Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
Tylko dwa aeroplany stały jeszcze na ziemi — i jeden z nich właśnie wystartował, zrzucając dwóch oritheńczyków, którzy rozpaczliwie usiłowali się czepiać drzwi, ale ręce ześliznęły im się po metalu. Co najmniej dziesięć osób zostało na dole. Niektórzy leżeli tam, gdzie upadli, inni, przygnębieni, siedzieli na ziemi, jeszcze inni zaczęli biec w stronę morza; jeden rzucił się w stronę ostatniego aeroplanu, ale był za daleko. Głos w mojej głowie dopytywał się Dlaczego ich nie zabrali? To przecież tylko parę osób. Ale odpowiedź była oczywista — wystarczyło popatrzeć i posłuchać, jak zachowywał się aeroplan, którym leciałem: ustawione na pełną moc silniki wyły przeraźliwie, a wzbijaliśmy się w powietrze w tempie człowieka wspinającego się po drabinie, siejąc przy tym na wszystkie strony drobiazgami, które wpadły ludziom w ręce i wydawały się zbędne. Latarka uderzyła mnie z tyłu w głowę i upadła na podłogę. Zgarnąłem ją i wyrzuciłem przez otwarte drzwi.
Mało nie trafiłem zakutanej w zawój postaci, podświetlonej od tyłu ostrym światłem reflektorów aportu Gnela i uginającej się pod jasnoniebieskim ciężarem: zwłokami obcej, które, zapomniane przez wszystkich, zostały na skrzyni aportu. Człowiek zgięty pod tym brzemieniem biegł w stronę ostatniej maszyny, która jeszcze nie oderwała się od ziemi. Z otwartych drzwi wyciągnęły się ku niemu ręce, a on podjął ostatni heroiczny wysiłek: stanął w rozkroku, ugiął lekko nogi i wypchnął trzymane na rękach zwłoki do góry. Dłonie chwyciły je i wciągnęły na pokład. Żołnierz stojący w drzwiach obnażył zęby, krzycząc coś do mikrofonu. Aeroplan dźwignął się w powietrze, zostawiając na ziemi człowieka, który przyniósł zabitą kobietę. Zmusiłem się do tego, żeby mu się przyjrzeć — i zobaczyłem to, czego się spodziewałem i obawiałem: Orolo został sam przed bramą Oritheny.
Wzbiliśmy się już dostatecznie wysoko, żebym mógł spojrzeć ponad murem i zabudowaniami koncentu w stronę wulkanu. Widziałem, co się zbliża; wyglądało dokładnie tak, jak opisywał nam to fraa Haligastreme, powołując się na starożytne źródła: ciężkie jak kamień, płynne jak woda, gorące jak kuźnia i — po przebyciu kilku tysięcy stóp w dół stromego stoku — szybkie jak pociąg ekspresowy.
— Nie! — wrzasnąłem. — Wracajmy!
Nikt mnie nie słyszał, ale stojący obok mnie żołnierz wyczytał coś z mojej twarzy i zobaczył, jak zerkam w stronę kabiny. Spokojnie podniósł broń i przystawił mi lufę do czoła.
Moja następna myśl brzmiała Czy wystarczy mi odwagi, żeby wyskoczyć? Orolo mógłby zająć moje miejsce. Wiedziałem jednak, że nie wylądują, żeby go zabrać. Nie było na to czasu.
Orolo rozglądał się z zaciekawieniem. Sprawiał wrażenie niemal znudzonego. Przesunął się w miejsce, z którego przez otwartą bramę widział wulkan i mógł obserwować, co go czeka — i myślę, że właśnie wtedy zdał sobie sprawę, ile czasu mu jeszcze zostało. Podniósł porzuconą saperkę i rękojeścią wyrysował łuk na miękkiej ziemi. Powtórzył to kilkakrotnie, przemieszczając się i łącząc łuki, aż wykreślił zgrabną, nieskończoną krzywiznę analemmy. Potem stanął na niej, odrzucił saperkę i spojrzał przeznaczeniu w oczy.
Budynki koncentu implodowały, zanim pomarańczowa lawina ich dosięgła, powalone popychaną przez nią falą uderzeniową. Zniszczenie w kilka sekund rozlało się po całym kompleksie, fala grzmotnęła od środka w zewnętrzny mur. Ściana wybrzuszyła się, popękała, zrzuciła kilka kamiennych bloków ze szczytu — ale wytrzymała, dopóki żarząca się chmura nie uderzyła w nią z pełnym impetem. Pod jej naporem kawałki muru posypały się jak dziecięce klocki.
— Nie! — krzyknąłem drugi raz.
Orolo zachwiał się, popchnięty falą uderzeniową i upadł, zwiotczały jak kawałek sznurka. Na ułamek sekundy otulił go dym: to zawój zaczął się tlić w skwarze bijącym od rozżarzonej chmury. Nasz aeroplan zakolebał się i ześliznął w bok, wstrząsany wierzgnięciami zagęszczonego powietrza. Ognista chmura przelała się przez bramę, przeskoczyła przez resztki muru i spadła na Orola. Przez ułamek sekundy był jeszcze kwiatem żółtego płomienia w strudze oślepiająco białego blasku, a potem zlał się z nim w jedno. Została z niego smużka pary unosząca się nad wirem ognia.
Część 9 PRZYGARNIĘCIE
Konwoks: Ogromna konwokacja deklarantów z matemów i koncernów z całego świata. W normalnych okolicznościach odbywa się tylko podczas apertu milenijnego albo po Łupieży. W sytuacji wyjątkowej może zostać zwołana na żądanie państwa sekularnego.