Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Walczące potwory zdążyły już wytoczyć się z mgły na przedpole obwarowań, gdy spadły na nie bełty z ciężkich kusz. Jednocześnie szczyt wału zadudnił pod ciężkimi buciorami nadciągających na pomoc żołnierzy. A Ande Salurin stał na wieży, machał rękoma i krzyczał:
— Zabić je! Zabić!!!
Jednocześnie jakaś część jego umysłu na chłodno analizowała całe zajście: „Cesarz — mówiła. — Musisz tu wezwać cesarza. Ber-Arlens musi to zobaczyć na własne oczy, bo nie uwierzy żadnym raportom”.
Rozdział 34
— Luka. Hej, Luka. Obudź się. No już. Obudź się.
Ocknął się z głębokiego snu bez marzeń, czując się trochę tak, jakby wypływał ku światłu z głębi przepastnej, bezdennej studni. Koło siedziała przy nim w kucki i szturchała go palcem. Po czym spróbowała mu ten palec włożyć w oko.
Machnął ręką, odpędzając się od niej jak od natrętnego owada.
— Czego chcesz?
— Musisz pójść do Kahela, Luka. Do namiotu. Będą radzić.
— O czym? Aach…
Napłynęły wspomnienia. Wczorajszy szturm poszedł źle. Bardzo źle, i to pomimo udziału Uawari Nahs. Czarnoskórzy wojownicy wzięli udział w – jak się wszystkim wydawało – ostatnim ataku na Pomwe i razem z resztą powstańczej armii zostali odparci. Bo na murach miasta pojawili się Geghijczycy, w tym Rude Psy Hantara Sehrawina. Kilka tysięcy zawodowych żołnierzy.
Tyle Luka widział, stojąc na tyłach i przeklinając własną bezsilność. Po ostatnim wypadzie ledwo mógł unieść ramię, a w głowie kręciło mu się, jakby hulała tam trąba powietrzna, więc nawet nie próbował pchać się do szturmu. Trzeba wiedzieć, kiedy dać sobie spokój, bo więcej będzie z człowieka szkody niż pożytku. Patrzył więc tylko, jak powstańcy idą do ataku, i jak są spychani z drabin, oblewani wrzącym olejem, miażdżeni kamieniami i belkami.
Obrońcy też czuli, że to decydujący szturm i że jeśli mury padną, to miasto czeka czas zapłaty za tysiące pomordowanych niewolników, więc walczyli z milczącą, posępną desperacją. A na miejsce każdego żołnierza, który spadł z blanków, pojawiał się następny i następny.
Luka pamiętał chwilę, gdy zrozumiał, że im się nie uda. To było dokładnie wtedy, gdy zapłonął drugi taran. Pierwszy dopalał się pod bramą, a drugi spłonął, nawet nie tryknąwszy muru wzmocnionym łbem. Pomweńczycy użyli jakiegoś rodzaju pompy, która wystrzeliła strumień gorącego oleju na odległość dobrych stu stóp, po czym podpalili machinę salwą płonących strzał.
Nie patrzył więcej na miasto, zajął się pomaganiem ciężko rannym w dotarciu do lazaretu. A były ich setki. Odbiegali, odchodzili i odpełzali spod murów pokrwawieni i poparzeni, czasem w milczeniu, czasem zataczając się i wyjąc. Pamiętał młodego mężczyznę, któremu cios maczugą albo obuchem topora zmiażdżył szczękę, a pokrwawiona masa mięsa i kości zwisała aż do połowy piersi. Pamiętał żołnierza swojego pułku, Aerina, z jedną stroną twarzy spaloną do gołej kości, i młodą łuczniczkę z kompanii zwiadowców, z obiema nogami pogruchotanymi głazem ciśniętym przez obrońców. Czołgała się w ciszy, nie krzycząc ani nie płacząc, a oczy miała tak obojętne i spokojne, jakby całe to piekło wokół niej działo się gdzieś daleko.
Widział takie oczy zbyt wiele razy jak na jedno pieprzone życie, podbiegł więc do niej, podniósł z ziemi i trzymając na rękach jak małe dziecko, odbiegł na tyły. Prawie nie czuł wtedy bólu w ramieniu ani zawrotów głowy.
Atak przerwano po dwóch godzinach i choć Pomwe zwyciężyło, jego mury nie rozbrzmiały okrzykami triumfu. Jakby wszyscy bez wyjątku byli przerażeni ilością przelanej krwi.
Luka przez kolejne godziny pomagał rannym trafić w bezpieczne miejsce. Mieli na tyłach kilka lazaretów, a ten, do którego ich prowadził, zdawał się być pod szczególną opieką Koła. Wszędzie było jej pełno, poiła i karmiła rannych, pomagała im układać się na posłaniach, a nawet prowadziła w krzaki za potrzebą. Kobiety sprawujące tu pieczę nie zwracały na nią szczególnej uwagi, same miały pełne ręce roboty w innych namiotach i najwyraźniej każdą pomoc przyjmowały z wdzięcznością.
Luka pamiętał niewyraźnie, jak w pewnym momencie opuściły go siły, więc położył się po prostu na płaszczu rozesłanym na ziemi i zasnął.
A teraz został obudzony przez próbującą mu wepchnąć palec do oka Koło.
— Już, już. Nie śpię. — Usiadł, podrapał się po głowie, zerknął na chmury zasłaniające niebo. — Jest już wieczór?
— Tak. Kahelle zwołał naradę dowódców. Idź tam. Dowiedz się, co zamierza.
Ton, jakim została wypowiedziana ta prośba – albo raczej rozkaz – sprawił, że od razu oprzytomniał. Koło zazwyczaj nie była tak szorstka i apodyktyczna. Zmierzyli się wzrokiem. Dziewczyna zerkała na niego jak ptak, kręcąc głową i patrząc raz zdrowym, raz poparzonym okiem, a jej język wysuwał się i chował między zęby jak nerwowe zwierzątko.
Cholera, znów dopadły ją One.
Ale czy mógł się dziwić? Po wszystkim, co widziała ostatnimi czasy?
— Koło, dziecko, oni nie dopuszczą mnie nawet na sto jardów do narady, jak rozumiem. Tego by jeszcze brakowało, żeby każdy dziesiętnik bez przydziału pchał się do generalskiego stołu.
Wzruszyła ramionami.
— Idź. Zasłoń ramię płaszczem, to nie zobaczą, że nie nosisz koloru na ręce. A to — musnęła palcami jego opatrunek — ma teraz wielu. Zobacz, co planują. Zobacz, czego chcą. Wróć i mi powiedz.
Potrząsnęła głową, jakby próbowała z niej coś wyrzucić.
— Za dużo głosów, za dużo płaczu. Wszędzie… Ja… muszę wiedzieć.
Potem spojrzała na niego swoim normalnym wzrokiem.
— Proszę, Luka. Idź tam. Chociaż spróbuj.
Więc westchnął, podniósł się i poszedł.
* * *
Narada odbywała się przed namiotem, bo wewnątrz nie było miejsca dla tylu ludzi. Przybyli na nią nie tylko dowódcy głównych oddziałów, ale nawet niektórzy świeżo mianowani kapitanowie i porucznicy. Luka skorzystał z rady Koła, ukrył lewą rękę pod płaszczem i dołączył do kilku maszerujących na naradę oficerów.
Straż przepuściła ich bez słowa. Po drodze dziesiętnik prawie zderzył się z kan-Sumorem, ale Owerers go zignorował, zajęty szukaniem lepszego miejsca.