Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Kawaleria kosmosu [Starship Troopers - pl]
Kawaleria kosmosu [Starship Troopers - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Kawaleria kosmosu [Starship Troopers - pl]

Электронная книга - «Kawaleria kosmosu [Starship Troopers - pl]». Краткое содержание книги:

Trwa galaktyczna wojna pomiędzy Ziemianami i Pluskwo-Pajęczakami, agresywną rasą antropoidów, których społeczna organizacja przypomina rój, poddany bezwzględnej władzy dyktatorskiej. Ogrom przewagi liczebnej nieprzyjaciela wyklucza globalną konfrontację i wymusza taktykę nagłych, niespodziewanych ataków ze strony sił Ziemskiej Federacji. Do takich zadań najlepiej przygotowani są komandosi z Piechoty Zmechanizowanej, a wśród nich kadet Johny Rico, który karierę żołnierza rozpoczął tak niedawno…
1 ... 8 9 10 11 12 13 14 15 16 ... 42
Перейти на страницу:

— Słucham? Ależ oczywiście, panie sierżancie!

— Musiałeś więc poznać odpowiedź. Ale ja powiem ci, nieoficjalnie, jakie jest moje zdanie na ten temat. Jeśli chciałbyś skarcić dziecko, to czy obciąłbyś mu głowę?

— Ależ skąd, panie sierżancie!

— Oczywiście, nie. Dałbyś mu klapsa. Mogą zaistnieć okoliczności, kiedy byłoby taką samą głupotą rzucić na miasto nieprzyjaciela bombę wodorową, co przyłożyć dziecku siekierką. Wojna to nie przemoc i zabijanie, tak zwyczajnie, po prostu. Wojna jest przemocą kontrolowaną, prowadzącą do określonego celu. Celem wojny jest poparcie siłą decyzji rządu. Nie zabijanie dla samego zabijania… ale skłonienie wrogów do postępowania tak, jak sobie życzy zwycięzca. Jest to jedyna odpowiedź, jakiej mogę ci udzielić. Jeśli to cię nie zadowala, możesz zameldować się na rozmowę do dowódcy pułku. Jeżeli i on cię nie przekona — wracaj do domu, do cywila! Bo w takim wypadku, z pewnością, nie nadajesz się na żołnierza.

Zim zerwał się na nogi.

— Zdaje się, wyciągacie mnie na pogaduszki, zamiast pracować. Baczność! Spocznij, na stanowiska bojowe — marsz!

Ćwiczyliśmy z kijami i ćwiczyliśmy z drutem i uczyliśmy się, czego można dokonać najbardziej nowoczesną bronią. Jak ją obsługiwać i magazynować.

Mieliśmy też wiele zajęć z bronią przestarzałą. Na przykład strzelanie z karabinów, prawie identycznych, jak karabiny piechoty w XX wieku, zarówno do celu stałego z odmierzonej odległości, jak i do celów ruchomych. Miało nam to wyrobić pewność oka i nauczyć, byśmy byli zawsze w pogotowiu, żeby nic nas nie mogło zaskoczyć. I myślę, że była to nauka skuteczna.

Na naszych manewrach nikt nie został raniony ani zabity pociskiem karabinowym. Wypadki śmierci spowodowane były innymi broniami lub wymyślnymi urządzeniami bojowymi. Kiedyś jeden chłopak skręcił kark, szukając gwałtownie kryjówki, gdy zaczęto do niego strzelać — ale żaden pocisk go nie trafił.

* * *

Jednak właśnie to, strzelanie i krycie się, doprowadziły mnie do najcięższej depresji.

Po pierwsze — zostałem zdegradowany. Odebrano mi rangę rekrucką nie dlatego, żebym sam zawinił, ale moja sekcja źle się spisała i to w czasie mojej nieobecności… Zwróciłem na to uwagę, lecz Bronski kazał mi zamknąć gębę.

Poszedłem więc z tym do Zima, ale on odparł zimno, że odpowiadam za to, co robią moi ludzie i zarobiłem sześć godzin karnej służby. I jeszcze ochrzanił mnie, że zwróciłem się do niego bez zezwolenia Bronskiego.

Następnie — przyszedł wreszcie list od matki. Bardzo mnie przygnębił.

Potem — wywichnąłem sobie ramię przy pierwszej musztrze w pancernym kombinezonie zmechanizowanym, przydzielono mi lżejszą służbę i miałem za dużo czasu na myślenie i użalanie się nad sobą.

Byłem tego dnia ordynansem w biurze dowódcy batalionu. Z początku wykazywałem wielki zapał, bo chciałem zrobić dobre wrażenie. Okazało się jednak, że kapitan Frankel nie oczekiwał po mnie zapału. Chciał natomiast, żebym siedział spokojnie, nic nie mówił i nie zawracał mu głowy. I znów miałem czas, żeby medytować nad swoim marnym losem. Zdrzemnąć się nie miałem odwagi.

Wkrótce po obiedzie niespodziewanie wkroczył sierżant Zim, a za nim trzech ludzi. Zim, jak zwykle, wyglądał schludnie i elegancko, ale wyraz jego twarzy przywodził na myśl śmierć. Pod prawym okiem miał siniec, co przecież było zupełnie niemożliwe.

Za nim, między dwoma innymi, stał Ted Hendrick. Był brudny, ale kompania miała właśnie ćwiczenia polowe, więc jasne, że prawie cały czas czołgał się w błocie i kurzu. Warga Teda była rozcięta, a podbródek i bluza poplamione krwią. Nie miał furażerki. W jego oczach malowała się wściekłość.

Kapitan Frankel zdziwił się.

— O co chodzi, sierżancie?

Zim stał sztywno jak słup soli i recytował jak maszynka:

— Dowódca Kompanii H melduje dowódcy batalionu. Złamanie dyscypliny. Artykuł dziewięćdziesiąt jeden, zero siedem. Odmowa wykonania rozkazu podczas symulowanej walki. Artykuł dziewięćdziesiąt jeden, dwadzieścia. Nieposłuchanie komendy, ten sam artykuł.

Kapitan Frankel zdumiał się.

— Zwracacie się z tym do mnie, sierżancie? Służbowo?

Nie wiem, jak Zim to zrobił, że wyglądał na zakłopotanego, a równocześnie jego twarz i głos pozostały całkowicie bez wyrazu.

— Żołnierz domagał się postawienia go przed dowódcą batalionu.

— Ach tak. W dalszym ciągu nie rozumiem, sierżancie, ale należy mu się ten przywilej. A więc jaki to był rozkaz?

— Rozkaz zamarcia w bezruchu, panie kapitanie.

Spojrzałem na Hendricka myśląc: ale żeś się urządził, bracie!

Na rozkaz zamarcia należy paść na ziemię, kryć się, jeśli można, a potem zamrzeć, w ogóle nie ruszać się, nawet nie mrugnąć okiem, aż do odwołania rozkazu.

Brwi Frankla pojechały do góry.

— Następny zarzut?

— To samo, panie kapitanie. Po niewykonaniu rozkazu zamarcia, nie posłuchał ponownego wezwania.

Kapitan Frankel był ponury.

— Nazwisko?

Zim odpowiedział.

— Hendrick, T.C., rekrut szeregowiec RP 7960924.

— No więc, Hendrick, zostajecie pozbawieni wszystkich przywilejów na okres trzydziestu dni. Poza służbą i posiłkami macie nie opuszczać namiotu. Wyjść wolno jedynie dla załatwienia potrzeb higienicznych. Dziennie trzy godziny karnej służby — godzinę przed capstrzykiem, godzinę przed pobudką oraz godzinę w południe, zamiast posiłku. Wieczorem otrzymacie chleb i wodę — chleba tyle, ile zjecie. Co niedzielę — dziesięć godzin dodatkowej służby. Możecie otrzymać zezwolenie na uczestnictwo w nabożeństwie.

Pomyślałem: O Boże, ale mu dosolili!

Kapitan Frankel mówił dalej:

— I tak macie szczęście, Hendrick, że bez zwołania sądu wojennego nie mogę wymierzyć wam sroższej kary… Nie chcę jednak plamić opinii waszej kompanii. Odmaszerować! — Spuścił oczy na papiery na biurku, uważając sprawę za skończoną.

— Dlaczego pan mnie nie wysłuchał?! — wrzasnął Hendrick.

Kapitan spojrzał.

— Och, przepraszam. Masz coś do powiedzenia?

— Chyba, że mam! Sierżant Zim uprzedził się do mnie! Dokucza mi, dręczy, tyranizuje od pierwszego dnia! On…

— Spełnia swoje obowiązki — powiedział zimno kapitan. — Zaprzeczasz obu oskarżeniom wysuniętym przeciwko tobie?

— Nie, ale… on nie powiedział, że leżałem w mrowisku!!!

Frankel skrzywił się z niesmakiem.

— Och, a więc pozwoliłbyś, aby zabito ciebie, a może twoich kolegów, tylko z powodu paru małych mrówek?

— Wcale nie paru! Były ich setki i gryzły!

— Ach tak? Młody człowieku, pozwól, że powiem ci otwarcie: nawet gdyby to było gniazdo jadowitych węży, powinieneś zachować się tak, jak ci rozkazano: zamrzeć w bezruchu. — Frankel zrobił pauzę. — Masz coś jeszcze do powiedzenia na swoją obronę?

Hendrick stal z otwartą gębą.

— Naturalnie, że mam! On mnie uderzył! Uderzył mnie własnoręcznie! Oni wszyscy spacerują z tymi idiotycznymi pałkami i biją nas po tyłku albo szturchają w plecy. Jakoś nauczyłem się to znosić. Ale on uderzył mnie pięścią! Powalił mnie na ziemię i wrzeszczał: Zamrzyj ty głupi ośle! I co pan kapitan na to?

Kapitan Frankel spuścił wzrok na swoje ręce, a potem znów spojrzał na Hendricka.

— Młodzieńcze, trwasz w błędnym przekonaniu, powszechnie panującym wśród cywilów. Uważasz, że oficerom, twoim zwierzchnikom, nie wolno dotknąć cię ręką. W stosunkach towarzyskich jest to prawda. Ale przy zależności służbowej sprawa ma się zupełnie inaczej.

1 ... 8 9 10 11 12 13 14 15 16 ... 42
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)