Zdarzały się też inne przypadki chłosty, ale nie było ich wiele. Z naszego oddziału tylko Hendrick został skazany na chłostę wyrokiem sądu wojennego, pozostali, w tym także ja, otrzymywali jedynie kary administracyjne. Zgodę na chłostę musiał wyrazić dowódca oddziału, jego zastępcy zaś wcale nie było pilno zwrócić się do niego z takim wnioskiem, gdyż doskonale zdawał sobie sprawę, że major Malloy znacznie chętniej dyscyplinarnie zwolniłby winnego żołnierza, niż zezwolił na wykonanie kary cielesnej. Zwykła kara administracyjna świadczy o tym, że twój zwierzchnik bierze pod uwagę mało prawdopodobną możliwość, iż w przyszłości uda ci się jednak wyrosnąć na dobrego żołnierza i obywatela.
Tylko ja otrzymałem maksymalną karę, nikomu też bardziej niż mnie nie groziło zwolnienie do cywila. Z pewnością jest to jakieś wyróżnienie, ale nikomu takiego nie życzę.
Zdarzył się jeszcze jeden przypadek, znacznie gorszy od mojego albo Teda Hendricka. Nawet teraz, kiedy o tym myślę, robi mi się niedobrze. Pewnego dnia postawiono szubienicę.
Chciałbym, żeby nie było wątpliwości: ta sprawa nie miała nic wspólnego z armią. Przestępstwo nie zostało popełnione na terenie Obozu Currie, a oficer, który przyjął tego chłopca do wojska, powinien natychmiast zostać zdegradowany.
Chłopak zdezerterował, i to zaledwie dwa dni po naszym przybyciu do obozu. Kompletnie bez sensu, ma się rozumieć, ale w tej sprawie wszystko było bez sensu. Dlaczego po prostu nie poprosił o zwolnienie? Rzecz jasna, dezercja należy do najpoważniejszych wykroczeń, jakie można popełnić, ale armia bardzo rzadko karze za nią śmiercią, chyba że mają miejsce jakieś nadzwyczajne okoliczności, na przykład jeżeli znajdzie zastosowanie paragraf „w obliczu nieprzyjaciela” albo zajdą inne ważne fakty, zmieniające klasyfikację prawną tego czynu.
Armia nawet nie stara się chwytać dezerterów, i to ma sens. Przecież wszyscy jesteśmy ochotnikami, trafiliśmy do wojska, ponieważ tego chcieliśmy, jesteśmy z tego dumni, a wojsko jest dumne z nas. Jeżeli ktoś tak nie myśli, to wolałbym nie mieć go obok siebie, kiedy zaczną się kłopoty. Chcę wiedzieć, że koledzy będą ratować moją skórę, ponieważ jestem żołnierzem, tak samo jak oni, i moja skóra znaczy dla nich tyle samo co ich własna. Nie interesują mnie pseudowojacy, wlokący się ciągle gdzieś z tyłu i szukający bezpiecznej kryjówki, jak tylko zrobi się trochę bardziej gorąco. Znacznie bezpieczniej jest nie mieć nikogo na skrzydle, niż jakiegoś malkontenta obarczonego kompleksem poborowego. Jeśli więc uciekają, to proszę bardzo, szerokiej drogi, łapanie ich to tylko strata czasu i pieniędzy.
Rzecz jasna, większość wraca, choć czasem dopiero po paru latach. Nikt ich wtedy nie wiesza, tylko dostają po pięćdziesiąt razów i mogą sobie iść, dokąd zechcą. Wydaje mi się, że człowiek bardzo szybko spala się nerwowo, wiedząc, że jest uciekinierem wśród uczciwych obywateli, nawet jeśli policja nie czyni najmniejszego wysiłku, aby go schwytać. „Grzesznicy umykają w popłochu, nawet gdy nikt za nimi nie bieży”. Pokusa, żeby się ujawnić, dostać swój przydział cięgów, a potem móc oddychać pełną piersią, musi być ogromna.
Ale ten chłopak nie zgłosił się z własnej woli. Nie było go już cztery miesiące i mocno wątpię, czy koledzy z jego kompanii w ogóle go pamiętali, bo służył z nimi zaledwie przez parę dni. Był po prostu nazwiskiem bez twarzy, fiszką z napisem „Dillinger, N.L.”, o którym codziennie na porannym apelu należało meldować, że jest „nieobecny nie usprawiedliwiony”.
A potem zabił dziewczynkę.
Miał zostać osądzony i skazany przez sąd cywilny, ale wyszło na jaw, że jest dezerterem, powiadomiono więc Departament i naszego generała, a ten natychmiast interweniował. Dezerter trafił do nas, ponieważ jurysdykcja wojskowa ma pierwszeństwo przed cywilną.
Dlaczego generał zawracał sobie głowę? Dlaczego nie zostawił sprawy w rękach miejscowego szeryfa?
Czyżby po to, żeby „dać nauczkę”?
Wcale nie. Jestem święcie przekonany, że generał wcale nie uważał, że jeśli nie urządzi swoim chłopcom odrażającego spektaklu, to będą gromadnie zabijali dziewczynki. Teraz uważam nawet, że chętnie oszczędziłby nam tego widoku, gdyby tylko mógł.
Otrzymaliśmy jednak nauczkę, choć wtedy nikt o tym nie wspomniał. Była to nauczka z rodzaju tych, które muszą długo wsiąkać w podświadomość, zanim zaczną dawać owoce.
Wojsko zajmuje się swoimi ludźmi bez względu na okoliczności.
Dillinger wciąż jeszcze był jednym z nas. Mimo że go nie chcieliśmy, mimo że tak naprawdę nigdy go nie zaakceptowaliśmy, mimo że najchętniej w ogóle byśmy się do niego nie przyznawali, to jednak on wciąż należał do naszego oddziału. Nie mogliśmy po prostu wzruszyć ramionami i pozwolić, żeby zajął się nim szeryf z jakiejś dziury odległej o tysiąc mil stąd. Jeżeli trzeba zastrzelić psa, właściciel zrobi to sam — naturalnie, jeśli jest prawdziwym mężczyzną. Do takich rzeczy nie wynajmuje się byle kogo.
W dokumentach stało jak wół, że Dillinger jest nasz, więc my byliśmy za niego odpowiedzialni.
Tego wieczoru w wolnym tempie pomaszerowaliśmy na plac apelowy (zaledwie sześćdziesiąt kroków na minutę, prawie nic w porównaniu z zazwyczaj stosowanym tempem sto czterdzieści), podczas gdy orkiestra grała Lament żałobny. Potem wyprowadzono Dillingera w kompletnym mundurze, orkiestra zaczęła grać Donny Deever, jemu zaś poodrywano wszystkie dystynkcje i odznaki, aż wreszcie został w jasnobłękitnym kombinezonie, który już w niczym nie przypominał munduru. Rozległ się łoskot werbli, a chwilę później było już po wszystkim.
Szybkim krokiem wróciliśmy do kwater. Nie wydaje mi się, żeby ktoś zemdlał, i chyba nawet nikogo nie chwyciły torsje, choć tego wieczoru wielu zrezygnowało z kolacji, a w stołówce po raz pierwszy panowała niemal całkowita cisza. Jednak, choć sprawa rzeczywiście była paskudna (większość z nas, w tym także ja, po raz pierwszy widziała na własne oczy śmierć), nie wstrząsnęła nami tak bardzo jak chłosta Teda Hendricka, chyba dlatego, że nie sposób było postawić się w miejscu Dillingera albo powiedzieć sobie: „To mogłem być ja”. Oprócz dezercji Dillinger dopuścił się co najmniej czterech poważnych przestępstw. Nawet gdyby jego ofiara żyła, i tak zadyndałby na szubienicy za porwanie, żądanie okupu albo jeszcze za coś innego.