Kawaleria kosmosu [Starship Troopers - pl]
- Автор: Хайнлайн Роберт Энсон
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-372-6
- Переводчик: Irena Lipinska
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Kawaleria kosmosu [Starship Troopers - pl]». Краткое содержание книги:
Ten cały incydent był tak nieprawdopodobny, że nie śmiałem o nim nikomu nawet wspomnieć. A sam kapitan Frankel… Oficerów nie mieliśmy okazji widywać zbyt często. Pojawiali się czasem, spacerując wolnym krokiem, na wieczornym apelu. Dokonywali raz na tydzień przeglądu, robiąc sierżantom uwagi, które potem skupiały się na nas. Co tydzień też decydowali, która kompania będzie miała honor strzec pułkowego sztandaru.
Jeden albo kilku towarzyszyło nam zwykle na trasach marszu, a kapitan Frankel zademonstrował nam dwa razy swoje mistrzostwo w la savate. Oficerowie jednak nie pracowali tak naprawdę i nie mieli żadnych kłopotów, bo pod sobą mieli przecież sierżantów.
Teraz nagle okazało się, że kapitan Frankel pracował tak ciężko, że nie starczało mu czasu na posiłki. Był tak zajęty, że brak mu było ruchu i ćwiczeń fizycznych.
A jeśli chodzi o troski i kłopoty, to wydawał się zgnębiony tym, co przytrafiło się Hendrickowi, jeszcze bardziej niż sam Zim. A przecież nie znał Hendricka nawet z widzenia. Musiał zapytać o jego nazwisko.
Miałem głupie uczucie, że się kompletnie myliłem w ocenie świata, w którym obecnie żyłem. Tak jakby cała jego istota i każda część były czymś zupełnie innym, niż na to wyglądały. To tak jakby twoja własna matka okazała się nagle kimś obcym, jedynie w masce na twarzy.
Jednego tylko byłem pewien: wcale nie miałem ochoty przekonać się, czym naprawdę była Piechota Zmechanizowana. Jeśli była tak twarda i bezwzględna, że potrafiła sprawić, iż nawet tacy półbogowie jak sierżanci i oficerowie mogli czuć się nieszczęśliwi, to na pewno była zbyt bezwzględna i za twarda dla małego Johna! Jak można uchronić się od popełnienia błędów w jednostce, której nawet nie rozumiesz? Absolutnie nie uśmiechało mi się dyndanie na szubienicy, nie chciałem też ryzykować kary chłosty.
Nikt nigdy w mojej rodzinie nie był wychłostany. Nie było w niej kryminalistów ani nawet nikt nie był oskarżony o przestępstwo. Byliśmy rodziną dumną. Jedyne, czego nam brakowało, to obywatelstwo. Ale ojciec nie uważał tego za specjalny honor, a raczej za rzecz bezużyteczną. Gdybym jednak został wychłostany… och, na pewno dostałby zawału.
A przecież Hendrick nie zrobił nic innego niż to, o czym ja sam myślałem tysiąc razy. Czemu ja tego nie zrobiłem? Jestem bojaźliwy. Wiedziałem, że każdy z tych instruktorów mógł mnie stłuc do nieprzytomności. Trzymałem więc gębę na kłódkę i nie wychylałem się. Jesteś tchórzem, Johnnie. Ted Hendrick miał przynajmniej odwagę. Ja nie miałem… A człowiek pozbawiony odwagi nie ma czego szukać w wojsku.
Nie ma rady, Johnnie, najwyższy czas, żeby się stąd wymeldować.
List od matki tylko potwierdził słuszność mojej decyzji. Mogłem nie mieć serca dla swoich rodziców, dopóki się mnie wyrzekali, ale kiedy zmiękli… Oto, co mi napisała:
„Muszę ci jednak donieść z przykrością, że ojciec w dalszym ciągu nie chce o tobie słyszeć. Ale, mój najdroższy, w taki sposób wyraża się jego cierpienie, bo płakać nie potrafi. Musisz to zrozumieć, moje drogie dziecko, on kocha cię bardziej niż własne życie, bardziej niż mnie — a ty przecież zraniłeś go bardzo głęboko. Mówi ludziom, że jesteś dorosłym mężczyzną, odpowiedzialnym za swoje decyzje i że jest z ciebie dumny. Ale to przemawia jego miłość własna; mówi dumny człowiek, który został zraniony głęboko, w samo serce, przez tego, kogo kocha najbardziej.
Musisz to zrozumieć, Juanito, że nie mówi o tobie, nie napisał do ciebie, bo po prostu jeszcze nie może. Jego ból jest wciąż nie do zniesienia. Za jakiś czas złagodnieje, jestem pewna, i wtedy wstawię się za tobą i znów będziemy wszyscy razem.
A jeśli chodzi o mnie, to czy mój drogi chłopiec może zrobić coś, co by rozgniewało jego matkę? Możesz mnie zranić, ale nigdy nie będę cię mniej kochała. Gdziekolwiek jesteś, cokolwiek robisz, zawsze jesteś moim małym synkiem, który przybiega w ramiona swej matki po pociechę. Pamiętaj, że te ramiona zawsze czekają na ciebie, kiedy tylko pragniesz się w nich schronić. Mali chłopcy nigdy nie wyrastają na tyle, by nie potrzebować matczynej miłości, prawda kochanie? Mam nadzieję, że do mnie napiszesz i powiesz mi to.
Muszę dodać, iż ze względu na to, że tak bardzo długo nie pisałeś, będzie prawdopodobnie lepiej (póki cię nie zawiadomię, abyś robił inaczej), żeby twoje listy przychodziły pod adresem ciotki Eleonory. Będzie mi je przekazywała natychmiast. Rozumiesz?
Całuję Cię tysiąc razy, moje ukochane dziecko.