Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
Wzruszeniem ramion Arigh okazał, jak dalece jest mu to obojętne.
Szeroki horyzont dawał jednak podróżnym pewną korzyść; wszelka zwierzyna była widoczna z nieprawdopodobnych odległości. Wystraszone przez konie stado kuropatw poderwało się do lotu. Leciały szybko i nisko, przez moment tylko szybując, potem machając szaleńczo skrzydłami, znowu szybując. Kilku żołnierzy założyło strzały na cięciwy i pognało wierzchowce w pościgu za ptakami. Ich podwójnie wygięte haki, wzmocnione rogiem, miały niezwykłą siłę — strzały pędziły szybciej niż jakikolwiek sokół.
— Powinniśmy mieć siatki — powiedział Skylitzes obserwując trzy strzały, które kolejno mijały wymykającego się ptaka. Jednak nomadzi ćwiczyli się w łucznictwie od dzieciństwa i zazwyczaj nie chybiali. Ich łupem padło siedem kuropatw. Ślina napłynęła Gorgidasowi do ust, gdy pomyślał o delikatnym, ciemnym mięsie.
— Nieźle strzelacie — powiedział Viridoviks do jednego z ludzi Agathiosa Psoesa. Żołnierz, z wyglądu typowy Khamorth, trzymał w ręku dwa ptaki. Uśmiechnął się do Celta, który kontynuował: — Te wasze strzały świetnie trzymają się w linii. Z czego robicie cięciwy?
Żołnierz; podał mu swą broń. W porównaniu do długich cisowych łuków używanych przez Celtów, ten był mały i lekki, ale Viridoviks krzyknął ze zdumienia, gdy spróbował naciągnąć cięciwę. Mięśnie na jego ramionach naprężyły się, zanim łuk w ogóle zaczął się zginać.
— To nie zabawka, co? — powiedział, oddając broń. Zadowolony z jego reakcji, żołnierz uśmiechnął się chytrze.
— Twoja tarcza, daj mi, tutaj — jego videssanski był w takim samym stopniu zniekształcony przez obcy akcent, jak wypowiedzi Celta. Viridoviks, kiedy nie spodziewał się walki, nosił tarczę przewieszoną przez plecy. Rozpiął więc pasek i podał ją kawalerzyście. Była to typowa galijska tarcza — podłużna, pokryta pancerzem z brązu, z wypukłymi metalowymi spiralami, które dla większego efektu pociągnięte były czerwoną i zieloną emalią. Viridoviks dbał o nią naprawdę starannie — był bardzo wymagający, gdy chodziło o broń i zbroję.
— Ładna — zauważył żołnierz, opierając ją pionowo o krzak. Odjechał mniej więcej na odległość stu jardów. Z dzikim okrzykiem spiął konia ostrogami, ruszył gwałtownie do przodu i wypuścił strzałę. Tarcza obróciła się, ale gdy Viridoviks wziął ją do ręki, nie było w niej strzały.
— Na pewno ta bestia się ru…? — zaczął Celt i przerwał zaskoczony. Wysoko, w prawym górnym rogu tarczy, okrągła dziurka prześwitywała przez drewno i przez brąz.
— Na głowy moich wrogów! — powiedział cicho, nie mogąc wyjść z podziwu. Strażnik podniósł swoją strzałę, która przeleciała jeszcze jakieś dziesięć lub dwanaście stóp.
Włożył ją z powrotem do kołczanu, mówiąc:
— Masz dobrą tarczę. Przez moją przeleciałaby o wiele dalej.
Rzeczywiście; mała, okrągła tarcza nomady, wykonana z drewna i skóry, dobra była do zbijania uderzeń miecza, ale do niczego więcej.
— A ja myślałem, że koczownicy mają lekkie zbroje, bo nie mogą przeciążać tych mizernych kucyków, i że takie cherlawe zwierzaki nie dałyby sobie rady — powiedział Viridoviks.
— A jest jakiś inny powód? — spytał Gorgidas.
— Przyjrzyj się dobrze, ty pusty grecki łbie — odparł Celt, wymachując tarczą przed oczami Gorgidasa. — Przy takich łukach, z żelastwem czy bez, i tak jesteś jak poduszka na igły. Po cholerę więc wkładać na siebie to żelastwo?
Ku zaskoczeniu Viridoviksa, Grek wybuchnął śmiechem.
— Co w tym śmiesznego? — spytał zirytowany Gal.
— Przepraszam — odparł Gorgidas, coś sobie zapisując. — Idea broni tak silnej, że czyniłaby jakakolwiek obronę bezskuteczną i niepotrzebną, nigdy nie przyszła mi do głowy. Ten stepowy łuk nią nie jest; Namdalajczycy w swoich zbrojach i pancerzach całkiem nieźle to wytrzymali! Ale sam pomysł, choć zupełnie abstrakcyjny, może być fascynujący.
Próbując wsadzić mały palec do dziurki po strzale, Viridoviks wymamrotał:
— Niech szlag trafi twoje abstrakcyjne pomysły.
Ruchoma, brązowa smuga w oddali powoli przekształciła się w stado bydła, którego rogi sterczały do góry niczym gałęzie uschniętych drzew. Razem z bydłem pojawili się pasterze — może ze dwudziestu Khamorthów. Większość z nich porzuciła stado i popędziła w stronę nadjeżdżającej grupy, gdy tylko została ona dostrzeżona.
Przywódca pasterzy wykrzyknął kilka słów w swoim języku, po czym widząc wśród obcych także ludzi z Imperium, dodał okropnym videssańskim:
— Kto wy? Co robić wy tutaj?
Nie czekał na odpowiedź. Jego śniada twarz pociemniała jeszcze ze złości, gdy zauważył Arigha.
— Arshaum! — krzyknął, a jego ludzie sięgnęli po szable i łuki. — Co robić wy z Arshaum? — zwrócił się do Goudelesa, wybierając biurokratę zapewne dlatego, że był najlepiej ubrany. — Przez Arshaum, my wszystkie klany — jak wy mówić? — cierpieć! Wasz Imperator robić wszystko z nimi być. Ja, Olbiop, syn Vorishtana, mówić to i ja prawda mówić.
— My zabić! — krzyknął jeden z ludzi Olbiopa. Żołnierze eskorty sięgali po broń, a Arigh założył już strzałę na cięciwę. Viridoviks i Lankinos Skylitzes siedzieli spokojnie, ale obaj trzymali dłonie na rękojeści miecza. Rzymski miecz Gorgidasa wciąż tkwił w bagażach. Grekowi nie pozostało nic innego jak tylko czekać na dalszy rozwój wypadków.
To właśnie wtedy Pikridos Goudeles pokazał, co naprawdę jest wart.
— Wstrzymaj się, o szlachetny Olbiopie, synu Vorishtana. Powiadam, wstrzymaj się, zanim twa bezmyślność każe ci popełnić ten straszliwy błąd! — zawołał biurokrata, a jego głos zabrzmiał naprawdę dramatyczną nutą; efekt pogłębiony został jeszcze przez doskonałą intonację doświadczonego mówcy. Gorgidas wątpił, czy nomada zrozumiał coś poza swoim nazwiskiem, ale to wystarczyło, by zwrócił głowę w stronę Goudelesa.
— Bądź moim tłumaczem, przyjacielu. To dobry człowiek — wyszeptał Goudeles do siedzącego obok Skylitzesa.
Gdy żołnierz skinął głową, Pikridos przybrał odpowiednią pozę i oddał się cały kwiecistej sztuce krasomówstwa w typowym videssańskim stylu.
— O przywódco wielkiego ludu Khamorth, mord tu na nas popełniony, mord,którego ty.szla-chetny wodzu,byłbyś sprawcą, stałby się sprawą trudniejszą, bardziej bolesną i niszczącą niż śmierć sama. Pamięć?
— Nie potrafiłbym tego powtórzyć, a co dopiero przetłumaczyć — powiedział Skylitzes, otwierając szeroko oczy.
— Zamknij się — syknął Goudeles i podjął przemówienie gestem, który wcale nie był mniej wytworny przez to, że wykonany został na ruchliwym koniu, a nie w komnacie pałacu Imperatora.
— Pamięć tego niesławnego czynu przetrwałaby przez wszystkie pokolenia całego rodu ludzkiego. Rzecz taka nigdy dotąd nie miała miejsca, ale oto ty dopełniłbyś jej tu i teraz. Na zawsze niech pozostanie w pamięci ludzkiej świadectwo tej hańby, jaką stanie się stracenie niewinnych posłów. A jej niewypowiedziana groza okaże się bardziej jeszcze przerażającą w słowach opowieści.
Tłumaczenie było tylko kiepską kopią oryginału, bez wszystkich nagłych przestawień, aliteracji, zmian czasów. Ale to nie miało żadnego znaczenia — Goudeles oczarował nomadów, bez względu na to czy go zrozumieli, czy nie. Jak większość analfabetów, przykładali wielką wagę do sztuki mówienia. Gryzipiórek był mistrzem ze starszej niż ich własna szkoły. Goudeles kontynuował:
— Modlę się do Najwyższego, by mnie samego spotkała śmierć z waszych rąk, teraz, gdy usłyszałem imię mojego Autokratora zbezczeszczone czczymi pomówieniami. Pozwólcie mi jednak nalegać, w imieniu moich towarzyszy, nie swoim, abyście wpierwej spojrzeli na nas łaskawym okiem, byście umniejszyli swój gniew i łagodnością przywiedli wasze serca gorące i skore do czynu — do miłosierdzia. Po drugie zaś, dajcie przekonać się odwiecznym zwyczajom, które chronią posłów, a my właśnie jesteśmy zwiastunami pokoju i tymi, którzy ustanowieni zostali jako rozdawcyjego świętych dobrodziejstw.