Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
Methodios Sivas sceptycznie podniósł brwi, ale Gorgidas wiedział, że Viridoviks nie rzuca słów na wiatr. Jego miecz był identyczny z tym, który nosił Skaurus, oba zaś zostały wykute i pokryte zaklęciami przez galijskich druidów i oba miały potężną moc w tej krainie magii i czarno-ksężników.
— Jeszcze jedna wiadomość dotarła do mnie, odkąd wysłałem ostatnie pismo do Videssos — powiedział Sivas. Sądząc po głosie, była to wiadomość, której wolałby raczej nie usłyszeć. Zrobił króciutką pauzę, zanim zaczął mówić dalej: — Musicie zrozumieć, że to tylko plotka, ale mówi się coraz częściej o tym, że Yaratesh połączył się z waszym przeklętym magiem.
Gorgidas znowu czuł, że coś ważnego uchodzi jego uwagi i znowu Goudeles i Viridoviks byli tak samo zdezorientowani. Nawet Arigh spoglądał na gubernatora niepewnie. Skylitzes jednak dobrze znał to imię.
— Banita — powiedział, i nie było to pytanie.
— To tylko pogłoski, rozumiesz? — powtórzył Sivas.
— Niech Phos sprawi, żeby takimi pozostały — odrzekł Skylitzes i uczynił znak słońca na piersi. Widząc ogłupiałe miny swoich towarzyszy, wyjaśnił: — Ten człowiek jest bardzo niebezpieczny i przebiegły, a jego jeźdźcy to prawdziwi mordercy. Gdybyśmy mieli przeciwko sobie jakiś wielki klan, byłoby pewnie gorzej, ale niewiele gorzej.
Niepokój Skylitzesa udzielił się także Gorgid asowi, który nie uważał oficera za człowieka przejmującego się drobnostkami. Arigh nie był specjalnie poruszony.
— Khamorth — powiedział z pogardą. — Prędzej zacznę się chować ze strachu przed młodymi kuropatwami.
— To ktoś, z kim należy się liczyć, a przy tym cały czas rośnie w siłę — odparł Sivas. — Możesz o tym nie wiedzieć, ale tej zimy, gdy zamarzły już rzeki, najechał na ziemie po zachodniej stronie Arshaum.
Arigh gapił się na niego zaskoczony, a potem wysyczał jakieś przekleństwo w swoim języku. Ar-shaumi byli przekonani o swojej wyższości nad Khamorthami i mieli ku temu powody. Czyż nie zepchnęli krzaczastobrodych na wschodni brzeg rzeki? Minęły dziesięciolecia odkąd ostatni Khamor-thci, nawet ci wyjęci spod prawa, odważyli się ją przekroczyć.
Sivas wzruszył ramionami.
— On jest gotowy na wszystko. — Arigh był ciągle wzburzony, więc hypepoptes przywołał jedną ze służących. — Filennar, oderwij się na chwilę, proszę, od swojego rudobrodego przyjaciela i przynieś nam pełny bukłak.
Kobieta oddaliła się, kołysząc biodrami, odprowadzana głodnym wzrokiem Viridoviksa.
— Bukłak? — spytał z entuzjazmem Arigh. Zapomniał o swojej złości. — Kavass? Na trzy wilcze ogony mojego klanu, to już pięć lat odkąd miałem go ostatnio w ustach. Warn, ciemnym rolnikom, wystarcza wino i piwo.
— Jakiś nowy alkohol? — Pikridos Goudeles był wyraźnie zaintrygowany. Gorgidas przypomniał sobie, że Arshaum chwalił się już wcześniej tym napojem stepów, ale zapomniał, z czego nomadzi go robili. Viridoviks, urodzony pijak, nie wyglądał już na rozczarowanego odejściem Filen-nar.
Ta powróciła niebawem, niosąc ciężki bukłak z końskiej skóry; po zewnętrznej stronie wciąż była na nim sierść. Sivas gestem nakazał, by podała go Arighowi, który przygarnął kavass tak czule, jak mógłby trzymać dziecko. Rozwiązał rzemień zaciskający szyjkę i podniósł bukłak do ust. Pił głośno — na równinach do dobrego obyczaju należało donośne okazywanie zadowolenia.
— Aaach! — powiedział w końcu, odrywając się od alkoholu po łyku tak drugim, że jego pociągła twarz zaczęła nabiegać krwią.
— Proszę, oto śmiertelna purpura! — wykrzyknął Viridoviks, co było w stolicy slangowym określeniem na długie picie. Podniósł bukłak, by samemu z niego pociągnąć, ale po pierwszym łyku wyraz niecierpliwego oczekiwania na jego twarzy zamienił się w grymas obrzydzenia. Wypluł wszystko, co miał w ustach, na ziemię.
— Fuuu! Co za ohydne siki! Z czego wy to robicie?
— Sfermentowane kobyle mleko — odrzekł Arigh. Viridoviks wykrzywił twarz.
— Jasne, a smakuje jak wnętrzności zdechłego węża. Arshaum spojrzał na niego groźnie, zirytowany złośliwościami pod adresem jego ulubionego napoju.
Lankinos Skylitzes i Methodios Sivas, którzy już od dawna znali ten stepowy specyfik, napili się bez żadnych oporów i oblizywali wargi w najlepszym nomadzkim stylu. Gdy bukłak dotarł do Gou-delesa, przełknął tyle, ile nakazywała uprzejmość i bez żalu oddał go Gorgidasowi.
— Przywykniesz do tego, Pikridos — powiedział Skylitzes, z trudem powstrzymując się od uśmiechu.
— To zdanie zaczyna mnie już nudzić — odparł cierpko biurokrata. Więcej niż tylko rozgrzany przez to, co zdążył wypić, Skylitzes zachichotał.
Gorgidas z nieufnością wciągnął powietrze, gdy wręczono mu opróżniony już do połowy bukłak. Spodziewał się kwaśnego zapachu białego sera, ale kavass pachniał raczej jak lekkie, jasne piwo. Pociągnął łyk. Właściwie — pomyślał — to prawie w ogóle nie ma smaku. Alkohol jednak szybko rozgrzał mu wnętrzności — jeśli chodziło o tę kwestię, to kavass był mocniejszy od wszystkich win, jakie dotąd pił.
— To nie jest takie złe, Viridoviks. Spróbuj jeszcze raz — nalegał. — Jeśli spodziewałeś się czegoś równie słodkiego jak wino, to nic dziwnego, że cię odrzuca, ale na pewno piłeś już gorsze rzeczy.
— Tak, i lepsze na pewno też — odparował Gal. Sięgnął po dzban z winem. — Na stepie nie będę miał wyboru, ale teraz mam i wolę wino, jeśli mi wybaczysz Arigh, kochanie. Podaj mu te jego ślimacze flaki, Greku, skoro tak je lubi. Niech ma. — Grdyka Viridoviksa poruszała się miarowo, gdy przytknął dzban do ust.
Sivas dał poselstwu symboliczną eskortę złożoną z dziesięciu żołnierzy.
— Wystarczy żeby pokazać, że jesteście pod ochroną Imperium — wyjaśnił. — Cały garnizon Pristy nie wystarczyłby, gdyby trzeba było was wybawić z prawdziwego kłopotu, a gdybym rzeczywiście wysłał wszystkich moich ludzi, klany z równin zjednoczyłyby się tylko po to, by na moich oczach spalić miasto. Jesteśmy dla nich przydatni dopóty, dopóki wydajemy im się niebezpieczni.
Hypepoptes pozwolił za to posłom wybrać sobie konie ze stajni garnizonu. Jego hojność uratowała ich od konieczności współpracy z klientami gospody, którzy okazali się handlarzami końmi. Zgodnie z przewidywaniami Viridoviksa, byli także szulerami. Gorgidas rozsądnie powstrzymał się od gry — Arigh i Pikridos Goudeles byli mniej rozważni. Arshaum sporo stracił, Goudelesowi udało się zatrzymać swoją część.
Gdy Skylitzes o tym usłyszał, uśmiechnął się lekko i zauważył:
— Urzędnicy są większymi bandytami, niż zwykli złodziejaszkowie koni mogą sobie nawet wyobrazić.
— A do lodu z tobą, przyjacielu — powiedział Goudeles. W jego sakiewce brzęczało złoto. Biurokrata był jednak wystarczająco rozsądny, by zapytać o radę eksperta w innej materii. Tak jak Gorgidas i Viridoviks poprosił Arigha, by wybrał dla niego komplet koni. Tylko Skylitzes ufał swojemu osądowi na tyle, że sam dokonał wyboru i zrobił to tak dobrze, iż nomadzi spojrzeli na niego z nowym szacunkiem.
— Jest tu kilka sztuk, które chętnie zatrzymałbym dla siebie — powiedział.
— Och, jak on tak może mówić? — żalił się Viridoviks. — Znam się trochę na koniach, przynajmniej tak, jak my Celci to rozumiemy, i takiego stada kurdupii jeszcze nigdy nie widziałem — jak za dużo ziaren grochu w strączku.
Podkreślone jeszcze przez galijski akcent, było to doskonałe określenie stepowych koników. Były to małe, choć silne zwierzęta, pokryte szorstką sierścią; niezbyt urodziwe i nie do końca oswojone — zupełnie różne od wszystkich rumaków cenionych przez Viridoviksa. Arigh odpowiedział mu jednak: