok mnie na siedzeniu leżała pomarańczowa walizka, która oddychała i gulgotała jak ludzki tułów, zabijając wszystko, co ze mnie wychodziło. Deklaranci i gryzipiórki, którzy zjechali się na konwoks z całej Arbre, byli zbyt ważni, żeby ryzykować zakażenie zarazkami obcych, musiałem więc mieszkać w balonie, dopóki nie zapadną nowe decyzje.

Nie miało to żadnego sensu. Po co w ogóle sprowadzali mnie do Tredegarha, skoro obawiali się ryzyka? Żaden dialog rozumnych istot nie mógł doprowadzić do konkluzji, że należy mnie przywieźć na konwoks, ale w balonie. Orolo miał rację: konwoks był tworem politycznym i podejmował decyzje na zasadzie kompromisu, a przecież regularnie się zdarza, że kompromis między dwiema całkiem rozsądnymi możliwościami nie ma nic wspólnego z sensem i logiką.

Dlatego pierwszy raz zobaczyłem Urwisko przez kilka warstw przymglonego, porysowanego i spękanego poliplastu, spowite tumanami jakiegoś oparu, który równie dobrze mógł być dymem, parą albo kurzem. Opisujący je poeci zawsze oglądali je o świcie lub o zmierzchu, w przepiękny, pogodny dzień, i zastanawiali się, co robią zamieszkujący wieżyczki tysięcznicy. Najwidoczniej nie wiedzieli (albo wiedzieli, ale dyskrecja nie pozwalała im o tym wspominać), że granitowa bryła poniżej Urwiska jest gęsto podziurawiona tunelami, w których przechowuje się odpady radioaktywne, i że Tredegarh cieszy się opinią Nieskalanego nie ze względu na niezwykłą moc murów ani odwagę obrońców, lecz dzięki porozumieniu zawartemu między światem matemowym i państwem sekularnym. Ciekaw byłem, jaki wiersz wyszedłby spod pióra poety, który zobaczyłby Urwisko tak jak ja w tej chwili, i wiedział to, co ja wiedziałem. Kiedy parsknąłem śmiechem, wizjer zupełnie mi się zamazał, ale potem odzyskałem wzrok i ukazał mi się ten sam ponury, mglisty, wyprany z kolorów obraz — i doszedłem do wniosku, że mógłby to być całkiem niezły wiersz. Urwisko wyglądało na tysiąc lat starsze od wszystkiego, co widziałem na Ecbie, a dzięki przeszkodom utrudniającym mi jego oglądanie czułem do niego podobny dystans emocjonalny jak kosmograf obserwujący mgławicę przez teleskop.

1 ... 153 154 155 156 157 158 159 160 161 ... 253
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)