Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Luka poczuł lekki niesmak. To miała być narada bitewna? Setka ludzi debatująca nad kolejnym ruchem ich armii, podczas gdy trzeba było podejmować decyzje i działać?
Wokół wyniesionego przed namiot stołu stali Kahel-saw-Kirhu, Kor’ben Olhewar, ten dziki krzywonogi koczownik, Pore coś tam, i wyglądający niczym para mahoniowych rzeźb Uware Lew oraz Demenaya. Cała piątka milczała, najwyraźniej czekając na ostatnich spóźnialskich. Luka wykorzystał chwilę i przysunął się bliżej stołu.
— Wszyscy są? — saw-Kirhu odchrząknął i kontynuował, marszcząc czoło: — A Kasse Powróz już przyszedł? Nie widzę go.
— Powróz nie żyje. — Chudy mężczyzna w za dużym pikowanym kaftanie uniósł rękę. — Nie dali rady go uratować.
Zmarszczki na obliczu dowódcy powstańczej armii pogłębiły się.
— Ale… Do cholery, mówili, że to tylko strzała w nodze!
— W udzie. Jak próbowali ją usunąć, siknęło z niego na milę. Zanim policzyłem do stu, nie żył.
— A ty to kto?
— Jego zastępca, lah-Drum, Rambe-lah-Drum. — Chudzielec podwinął rękaw, prezentując żółty karwasz. — Wygląda na to, że teraz to ja jestem najwyższy stopniem u Rosomaków.
— Dowodziłeś wcześniej?
— Byłem młodszym porucznikiem w domu.
„W domu”. Tak większość starszych żołnierzy mówiła o Meekhanie.
— Nadasz się. Jak tu skończymy, zmień karwasz na zielony, pułkowniku.
Mężczyzna skrzywił się i splunął.
— Powrozowi zieleń nie przyniosła szczęścia.
— Więc nie daj się postrzelić w nogę, zresztą gdzie indziej też nie. — Krwawy Kahelle posłał mu dziki uśmiech. — Dość gadania o głupotach. Zaczynamy.
Oparł się o blat dłońmi zaciśniętymi w pięści, aż stół zatrzeszczał.
— Nie będę strzępił języka, odparli nas. Nie spodziewałem się, że Pomwe wpuści Geghijczyków za mury, a powinienem to chociaż rozważyć. Winę biorę na siebie. Jeśli ktoś chce teraz przemówić za zmianą dowódcy, niech się nie wstrzymuje. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie.
Zapadła cisza. Setka mężczyzn stała jak wmurowana, część wymieniała między sobą zaskoczone spojrzenia, część gapiła się w ziemię.
Kahel-saw-Kirhu powiódł po nich zmęczonym wzrokiem.
— Nikt? Nie prosiłem się o błękit, więc nie będę za nim tęsknił.
Jeden z oficerów – Luka znał jego twarz, ale nie mógł sobie przypomnieć imienia – postąpił krok do przodu, wsparł się rękami pod boki i wycedził:
— Aleś wymyślił, generale. Co niby mamy zrobić? Sąd jakiś odbyć nad tobą? To jest wojna. Walka. Nigdy nie wiesz, co czeka za rogiem. Nie zdobyliśmy Pomwe, trudno. Teraz czeka nas bitwa z armią tej… tej Pani Płomieni. Jak ją zniszczymy, miasto samo otworzy bramy.
— Albo i nie.
— Albo i nie, generale. Wtedy zapukamy w nie jeszcze raz. Mocniej. A teraz trzeba radzić, co z konowerską armią.
Dowódca powstańców odczekał jeszcze chwilę, rozglądając się wokół, wreszcie skinął ponuro głową.
— Dobrze. Radzimy. Pore ma najświeższe wieści.
Chudy koczownik wskoczył na stół. Tak po prostu.
— Teraz będziecie mnie widzieć, a ja nie będę musiał się powtarzać — warknął. — Konowerska armia znajduje się trzydzieści mil stąd. Mniej więcej. Z jakiegoś powodu zwolnili, pewnie spodziewając się zasadzki. Wiedzą o tych geghijskich psach za murami, więc uznali, że nie muszą się spieszyć.
— Skąd ta pewność? — zapytał ktoś z tyłu.
— Kilka godzin temu moi chłopcy starli się z podjazdem Słowików i schwytali języka. Cała ich armia wie, że pozwolono Geghijczykom schronić się za murami pod warunkiem, że będą bronić miasta. Niestety, my dowiedzieliśmy się o tym odrobinę za późno.
— Coś jeszcze powiedział?
— Niewiele. — Błyskawica uśmiechnął się z zimnym okrucieństwem. — Mówił tak szybko, że zatchnął się powietrzem i umarł. Ale wiemy, że ta ich dzikuska udająca królową chce dotrzeć do miasta najpóźniej za dwa dni. I jest pewna zwycięstwa. Codziennie jeździ po obozie na grzbiecie słonia i wszystkim to rozgłasza.
Cichy pomruk, jak szelest kamyków osypujących się ze zbocza tuż przed trzęsieniem ziemi. Pore Lun Dharo skinął głową, a jego oczy błysnęły dziko.
— Słyszę, że ucieszyły was te wieści. Mam ich jeszcze kilka. Złych, ale i dobrych. Konowerczycy idą w bitewnym szyku, zwartym i dobrze strzeżonym przez podjazdy, więc marna szansa, że wpadną w pułapkę. I jest ich więcej niż trzydzieści tysięcy. Samej jazdy mają z dziesięć. Piechoty co najmniej piętnaście tysięcy, z czego połowa to Bawoły. Nie liczę słoni i nuawachi. I co, boicie się już?
Kpina pobrzmiewająca w głosie koczownika odniosła zamierzony skutek, bo stojący w pierwszym szeregu mężczyzna z kapitańskim karwaszem na ręce parsknął tylko i powiedział:
— Piechotą nas nie strasz, koniarzu. Jazdą też nie, bo jesteś najlepszym dowodem na to, że trochę potrafimy się bić z cholernymi kobyłojebcami. A poza tym ja lubię koninę. Lepiej więc mów, jakie są te złe wieści.
Kilka uśmiechów pojawiło się na zmęczonych twarzach, najszerszy na obliczu Lun Dharo.
— Znamy jedno miejsce, gdzie możemy ich zatrzymać, przynajmniej teoretycznie. Jazda nie da rady zachodzić nas tam ze skrzydła i wróg będzie musiał atakować na wprost. Jeśli spłoszymy ich słonie, te zawrócą i stratują własną armię. To mniej więcej w połowie drogi między nami a nimi, piętnaście mil stąd. Niecałe. Las, który mamy za sobą, podchodzi tam na niespełna milę do rzeki. Potem znów od niej odskakuje i zaczynają się otwarte pola, ale w tym miejscu jest taki lejek, zwężenie. Możemy je zatkać jak korkiem, a oni będą musieli nas stamtąd wypchnąć.
— Nie obejdą nas bokiem?
— Posłałem zwiadowców do tego lasu i straciliśmy kilka koni, które ugrzęzły po szyje w mokradłach. Potem popytałem ludzi z okolicznych plantacji o to miejsce. Kiedyś próbowano je osuszyć, żeby dostać się do tamtejszego drewna, ale ten las rośnie w wielkiej niecce, którą Tos co roku zalewa w czasie pory deszczowej, a potem woda tam stoi i stoi. Nie przejdzie tamtędy ani piechota, ani konnica, ani słonie. Konowerczycy muszą iść tym wąskim skrawkiem suchego lądu między drzewami a rzeką, ich jazda będzie więc musiała szarżować wprost na wasze piki, a słonie… no cóż, podobno są smaczniejsze niż konina.