Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 153 154 155 156 157 158 159 160 161 ... 210
Перейти на страницу:

Wal­czą­ce po­two­ry zdą­ży­ły już wy­to­czyć się z mgły na przed­po­le ob­wa­ro­wań, gdy spa­dły na nie beł­ty z cięż­kich kusz. Jed­no­cze­śnie szczyt wału za­dud­nił pod cięż­ki­mi bu­cio­ra­mi nad­cią­ga­ją­cych na po­moc żoł­nie­rzy. A Ande Sa­lu­rin stał na wie­ży, ma­chał rę­ko­ma i krzy­czał:

— Za­bić je! Za­bić!!!

Jed­no­cze­śnie ja­kaś część jego umy­słu na chłod­no ana­li­zo­wa­ła całe zaj­ście: „Ce­sarz — mó­wi­ła. — Mu­sisz tu we­zwać ce­sa­rza. Ber-Ar­lens musi to zo­ba­czyć na wła­sne oczy, bo nie uwie­rzy żad­nym ra­por­tom”.

Rozdział 34

— Luka. Hej, Luka. Obudź się. No już. Obudź się.

Ock­nął się z głę­bo­kie­go snu bez ma­rzeń, czu­jąc się tro­chę tak, jak­by wy­pły­wał ku świa­tłu z głę­bi prze­past­nej, bez­den­nej stud­ni. Koło sie­dzia­ła przy nim w kuc­ki i sztur­cha­ła go pal­cem. Po czym spró­bo­wa­ła mu ten pa­lec wło­żyć w oko.

Mach­nął ręką, od­pę­dza­jąc się od niej jak od na­tręt­ne­go owa­da.

— Cze­go chcesz?

— Mu­sisz pójść do Ka­he­la, Luka. Do na­mio­tu. Będą ra­dzić.

— O czym? Aach…

Na­pły­nę­ły wspo­mnie­nia. Wczo­raj­szy szturm po­szedł źle. Bar­dzo źle, i to po­mi­mo udzia­łu Uawa­ri Nahs. Czar­no­skó­rzy wo­jow­ni­cy wzię­li udział w – jak się wszyst­kim wy­da­wa­ło – ostat­nim ata­ku na Po­mwe i ra­zem z resz­tą po­wstań­czej ar­mii zo­sta­li od­par­ci. Bo na mu­rach mia­sta po­ja­wi­li się Ge­ghij­czy­cy, w tym Rude Psy Han­ta­ra Seh­ra­wi­na. Kil­ka ty­się­cy za­wo­do­wych żoł­nie­rzy.

Tyle Luka wi­dział, sto­jąc na ty­łach i prze­kli­na­jąc wła­sną bez­sil­ność. Po ostat­nim wy­pa­dzie le­d­wo mógł unieść ra­mię, a w gło­wie krę­ci­ło mu się, jak­by hu­la­ła tam trą­ba po­wietrz­na, więc na­wet nie pró­bo­wał pchać się do sztur­mu. Trze­ba wie­dzieć, kie­dy dać so­bie spo­kój, bo wię­cej bę­dzie z czło­wie­ka szko­dy niż po­żyt­ku. Pa­trzył więc tyl­ko, jak po­wstań­cy idą do ata­ku, i jak są spy­cha­ni z dra­bin, ob­le­wa­ni wrzą­cym ole­jem, miaż­dże­ni ka­mie­nia­mi i bel­ka­mi.

Obroń­cy też czu­li, że to de­cy­du­ją­cy szturm i że je­śli mury pad­ną, to mia­sto cze­ka czas za­pła­ty za ty­sią­ce po­mor­do­wa­nych nie­wol­ni­ków, więc wal­czy­li z mil­czą­cą, po­sęp­ną de­spe­ra­cją. A na miej­sce każ­de­go żoł­nie­rza, któ­ry spadł z blan­ków, po­ja­wiał się na­stęp­ny i na­stęp­ny.

Luka pa­mię­tał chwi­lę, gdy zro­zu­miał, że im się nie uda. To było do­kład­nie wte­dy, gdy za­pło­nął dru­gi ta­ran. Pierw­szy do­pa­lał się pod bra­mą, a dru­gi spło­nął, na­wet nie tryk­nąw­szy muru wzmoc­nio­nym łbem. Po­mweń­czy­cy uży­li ja­kie­goś ro­dza­ju pom­py, któ­ra wy­strze­li­ła stru­mień go­rą­ce­go ole­ju na od­le­głość do­brych stu stóp, po czym pod­pa­li­li ma­chi­nę sal­wą pło­ną­cych strzał.

Nie pa­trzył wię­cej na mia­sto, za­jął się po­ma­ga­niem cięż­ko ran­nym w do­tar­ciu do la­za­re­tu. A były ich set­ki. Od­bie­ga­li, od­cho­dzi­li i od­peł­za­li spod mu­rów po­krwa­wie­ni i po­pa­rze­ni, cza­sem w mil­cze­niu, cza­sem za­ta­cza­jąc się i wy­jąc. Pa­mię­tał mło­de­go męż­czy­znę, któ­re­mu cios ma­czu­gą albo obu­chem to­po­ra zmiaż­dżył szczę­kę, a po­krwa­wio­na masa mię­sa i ko­ści zwi­sa­ła aż do po­ło­wy pier­si. Pa­mię­tał żoł­nie­rza swo­je­go puł­ku, Aeri­na, z jed­ną stro­ną twa­rzy spa­lo­ną do go­łej ko­ści, i mło­dą łucz­nicz­kę z kom­pa­nii zwia­dow­ców, z obie­ma no­ga­mi po­gru­cho­ta­ny­mi gła­zem ci­śnię­tym przez obroń­ców. Czoł­ga­ła się w ci­szy, nie krzy­cząc ani nie pła­cząc, a oczy mia­ła tak obo­jęt­ne i spo­koj­ne, jak­by całe to pie­kło wo­kół niej dzia­ło się gdzieś da­le­ko.

Wi­dział ta­kie oczy zbyt wie­le razy jak na jed­no pie­przo­ne ży­cie, pod­biegł więc do niej, pod­niósł z zie­mi i trzy­ma­jąc na rę­kach jak małe dziec­ko, od­biegł na tyły. Pra­wie nie czuł wte­dy bólu w ra­mie­niu ani za­wro­tów gło­wy.

Atak prze­rwa­no po dwóch go­dzi­nach i choć Po­mwe zwy­cię­ży­ło, jego mury nie roz­brzmia­ły okrzy­ka­mi trium­fu. Jak­by wszy­scy bez wy­jąt­ku byli prze­ra­że­ni ilo­ścią prze­la­nej krwi.

Luka przez ko­lej­ne go­dzi­ny po­ma­gał ran­nym tra­fić w bez­piecz­ne miej­sce. Mie­li na ty­łach kil­ka la­za­re­tów, a ten, do któ­re­go ich pro­wa­dził, zda­wał się być pod szcze­gól­ną opie­ką Koła. Wszę­dzie było jej peł­no, po­iła i kar­mi­ła ran­nych, po­ma­ga­ła im ukła­dać się na po­sła­niach, a na­wet pro­wa­dzi­ła w krza­ki za po­trze­bą. Ko­bie­ty spra­wu­ją­ce tu pie­czę nie zwra­ca­ły na nią szcze­gól­nej uwa­gi, same mia­ły peł­ne ręce ro­bo­ty w in­nych na­mio­tach i naj­wy­raź­niej każ­dą po­moc przyj­mo­wa­ły z wdzięcz­no­ścią.

Luka pa­mię­tał nie­wy­raź­nie, jak w pew­nym mo­men­cie opu­ści­ły go siły, więc po­ło­żył się po pro­stu na płasz­czu ro­ze­sła­nym na zie­mi i za­snął.

A te­raz zo­stał obu­dzo­ny przez pró­bu­ją­cą mu we­pchnąć pa­lec do oka Koło.

— Już, już. Nie śpię. — Usiadł, po­dra­pał się po gło­wie, zer­k­nął na chmu­ry za­sła­nia­ją­ce nie­bo. — Jest już wie­czór?

— Tak. Ka­hel­le zwo­łał na­ra­dę do­wód­ców. Idź tam. Do­wiedz się, co za­mie­rza.

Ton, ja­kim zo­sta­ła wy­po­wie­dzia­na ta proś­ba – albo ra­czej roz­kaz – spra­wił, że od razu oprzy­tom­niał. Koło za­zwy­czaj nie była tak szorst­ka i apo­dyk­tycz­na. Zmie­rzy­li się wzro­kiem. Dziew­czy­na zer­ka­ła na nie­go jak ptak, krę­cąc gło­wą i pa­trząc raz zdro­wym, raz po­pa­rzo­nym okiem, a jej ję­zyk wy­su­wał się i cho­wał mię­dzy zęby jak ner­wo­we zwie­rząt­ko.

Cho­le­ra, znów do­pa­dły ją One.

Ale czy mógł się dzi­wić? Po wszyst­kim, co wi­dzia­ła ostat­ni­mi cza­sy?

— Koło, dziec­ko, oni nie do­pusz­czą mnie na­wet na sto jar­dów do na­ra­dy, jak ro­zu­miem. Tego by jesz­cze bra­ko­wa­ło, żeby każ­dy dzie­sięt­nik bez przy­dzia­łu pchał się do ge­ne­ral­skie­go sto­łu.

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

— Idź. Za­słoń ra­mię płasz­czem, to nie zo­ba­czą, że nie no­sisz ko­lo­ru na ręce. A to — mu­snę­ła pal­ca­mi jego opa­tru­nek — ma te­raz wie­lu. Zo­bacz, co pla­nu­ją. Zo­bacz, cze­go chcą. Wróć i mi po­wiedz.

Po­trzą­snę­ła gło­wą, jak­by pró­bo­wa­ła z niej coś wy­rzu­cić.

— Za dużo gło­sów, za dużo pła­czu. Wszę­dzie… Ja… mu­szę wie­dzieć.

Po­tem spoj­rza­ła na nie­go swo­im nor­mal­nym wzro­kiem.

— Pro­szę, Luka. Idź tam. Cho­ciaż spró­buj.

Więc wes­tchnął, pod­niósł się i po­szedł.

* * *

Na­ra­da od­by­wa­ła się przed na­mio­tem, bo we­wnątrz nie było miej­sca dla tylu lu­dzi. Przy­by­li na nią nie tyl­ko do­wód­cy głów­nych od­dzia­łów, ale na­wet nie­któ­rzy świe­żo mia­no­wa­ni ka­pi­ta­no­wie i po­rucz­ni­cy. Luka sko­rzy­stał z rady Koła, ukrył lewą rękę pod płasz­czem i do­łą­czył do kil­ku ma­sze­ru­ją­cych na na­ra­dę ofi­ce­rów.

Straż prze­pu­ści­ła ich bez sło­wa. Po dro­dze dzie­sięt­nik pra­wie zde­rzył się z kan-Su­mo­rem, ale Owe­rers go zi­gno­ro­wał, za­ję­ty szu­ka­niem lep­sze­go miej­sca.

1 ... 153 154 155 156 157 158 159 160 161 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)