Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 154 155 156 157 158 159 160 161 162 ... 210
Перейти на страницу:

Luka po­czuł lek­ki nie­smak. To mia­ła być na­ra­da bi­tew­na? Set­ka lu­dzi de­ba­tu­ją­ca nad ko­lej­nym ru­chem ich ar­mii, pod­czas gdy trze­ba było po­dej­mo­wać de­cy­zje i dzia­łać?

Wo­kół wy­nie­sio­ne­go przed na­miot sto­łu sta­li Ka­hel-saw-Kir­hu, Kor’ben Ol­he­war, ten dzi­ki krzy­wo­no­gi ko­czow­nik, Pore coś tam, i wy­glą­da­ją­cy ni­czym para ma­ho­nio­wych rzeźb Uwa­re Lew oraz De­me­naya. Cała piąt­ka mil­cza­ła, naj­wy­raź­niej cze­ka­jąc na ostat­nich spóź­nial­skich. Luka wy­ko­rzy­stał chwi­lę i przy­su­nął się bli­żej sto­łu.

— Wszy­scy są? — saw-Kir­hu od­chrząk­nął i kon­ty­nu­ował, marsz­cząc czo­ło: — A Kas­se Po­wróz już przy­szedł? Nie wi­dzę go.

— Po­wróz nie żyje. — Chu­dy męż­czy­zna w za du­żym pi­ko­wa­nym ka­fta­nie uniósł rękę. — Nie dali rady go ura­to­wać.

Zmarszcz­ki na ob­li­czu do­wód­cy po­wstań­czej ar­mii po­głę­bi­ły się.

— Ale… Do cho­le­ry, mó­wi­li, że to tyl­ko strza­ła w no­dze!

— W udzie. Jak pró­bo­wa­li ją usu­nąć, sik­nę­ło z nie­go na milę. Za­nim po­li­czy­łem do stu, nie żył.

— A ty to kto?

— Jego za­stęp­ca, lah-Drum, Ram­be-lah-Drum. — Chu­dzie­lec pod­wi­nął rę­kaw, pre­zen­tu­jąc żół­ty kar­wasz. — Wy­glą­da na to, że te­raz to ja je­stem naj­wyż­szy stop­niem u Ro­so­ma­ków.

— Do­wo­dzi­łeś wcze­śniej?

— By­łem młod­szym po­rucz­ni­kiem w domu.

„W domu”. Tak więk­szość star­szych żoł­nie­rzy mó­wi­ła o Me­ekha­nie.

— Nadasz się. Jak tu skoń­czy­my, zmień kar­wasz na zie­lo­ny, puł­kow­ni­ku.

Męż­czy­zna skrzy­wił się i splu­nął.

— Po­wro­zo­wi zie­leń nie przy­nio­sła szczę­ścia.

— Więc nie daj się po­strze­lić w nogę, zresz­tą gdzie in­dziej też nie. — Krwa­wy Ka­hel­le po­słał mu dzi­ki uśmiech. — Dość ga­da­nia o głu­po­tach. Za­czy­na­my.

Oparł się o blat dłoń­mi za­ci­śnię­ty­mi w pię­ści, aż stół za­trzesz­czał.

— Nie będę strzę­pił ję­zy­ka, od­par­li nas. Nie spo­dzie­wa­łem się, że Po­mwe wpu­ści Ge­ghij­czy­ków za mury, a po­wi­nie­nem to cho­ciaż roz­wa­żyć. Winę bio­rę na sie­bie. Je­śli ktoś chce te­raz prze­mó­wić za zmia­ną do­wód­cy, niech się nie wstrzy­mu­je. Nie mam nic na swo­je uspra­wie­dli­wie­nie.

Za­pa­dła ci­sza. Set­ka męż­czyzn sta­ła jak wmu­ro­wa­na, część wy­mie­nia­ła mię­dzy sobą za­sko­czo­ne spoj­rze­nia, część ga­pi­ła się w zie­mię.

Ka­hel-saw-Kir­hu po­wiódł po nich zmę­czo­nym wzro­kiem.

— Nikt? Nie pro­si­łem się o błę­kit, więc nie będę za nim tę­sk­nił.

Je­den z ofi­ce­rów – Luka znał jego twarz, ale nie mógł so­bie przy­po­mnieć imie­nia – po­stą­pił krok do przo­du, wsparł się rę­ka­mi pod boki i wy­ce­dził:

— Aleś wy­my­ślił, ge­ne­ra­le. Co niby mamy zro­bić? Sąd ja­kiś od­być nad tobą? To jest woj­na. Wal­ka. Ni­g­dy nie wiesz, co cze­ka za ro­giem. Nie zdo­by­li­śmy Po­mwe, trud­no. Te­raz cze­ka nas bi­twa z ar­mią tej… tej Pani Pło­mie­ni. Jak ją znisz­czy­my, mia­sto samo otwo­rzy bra­my.

— Albo i nie.

— Albo i nie, ge­ne­ra­le. Wte­dy za­pu­ka­my w nie jesz­cze raz. Moc­niej. A te­raz trze­ba ra­dzić, co z ko­no­wer­ską ar­mią.

Do­wód­ca po­wstań­ców od­cze­kał jesz­cze chwi­lę, roz­glą­da­jąc się wo­kół, wresz­cie ski­nął po­nu­ro gło­wą.

— Do­brze. Ra­dzi­my. Pore ma naj­śwież­sze wie­ści.

Chu­dy ko­czow­nik wsko­czył na stół. Tak po pro­stu.

— Te­raz bę­dzie­cie mnie wi­dzieć, a ja nie będę mu­siał się po­wta­rzać — wark­nął. — Ko­no­wer­ska ar­mia znaj­du­je się trzy­dzie­ści mil stąd. Mniej wię­cej. Z ja­kie­goś po­wo­du zwol­ni­li, pew­nie spo­dzie­wa­jąc się za­sadz­ki. Wie­dzą o tych ge­ghij­skich psach za mu­ra­mi, więc uzna­li, że nie mu­szą się spie­szyć.

— Skąd ta pew­ność? — za­py­tał ktoś z tyłu.

— Kil­ka go­dzin temu moi chłop­cy star­li się z pod­jaz­dem Sło­wi­ków i schwy­ta­li ję­zy­ka. Cała ich ar­mia wie, że po­zwo­lo­no Ge­ghij­czy­kom schro­nić się za mu­ra­mi pod wa­run­kiem, że będą bro­nić mia­sta. Nie­ste­ty, my do­wie­dzie­li­śmy się o tym odro­bi­nę za póź­no.

— Coś jesz­cze po­wie­dział?

— Nie­wie­le. — Bły­ska­wi­ca uśmiech­nął się z zim­nym okru­cień­stwem. — Mó­wił tak szyb­ko, że za­tch­nął się po­wie­trzem i umarł. Ale wie­my, że ta ich dzi­ku­ska uda­ją­ca kró­lo­wą chce do­trzeć do mia­sta naj­póź­niej za dwa dni. I jest pew­na zwy­cię­stwa. Co­dzien­nie jeź­dzi po obo­zie na grzbie­cie sło­nia i wszyst­kim to roz­gła­sza.

Ci­chy po­mruk, jak sze­lest ka­my­ków osy­pu­ją­cych się ze zbo­cza tuż przed trzę­sie­niem zie­mi. Pore Lun Dha­ro ski­nął gło­wą, a jego oczy bły­snę­ły dzi­ko.

— Sły­szę, że ucie­szy­ły was te wie­ści. Mam ich jesz­cze kil­ka. Złych, ale i do­brych. Ko­no­wer­czy­cy idą w bi­tew­nym szy­ku, zwar­tym i do­brze strze­żo­nym przez pod­jaz­dy, więc mar­na szan­sa, że wpad­ną w pu­łap­kę. I jest ich wię­cej niż trzy­dzie­ści ty­się­cy. Sa­mej jaz­dy mają z dzie­sięć. Pie­cho­ty co naj­mniej pięt­na­ście ty­się­cy, z cze­go po­ło­wa to Ba­wo­ły. Nie li­czę sło­ni i nu­awa­chi. I co, bo­icie się już?

Kpi­na po­brzmie­wa­ją­ca w gło­sie ko­czow­ni­ka od­nio­sła za­mie­rzo­ny sku­tek, bo sto­ją­cy w pierw­szym sze­re­gu męż­czy­zna z ka­pi­tań­skim kar­wa­szem na ręce par­sk­nął tyl­ko i po­wie­dział:

— Pie­cho­tą nas nie strasz, ko­nia­rzu. Jaz­dą też nie, bo je­steś naj­lep­szym do­wo­dem na to, że tro­chę po­tra­fi­my się bić z cho­ler­ny­mi ko­by­ło­jeb­ca­mi. A poza tym ja lu­bię ko­ni­nę. Le­piej więc mów, ja­kie są te złe wie­ści.

Kil­ka uśmie­chów po­ja­wi­ło się na zmę­czo­nych twa­rzach, naj­szer­szy na ob­li­czu Lun Dha­ro.

— Zna­my jed­no miej­sce, gdzie mo­że­my ich za­trzy­mać, przy­naj­mniej teo­re­tycz­nie. Jaz­da nie da rady za­cho­dzić nas tam ze skrzy­dła i wróg bę­dzie mu­siał ata­ko­wać na wprost. Je­śli spło­szy­my ich sło­nie, te za­wró­cą i stra­tu­ją wła­sną ar­mię. To mniej wię­cej w po­ło­wie dro­gi mię­dzy nami a nimi, pięt­na­ście mil stąd. Nie­ca­łe. Las, któ­ry mamy za sobą, pod­cho­dzi tam na nie­speł­na milę do rze­ki. Po­tem znów od niej od­ska­ku­je i za­czy­na­ją się otwar­te pola, ale w tym miej­scu jest taki le­jek, zwę­że­nie. Mo­że­my je za­tkać jak kor­kiem, a oni będą mu­sie­li nas stam­tąd wy­pchnąć.

— Nie obej­dą nas bo­kiem?

— Po­sła­łem zwia­dow­ców do tego lasu i stra­ci­li­śmy kil­ka koni, któ­re ugrzę­zły po szy­je w mo­kra­dłach. Po­tem po­py­ta­łem lu­dzi z oko­licz­nych plan­ta­cji o to miej­sce. Kie­dyś pró­bo­wa­no je osu­szyć, żeby do­stać się do tam­tej­sze­go drew­na, ale ten las ro­śnie w wiel­kiej niec­ce, któ­rą Tos co roku za­le­wa w cza­sie pory desz­czo­wej, a po­tem woda tam stoi i stoi. Nie przej­dzie tam­tę­dy ani pie­cho­ta, ani kon­ni­ca, ani sło­nie. Ko­no­wer­czy­cy mu­szą iść tym wą­skim skraw­kiem su­che­go lądu mię­dzy drze­wa­mi a rze­ką, ich jaz­da bę­dzie więc mu­sia­ła szar­żo­wać wprost na wa­sze piki, a sło­nie… no cóż, po­dob­no są smacz­niej­sze niż ko­ni­na.

1 ... 154 155 156 157 158 159 160 161 162 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)