Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Peanatema [Anathem - pl]
Peanatema [Anathem - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Peanatema [Anathem - pl]

Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:

Stephenson opisał tu badaczy, filozofów, naukowców, którzy zostali zamknięci w zakonach i pozbawieni dostępu do komputerów, akceleratorów cząstek oraz reszty niezbędnego ustrojstwa, lecz nie zaprzestali swoich badań. Opracowali nowe metody pracy, równie dobre, a może nawet lepsze od starych, bo działające wyłącznie w oparciu o wszechstronne możliwości psychofizycznego instrumentarium człowieka. Tym samym Stephenson zdaje się mówić wprost — jedyną technologią, którą warto rozwijać jest człowiek.
1 ... 152 153 154 155 156 157 158 159 160 ... 253
Перейти на страницу:

— Nas też by zabili?

Orolo wzruszył ramionami. Dotarliśmy do początku rampy i utknęliśmy w korku. Patrząc do góry, widziałem deklarantów przemieszanych z żołnierzami, zgodnie biegnących ku powierzchni. Niezbadane prawa dynamiki korków ulicznych sprawiały, że kiedy oni biegli, my na dnie tkwiliśmy nieruchomo i mogliśmy tylko czekać, aż tłum się przerzedzi. Byliśmy ostatnimi deklarantami w kolejce; za nami stłoczyły się jeszcze dwa oddziały żołnierzy, przygiętych pod ciężkimi plecakami i cierpliwie czekających na swoją kolej; taki już odwieczny żołnierski los. Za ich plecami została wyludniona Orithena ze statkiem obcych.

Orolo wepchnął się przede mnie i posłał mi promienny uśmiech.

— Wracając do naszej wcześniejszej rozmowy… — zagaił, jakby zapraszał mnie do dialogu w kuchni przy refektarzu.

— Tak? Chciałbyś coś dodać?

— Do samej treści rozmowy właściwie nie. Zapowiada się jednak, że może wybuchnąć chaos i może się tak zdarzyć, że zostaniemy rozdzieleni.

— Nie zamierzam cię odstępować na…

— Możemy nie mieć wyboru. — Orolo powiódł palcem po obroży. — Ja mam numer nieparzysty, ty parzysty… Możemy trafić do różnych namiotów albo coś w tym rodzaju.

Kolejka przed nami nareszcie drgnęła. Sammann, widząc, że wdaliśmy się w prywatną rozmowę, ruszył przodem. Przepchnęliśmy się na rampę i zaczęliśmy najpierw iść, a chwilę później truchtać pod górę.

Orolo cały czas zerkał w niebo na zachodzie.

— Jeżeli trafisz do Tredegarha, powiedzmy, zaczniesz ludziom opowiadać o tym, co tu przeżyłeś, i zrelacjonujesz im naszą dzisiejszą rozmowę, ich reakcja będzie w znacznej mierze uzależniona od tego, kim są, z jakiego matemu pochodzą…

— Proceńskiego czy halikaarnijskiego? Przyzwyczaiłem się, Orolo.

— To troszeczkę co innego. Większość ludzi, zarówno proceńczyków, jak i halikaarnijczyków, dostrzeże w naszych rozważaniach tylko miałkie dywagacje metateoryczne. Nieszkodliwe, aczkolwiek zabierające niepotrzebnie czas. Jeśli jednak spotkasz się z kimś takim jak fraa Jaad…

Orolo nie dokończył. Pomyślałem, że pewnie się zadyszał, ponieważ biegliśmy już w niezłym tempie. Aeroplany lądowały za murami koncentu; Orolo musiał podnosić głos, żeby przekrzyczeć jazgot ich silników. Spojrzałem na niego z ukosa i wydało mi się, że na jego twarzy maluje się wahanie — odczucie nijak niekojarzące mi się z ojcem Orolem.

— Myślę… — zaczął. — Myślę, że oni już wiedzą.

— Co wiedzą?

— Że to, co ci wcześniej powiedziałem, jest prawdą.

— Aha.

— Wiedzą to co najmniej od tysiąca lat.

— Mhm.

— I… eksperymentują.

— Co takiego?!

Orolo wzruszył ramionami i uśmiechnął się krzywo.

— Przeprowadzę analogię. Kiedy teorowie stracili zderzacze atomów, zainteresowali się niebem i z kosmografii uczynili swoje laboratorium, jedyne miejsce, w którym mogli sprawdzać obmyślane teorie, przekładać filozofię na teorykę. Podobnie rzecz się miała z tymi ludźmi, których znaczną liczbę zamknięto w skalnym gnieździe, gdzie nie mieli nic lepszego do roboty, jak rozmyślać o sprawach, o których wcześniej dyskutowaliśmy… Pewnie właśnie wtedy zaczęli obmyślać eksperymenty, pozwalające im sprawdzić, czy mówią z sensem, czy plotą od rzeczy. I z biegiem czasu metodą prób i błędów dorobili się swoistego rodzaju praksis.

Mrugnął do mnie porozumiewawczo.

— Fraa Jaad wysłał mnie do ciebie, żebym sprawdził, czy wiesz?

— Tak przypuszczam. W innych okolicznościach mogliby po prostu ściągnąć mnie do odpowiedniego matemu, ale teraz… — Znów spojrzał w niebo. — No, nareszcie! — wykrzyknął zachwycony, jakbyśmy czekali na pociąg, a on właśnie wypatrzył wjeżdżającą na dworzec lokomotywę.

Biała pręga przecięła niebo na dwoje z zachodu na wschód i nie tracąc szybkości, zakończyła lot w kalderze wulkanu, kilka tysięcy stóp nad naszymi głowami. Zanim doleciał nas odgłos zderzenia, Orolo zdążył jeszcze zauważyć:

— Sprytne. Obawiają się, że mogliby nie trafić prosto w kapsułę, ale znają się na geologii na tyle, żeby…

Przez następne pół godziny nie słyszałem zupełnie nic. Zmysł słuchu nagle wydał mi się gorzej niż bezużyteczny: pożałowałem, że urodziłem się z uszami.

Fraa Haligastreme nauczył mnie trochę terminologii geologicznej, którą zamierzam się teraz posłużyć. Wyobrażam sobie, że Cord pokręciłaby tylko głową z dezaprobatą i objechała mnie równo za używanie suchych fachowych terminów zamiast przedstawiania prawdziwych emocji. Tyle że prawdziwe emocje oznaczały wtedy czarny chaos strachu i szoku, i jedynym sposobem opisania sytuacji jest przedstawienie technicznych szczegółów, które już po wszystkim udało nam się odtworzyć.

Geometrzy rzucili w nas kamieniem. Prawdę mówiąc, była to długa sztaba z jakiegoś bardzo ciężkiego metalu, ale w swojej idei niczym się od kamienia nie różniła. Wbiła się na ćwierć mili w zaskorupiałą lawę na szczycie wulkanu, zanim wyparowała, wytracając w ten sposób energię kinetyczną i wytwarzając ogromną falę uderzeniową, przez nas odebraną jako trzęsienie ziemi. Sprężony gaz buchnął w górę wybitego w pokrywie otworu, poszerzając go i wywołując pęknięcia, które natychmiast wypełniała i rozsadzała płynna lawa. Lawa była przesycona skroploną parą wodną, eksplodującą do postaci gazowej, gdy tylko zniknął zatykający krater korek — tak jak po otwarciu butelki z napojem gazowanym w cieczy nagle pojawiają się bąbelki. Większość rozdętej parą lawy trysnęła pod niebo i zmieniła się w popiół, którego szara warstwa pokryła wszystko, co znalazło się w zasięgu tysiąca mil od Ecby w kierunku zgodnym z kierunkiem wiatru. Część jednak przelała się przez krawędź kaldery i runęła w dół zbocza jak lawina — doskonale widoczna, bo żarząca się pomarańczowo. Kiedy otrząsnęliśmy się z pierwszego szoku, zerwaliśmy się na nogi (wstrząs wywołany eksplozją powalił nas na ziemię) i, pędząc ile sił w nogach, dotarliśmy w zdesperowanym tłumie na górę, stało się oczywiste, że płonąca chmura pędzi prosto na nas i że kiedy nas dopadnie, jednocześnie zmiażdży nas z siłą kowalskiego młota i upiecze żywcem jak zionięcie miotacza ognia.

Chyba że zdążymy zejść jej z drogi. A tego można było dokonać tylko wsiadając do jednego z aeroplanów, które wylądowały między bramą koncentu i kramem z pamiątkami. Było ich akurat tyle, żeby zabrać z powrotem żołnierzy i ich sprzęt, ale wojskowi zachowali się po rycersku i odrzucili całe wyposażenie osobiste, żeby zrobić miejsce dla dodatkowych pasażerów. Zabrali się nawet do wyrzucania zbędnego sprzętu z pojazdów — na ziemię poleciały gaśnice i apteczki.

Wszystko sprowadzało się do prostych rachunków, które spodobałyby się każdemu teorowi. Piloci znali maksymalny udźwig swoich maszyn i wiedzieli, ile średnio waży człowiek. Dzieląc pierwszą wartość przez drugą, mogli obliczyć dopuszczalną liczbę pasażerów. Chcąc zapewnić przestrzeganie tego limitu, wyjęli broń i ustawili uzbrojonych żołnierzy po obu stronach wejścia. Żołnierze mniej więcej wiedzieli, dokąd biec: wracali do tych samych aeroplanów, które ich przywiozły, natomiast tłum oritheńczyków kłębił się i falował na otwartej przestrzeni pomiędzy aeroplanami, przeskakując lub potykając się o porozrzucany sprzęt. Piloci wskazywali ich kolejno, wciągali na pokład i odliczali. Czasem udawało im się wyrzucić jeszcze jakiś zbędny drobiazg i wziąć dodatkowego pasażera. Trwało to już od jakiegoś czasu, kiedy z Sammannem i Orolem wybiegłem przez bramę, i większość miejsc przewidzianych dla cywilów została zajęta. Pełne aeroplany startowały, niektóre obwieszone uczepionymi podwozia desperatami. Nieliczni pechowcy, których nikt jeszcze nie wybrał, biegali od jednej maszyny do drugiej. Ulżyło mi, kiedy zobaczyłem, że dla wielu z nich jeszcze znajduje się miejsce. Dostrzegłem stojące nieopodal pojazdy Yula i Gnela: miały włączone silniki i światła, ale kierowców nie było nigdzie widać. Udało im się uciec! Niestety, w zamieszaniu straciłem z oczu Orola. Przebiegający obok żołnierz złapał mnie za ramię i pchnął w kierunku aeroplanu, który właśnie podkręcił obroty silników. Przewaliłem się przez jego drzwi po omacku, oślepiony tumanami kurzu. Czyjeś ręce złapały mnie i wciągnęły do środka w tej samej chwili, gdy płozy maszyny oderwały się od ziemi. Żołnierz, który mnie uratował, wskoczył na płozę obok mnie. Spojrzałem w dół. Nigdzie nie widziałem ani Sammanna, ani Orola… Świetnie! Pewnie zabrały ich inne maszyny.

1 ... 152 153 154 155 156 157 158 159 160 ... 253
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)