Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]

Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:

Imperium szykuje się do wojny z Yezd, ale pojawia się nowe zagrożenie — bunt księcia Draxa i jego wojsk. Zdrada najemników doprowadza Videssos na skraj katastrofy i tylko talent dowódczy Marcusa Scaurusa i zręczna dyplomacja jego sprzymierzeńca zamieniają klęskę w zwycięstwo. Jednak Imperium Videssos w dalszym ciągu czeka walka z Yezd, Do odległej krainy potężnych koczowników wyrusza poselstwo, które ma pozyskać ich pomoc. Jego droga najeżona jest niebezpieczeństwami, o sojusz z koczownikami stara się również Yezd…
1 ... 9 10 11 12 13 14 15 16 17 ... 130
Перейти на страницу:

— Komu potrzebny duży koń? Stepowe konie biegną dwa razy dłużej i znajdują pożywienie tam, gdzie jeden z tych „pożeraczy owsa” musiałby głodować. Prawda, mój ty śliczny?

Pogłaskał jednego ze swych koni i szybko się wycofał, gdy ten próbował złapać go zębami.

Gorgidas śmiał się razem z innymi, ale był to nerwowy śmiech. W najlepszym wypadku można go było nazwać przeciętnym jeźdźcem, jako że dość rzadko miewał okazje ćwiczyć się w tej sztuce. No cóż — powiedział sobie — chcesz czy nie, będziesz się musiał poprawić. Ale na myśl o obiecanych przez Arigha miesiącach w siodle, już bolały go nogi.

W tydzień po tym, jak „Zdobywca” zawinął do portu w Prista, posłowie i towarzysząca im eskorta wyjechali przez północną bramę miasta. Chociaż oddział liczył tylko piętnastu ludzi, z pewnej odległości wyglądał na znacznie większy. Zgodnie ze stepową praktyką, każdy jeździec prowadził za sobą piec do siedmiu koni. Niektóre obarczone były bagażami i żywnością, większość jednak pozostała nie obciążona. Nomadzi zwykli używać innego zwierzęcia każdego dnia, tak aby nie zmęczyć zanadto żadnego z nich.

Poranne słońce odbijało się srebrzyście w Zatoce Maiotic. Wysunięte ramię Morza Videssa-ńskiego znajdowało się o kilka dobrych mil na wschód, ale po drodze nie było żadnych wzgórz, które mogłyby je przesłonić. Ciemna linia za zatoką znaczyła inny pas lądu wcinający się w ocean. Horyzont był zupełnie płaski i jednostajny — to kolejna część stepu, który ciągnął się na zachód; jak daleko? Nie wiedział tego żaden człowiek.

Gorgidas rzadko oddawał się takim rozmyślaniom. Większość uwagi poświęcał utrzymaniu się na koniu — jakimś dodatkowym, zwierzęcym zmysłem przeklęta bestia wyczuwała, że nie był doświadczonym jeźdźcem i zdawała się znajdować szczególną przyjemność w zaskakujących potknięciach, które niemal wyrzucały go z siodła. Szczęśliwie był to styl jazdy preferowany zarówno przez Videssańczyków, jak i mieszkańców równin. Służyły temu głęboko wyżłobione siodła, wysokie łęki z przodu i z tyłu, no i ten wspaniały wynalazek — strzemiona. Bez tych udogodnień, Grek już nieraz wylądowałby na ziemi.

Wszystkie te udoskonalenia nie były jednak w stanie ulżyć narastającemu bólowi w udach. Gor-gidas był w dobrej formie, mógł dotrzymać kroku maszerującym rzymskim legionistom, ale jazda konna wyraźnie wymagała jakichś innych zdolności. Dodatkową udręką były dla niego za krótkie paski od strzemion, co zmuszało go do tego, by podciągać kolana i jeszcze bardziej zginać nogi.

— Dlaczego one są takie krótkie? — zapytał dowódcę oddziału eskortującego poselstwo. Podoficer wzruszył ramionami.

— Większość rzeczy w Prista robimy tak jak Khamorthci — powiedział. — Oni lubią stać wysoko w siodle, żeby móc swobodnie strzelać z łuku.

Żołnierz był Videssańczykiem, szczupłym, śniadym mężczyzną o silnie umięśnionych ramionach. Nazywał się Agathios Psoes. Trzech lub czterech spośród jego ludzi także wyglądało na przybyszów zza Morza Videssańskiego. Pozostali, tak jak posłaniec, który przywitał ambasadorów w Prista, najwyraźniej pochodzili z tych okolic. Miedzy sobą wszyscy żołnierze rozmawiali dziwacznym żargonem, gęsto przetykanym wyrażeniami z języka Knamorthów i jego strukturami, tak że Gorgidas ledwo ich rozumiał.

— Ja mam trochę dłuższe paski — powiedział Arigh. — My, Arshaumi, nie musimy wstawać, żeby widzieć, do czego strzelamy.

Kilka rozgniewanych twarzy żołnierzy eskorty zwróciło się w jego stronę, ale on je zignorował. Podobnie jak Gorgidas, który z wdzięcznością przyjął rzemienie. Rzeczywiście, pomogły — trochę.

Kłopoty Greka były niczym w porównaniu z tym, co przeżywał Pikridos Goudeles. Biurokrata był człowiekiem bogatym i wpływowym, życie nie zmuszało go więc nigdy, by aż tak nadwerężał swoje grube ciało. Gdy pod koniec dnia zatrzymano się na postój, Goudeles zlazł nieporadnie ze swego konia, chwiejąc się i potykając niczym schorowany staruszek. Delikatne dłonie urzędnika poobcierane były od trzymanych kurczowo cugli. Kładąc się z jękiem na ziemi, powiedział:

— Teraz rozumiem, dlaczego Gavras zrobił ze mnie posła. Spodziewa się pewnie, że moje umęczone ciało zostanie pogrzebane na tej równinie i wszystko wskazuje na to, że jego życzenie się spełni.

— Może chciał, żebyś zobaczył, jaką cenę płaci Imperium za twoje miejskie wygody — powiedział Lankinos Skylitzes.

— Hmm. I cóż by nam przyszło z cywilizacji bez wygód? Kiedy jesteś w Videssos, mój drogi przyjacielu, ty też śpisz w łóżku, a nie zawinięty w koc, na ulicy. — Kości mogły boleć Goudelesa paskudnie, ale język wciąż miał ostry. Skylitzes odchrząknął i poszedł pomóc żołnierzom zbierającym chrust na ognisko.

Wysoki, roztaczający wokół miłe ciepło ogień był jedynym światłem w zasięgu wzroku. Gorgi-das czuł się nagi i samotny na ogromnej, pustej równinie. Brakowało mu dodających zawsze otuchy wałów i rowów, którymi otaczali swój obóz Rzymianie gdziekolwiek by się znaleźli. Tu cała armia mogła kryć się w ciemnościach, na granicy kontrolowanego przez wartowników obszaru. Podskoczył, gdy jakiś nocny ptak wleciał nagle w krąg światła, ścigając wabione ogniem owady.

Nazajutrz zjedli na śniadanie wędzoną baraninę, twardy ser i cienkie, płaskie placki pszeniczne, które jeden z żołnierzy usmażył na małej patelni. Koczownicy rzadko jadali chleb. Piece były zbyt duże, ciężkie i nieporęczne dla ludzi, którzy wciąż musieli się przemieszczać. Jedząc twarde, i prawie zupełnie pozbawione smaku placki, Gorgidas był pewien, że wkrótce nie będzie mógł na nie patrzeć, choć z drugiej strony — pomyślał — przy takim pożywieniu nie musi obawiać się rozwolnienia; raczej czegoś przeciwnego. Przemawiał za tym także klimat; ludy żyjące w krainach o ostrych zimach i przeważającym północnym wietrze, cierpią często na zaparcie, a przynajmniej tak twierdził Hipokrates.

Te medyczne rozmyślania zezłościły go w końcu — powinien się już tym zajmować. Żeby się uspokoić, opis pokrótce żołnierskie metody gotowania.

Viridoviks był niezwykle cichy w ciągu pierwszego dnia ic podróży po stepie. Gdy opuścili pierwszy obóz, ten dziwny nastrój znów do niego powrócił. Jechał prawie na samym końcu oddziału i wciąż rozglądał się dokoła; to na lewo, to na prawo, to znów przez ramię do tyłu.

— Tam nic nie ma — powiedział Gorgidas myśląc, że Gal sprawdza, czy ktoś za nimi nie jedzie.

— Masz zupełną rację. Tu jest cholernie wielkie nic! — wykrzyknął Celt. — Czuję się jak maleńki robaczek na talerzu, co wcale nie jest przyjemne. W galijskich lasach łatwo można powiedzieć, gdzie świat się kończy, jeśli mnie rozumiesz. Ale tutaj świat nie ma końca; ciągnie się chyba w nieskończoność.

Gorgidas pochylił głowę. On też dorastał w ciasnym świecie i doskonale rozumiał, co czuje Gal. Wielkie równiny ukazywały człowiekowi jego znikomość. Arigh uważał ich zapewne za głupców.

— Ja na stepie czuję, że żyję — powiedział, powtarzając swoje słowa z Pristy. — Kiedy po raz pierwszy przyjechałem do Videssos, ledwie się odważyłem wyjść na ulicę ze strachu, że wszystkie budynki się na mnie przewrócą. Zupełnie nie rozumiem, jak ludzie mogą się przez całe życie tłoczyć w mieście.

— Jak mówi Pindar, do wszystkiego można się przyzwyczaić — powiedział Gorgidas. — Daj nam trochę czasu, Arigh, a przywykniemy do tych twoich nie kończących się przestrzeni.

— Tak, może i przywykniemy — wtrącił Viridoviks. — Ale niech mnie powieszą, jeśli je polubię.

1 ... 9 10 11 12 13 14 15 16 17 ... 130
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)