Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Kawaleria kosmosu [Starship Troopers - pl]
Kawaleria kosmosu [Starship Troopers - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Kawaleria kosmosu [Starship Troopers - pl]

Электронная книга - «Kawaleria kosmosu [Starship Troopers - pl]». Краткое содержание книги:

Trwa galaktyczna wojna pomiędzy Ziemianami i Pluskwo-Pajęczakami, agresywną rasą antropoidów, których społeczna organizacja przypomina rój, poddany bezwzględnej władzy dyktatorskiej. Ogrom przewagi liczebnej nieprzyjaciela wyklucza globalną konfrontację i wymusza taktykę nagłych, niespodziewanych ataków ze strony sił Ziemskiej Federacji. Do takich zadań najlepiej przygotowani są komandosi z Piechoty Zmechanizowanej, a wśród nich kadet Johny Rico, który karierę żołnierza rozpoczął tak niedawno…
1 ... 10 11 12 13 14 15 16 17 18 ... 42
Перейти на страницу:

— Sąd powtarza: Czy chcecie zeznawać w swojej własnej obronie?

— Nie, Wysoki Sądzie.

— Sąd domaga się od was odpowiedzi w kwestii formalnej. Czy został wam podany do wiadomości artykuł, na podstawie którego zostaliście oskarżeni, przed tym, zanim popełniliście przestępstwo, za które odpowiadacie przed Sądem? Możecie odpowiedzieć tak albo nie, albo nie odpowiedzieć. Musicie jednak wziąć pod uwagę, że odpowiedź wasza podlega artykułowi 9167, dotyczącemu krzywoprzysięstwa.

— Och, chyba nam czytali, tyle tego czytają w każdą niedzielę.

— Czy był, czy nie był wam odczytany ten artykuł?

— Och… tak, Wysoki Sądzie. Był odczytany.

— Czy chcecie powiedzieć coś Sądowi w tej sprawie? Coś, co mogłoby zmniejszyć przypisywane wam przestępstwo. Że, na przykład, byliście chorzy, pod działaniem narkotyków lub medykamentów? W tym wypadku nie wiąże was przysięga i możecie powiedzieć wszystko, co może wam pomóc. Sąd pragnie dowiedzieć się, czy waszym zdaniem jest w tej sprawie coś nie w porządku. Jeśli tak, to co takiego?

— Ha! Oczywiście, że tak! Wszystko jest nie w porządku! On mnie uderzył pierwszy! Sami słyszeliście, uderzył mnie pierwszy!

— Czy coś jeszcze?

— Co? Nie, Wysoki Sądzie. A czy to nie wystarczy?

— Przewód sądowy jest zakończony. Rekrut szeregowy Theodore C. Hendrick, proszę wstać. — Porucznik Spieksma stał cały czas na baczność. Teraz wstał kapitan Frankel. Nagle powiało chłodem.

— Szeregowiec Hendrick — jesteście uznani winnym przestępstwa zgodnie z aktem oskarżenia.

Poczułem, że mi żołądek podchodzi do gardła. A więc zamierzają to zrobić… Chcą, żeby Ted Hendrick zadyndał. A ja dziś rano jeszcze jadłem z nim śniadanie…

— Sąd skazuje was — czytał dalej, a mnie robiło się niedobrze — na karę chłosty: dziesięć uderzeń biczem, oraz na usuniecie was z jednostki na skutek złego sprawowania.

Hendrick przełknął głośno ślinę.

— Chciałem złożyć rezygnację.

— Sąd nie zgadza się na złożenie przez was rezygnacji. Kara jest tak lekka wyłącznie dlatego, że Sąd ten nie jest właściwy do orzekania kary wyższej. Gdyby sprawę rozpatrywał Generalny Sąd Wojenny, skazałby was niewątpliwie na karę śmierci przez powieszenie. — Porucznik Spieksma zrobił pauzę, a potem mówił dalej: — Wyrok zostanie wykonany jutro z samego rana. Do tego czasu skazany ma być zamknięty w więzieniu.

To ostatnie zdanie skierowane było do mnie, ale właściwie moja rola polegała jedynie na zawiadomieniu straży i wzięciu pokwitowania, gdy go zabrali.

Na południowym apelu chorych kapitan Frankel zwolnił mnie z obowiązków ordynansa i skierował do lekarza, a ten odesłał z powrotem do służby. Wróciłem do kompanii akurat w porę, żeby się przebrać i zdążyć na apel. Sierżant Zim wypatrzył małą plamkę na moim mundurze i ostro mi to wytknął. Ja widziałem duży siniec pod jego okiem, ale nie powiedziałem nic.

Na placu ćwiczeń stał wielki słup, na którym umieszczano rozkazy i różne ogłoszenia. Dzisiaj zamiast zwykłego porządku dziennego wywieszono wyrok sądu wojennego na Hendricka. Potem przyprowadzono Hendricka.

Strażnicy podnieśli mu ręce i umocowali kajdanki do haka wbitego wysoko na słupie. Potem zdjęli mu koszulę. Adiutant wydał komendę:

— Wykonać wyrok sądu!

Kapral-instruktor z drugiego batalionu wystąpił naprzód. Trzymał bicz. Sierżant-strażnik liczył.

Ted trzymał się aż do trzeciego razu, potem zaczął łkać.

Wtedy obraz mi się urwał i oprzytomniałem, gdy kapral Bronski wpatrywał się we mnie badawczo i klepał po policzku.

— Już w porządku? Wracać do szeregu! — Odmaszerowałem. Tego dnia nie jadłem obiadu. Nie ja jeden.

O moim zemdleniu nikt słowem nie wspomniał.

Rozdział szósty

Nie cenimy zbyt wysoko tego, co nabywamy tanio… Byłoby dziwne, doprawdy, gdyby tak niebiański artykuł, jakim jest WOLNOŚĆ, nie kosztował drogo.

— Thomas Pains

Noc, która nastąpiła po wylaniu Hendricka, była dla mnie najcięższą nocą w Obozie Currie, osiągnąłem prawie dno upadku.

Nie mogłem zasnąć, a trzeba przejść przez obóz rekrucki, aby to w pełni zrozumieć. Bolało mnie jeszcze wywichnięte ramię, na sercu leżał mi list od matki, a gdy tylko przymknąłem oczy, widziałem Teda słaniającego się przy tym słupie i słyszałem świst bata.

Byłem stanowczo zdecydowany złożyć rezygnację. Gdyby nie to, że w środku nocy nie miałem pod ręką ani pióra, ani papieru, zrobiłbym to od razu.

Ted popełnił fatalny błąd. Mimo że nienawidził tej jednostki, starał się w pocie i znoju zdobyć prawo głosowania. Miał zamiar poświęcić się karierze politycznej. Wiele o tym mówił: — Jak już będę pełnoprawnym obywatelem, postaram się to i owo zmienić. Poczekajcie, zobaczycie.

Teraz ma z głowy. Nie będzie mógł piastować żadnego urzędu. Jest skończony. Skoro jemu się to przytrafiło, równie dobrze może się przytrafić i mnie. Jutro, może w przyszłym tygodniu. Jedno potknięcie i nawet nie będę mógł sam zrezygnować… Wywalą mnie z sinymi pręgami na plecach. Pora przyznać, że byłem w błędzie, a ojciec miał rację. Wrócę do domu i powiem to ojcu. Może jeszcze zgodzi się posłać mnie do Harvardu i pozwoli później pracować w firmie. Zaraz rano powiem sierżantowi Zimowi, że mam dość. Ale dopiero rano, bo sierżanta Zima nie wolno zbudzić pod żadnym pozorem. Chyba żeby zaszło coś takiego, co on sam uznałby za wydarzenie nie cierpiące zwłoki…

* * *

Sierżant Zim… On gnębił mnie tak samo jak Ted.

Gdy już skończyła się ta sprawa przed sądem i Teda odprowadzono, sierżant Zim zwrócił się do kapitana Frankla:

— Czy mogę z panem pomówić, panie kapitanie?

— Oczywiście. A i ja chciałem pana prosić o chwilę rozmowy. Proszę siadać.

Zim wskazał mnie wzrokiem. Kapitan spojrzał i nie potrzebował mi nic mówić, sam spłynąłem. W przyległym pomieszczeniu znajdowało się tylko paru cywilnych urzędników. Nie śmiałem się oddalić, bo kapitan mógł mnie potrzebować. Znalazłem jakieś krzesło i usiadłem. Przez przepierzenie dokładnie słyszałem ich rozmowę. Nie chciałem podsłuchiwać… a właściwie może i tak.

Zim powiedział:

— Panie kapitanie, chciałem prosić o przeniesienie do jednostki bojowej.

— Nie słyszę, co mówisz, Charlie. Znów mi dokucza ucho.

Zim:

— Mówię serio, panie kapitanie. Uważam, że nie nadaję się na instruktora.

Frankel powiedział lekko:

— Przestań, sierżancie, biadolić nad sobą. Co się takiego, u diabła, stało?

Zim ponuro:

— Kapitanie, ten chłopak nie zasłużył na chłostę.

Na to Frankeclass="underline"

— Oczywiście, że nie zasłużył. Obaj wiemy, kto skrewił.

— Tak, panie kapitanie, wiem.

— No więc? Wiecie, nawet lepiej niż ja, że te dzieciaki w tym stadium to dzikie zwierzęta. Wiecie, kiedy jest bezpieczniej udać, że się czegoś nie widzi, a kiedy należy reagować. Znacie treść artykułu 9080 — i nie powinniście nigdy dawać im okazji, by ten artykuł mogli pogwałcić. Oczywiście, niektórzy próbują, ale przecież gdyby nie byli agresywni, nie nadawaliby się do Piechoty Zmechanizowanej. W szeregu stoją posłusznie, są też potulni, kiedy jedzą albo śpią… Ale kiedy wyprowadzi się ich na ćwiczenia, kiedy podniecą się i podskoczy im poziom adrenaliny, wtedy stają się wybuchowi jak rtęć piorunująca. Wiecie o tym doskonale. Wszyscy instruktorzy o tym wiedzą. Jesteście wyszkoleni, by zwracać na to uwagę, aby to wywąchać, zanim się zdarzy. Proszę mi wytłumaczyć, jak to było możliwe, aby jakiś rekrut podbił wam oko? Nie powinien was nawet dotknąć palcem. To wy powinniście sprać go na kwaśne jabłko, kiedy spostrzegliście, na co się zanosi. Dlaczego nie byliście w pogotowiu? Straciliście swój wigor?

1 ... 10 11 12 13 14 15 16 17 18 ... 42
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)