Kawaleria kosmosu [Starship Troopers - pl]
- Автор: Хайнлайн Роберт Энсон
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-372-6
- Переводчик: Irena Lipinska
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Kawaleria kosmosu [Starship Troopers - pl]». Краткое содержание книги:
— Nie wiem — odparł Zim powoli. — Chyba tak.
— Hmm! Jeżeli to prawda, jednostka bojowa jest ostatnim miejscem dla ciebie. Ale to nie jest prawda. A przynajmniej nie było prawdą trzy dni temu, kiedy pracowaliśmy razem. Gdzie więc popełniłeś błąd?
Zim ociągał się z odpowiedzią.
— Myślę, że uważałem go za jednego z tych bezpiecznych.
— Takich nie ma.
— Tak, panie kapitanie. Ale on był taki poważny, tak stanowczo zdecydowany dotrwać do końca, tyle w to wkładał wysiłku… Chyba wpłynęło to na moją podświadomość. — Zim milczał przez chwilę, potem dodał: — Pewnie stało się tak dlatego, że go lubiłem.
Frankel żachnął się.
— Instruktor nie może pozwalać sobie na uczucia.
— Wiem o tym, panie kapitanie. Ale tak się stało. To są dobrzy chłopcy. Śmieci już odpadły. Jedyną wadą Hendricka, poza tym, że był trochę niezdarny, była pewna zarozumiałość. Sądził, że ma odpowiedź na wszystko. Jest to jednak mankament młodego wieku, znamy go wszyscy. To dobrzy chłopcy, pełni zapału i dobrej woli, sprytni jak szczenięta collie. Wielu z nich wyrośnie na żołnierzy.
— A więc w tym tkwi twoja słabość. Lubisz ich… Dlatego nie poskromiłeś go w porę. No i skończył przed sądem. Dostał karę chłosty i wyrzucono go z paskudną opinią. Pięknie.
Zim odrzekł poważnie:
— Przysięgam na niebo, że gdyby był jakiś sposób, sam poniósłbym tę karę.
— Musiałbyś czekać w kolejce, ja przewyższam cię rangą. Jak myślisz, czego pragnąłem przez ostatnie godziny? Jak myślisz, czego bałem się najbardziej od chwili, gdy wszedłeś tutaj prezentując swój siniec? Robiłem wszystko co w mojej mocy, aby ten bałwan wykręcił się karą administracyjną. Nie przypuszczałem, że okaże się aż takim szaleńcem i wyskoczy z tym, że cię uderzył… Jest głupi. Już dawno powinieneś pozbyć się go z jednostki… zamiast niańczyć i doprowadzić do tego nieszczęścia. Ale powiedział mi to w oczy, przy świadkach i zmusił mnie do podjęcia oficjalnych kroków… No i to nas urządziło. Nie było sposobu, by wymazać to ze sprawozdania. Nie było sposobu, by uniknąć sądu. Nie było rady, musieliśmy przejść przez tę ponurą procedurę i zarobiliśmy jeszcze jednego cywila, który będzie przeciwko nam do końca swoich dni. On musiał być wychłostany. Ani ty, ani ja nie mogliśmy znaleźć się na jego miejscu. Pułk musi zobaczyć, co dzieje się, jeśli zostanie pogwałcony artykuł 9080. Nasza wina… a on otrzymał cięgi.
— Moja wina, panie kapitanie. Dlatego proszę o przeniesienie. Hmm, uważam, że tak będzie lepiej dla jednostki.
— Ach, ty tak uważasz? Ale ja tu decyduję, co jest dobre dla mego batalionu, nie wy, sierżancie. Charlie, przypomnij sobie, co było dwanaście lat temu? Byłeś wtedy kapralem. Pamiętasz, gdzie wtedy byłeś?
— Tutaj, jak pan doskonale sam wie, kapitanie. Tutaj, na tej przeklętej prerii… Obym nigdy na nią nie wrócił!
— I my wszyscy. Tak się jednak złożyło, że mamy do wykonania najważniejsze i najdelikatniejsze zadanie w Armii — zmienić niesfornych szczeniaków w żołnierzy. Kto był najniesforniejszych szczeniakiem w twojej sekcji?
— Hmm — odpowiedział wolno Zim — nie ośmieliłbym się posunąć aż tak daleko i powiedzieć, że to pan był najgorszy, kapitanie.
— Nie ośmieliłbyś się, taak? Ale długo musiałbyś myśleć, by wymienić innego kandydata. Nienawidziłem twojej siły i werwy, kapralu Zim.
Zim był jakby zdziwiony i trochę dotknięty.
— Doprawdy, kapitanie? Ja cię raczej lubiłem. Na pewno nie czułem nienawiści.
— No cóż, nienawiść jest drugim luksusem, na który instruktor nie może sobie pozwolić. Nie wolno nam ich nienawidzić i nie powinniśmy ich lubić. Musimy ich uczyć. Ale skoro mnie wtedy lubiłeś, to… hmm… w bardzo dziwny sposób okazywałeś to. Wciąż jeszcze mnie lubisz? Nie, nie odpowiadaj. Mniejsza o to. Wtedy gardziłem tobą, przemyśliwałem, w jaki sposób ci dopiec. Ty jednak byłeś czujny i nie dopuściłeś, by mnie skazano z artykułu 9080. Tak wiec, dzięki tobie, znalazłem się tutaj. A przechodząc do twojej prośby: kiedy byłem rekrutem, wydawałeś często rozkaz, o, jakże mi nienawistny… Pamiętasz? Teraz ja wydam go tobie: — Żołnierz ma zamknąć gębę i odmaszerować!
— Tak jest, panie kapitanie.
— Nie odchodź jeszcze. Ta smutna historia nie poszła na marne. Każdy pułk rekrucki potrzebuje twardej lekcji, żeby przestrzegać artykułu 9080. Macie zebrać wszystkich instruktorów i udzielić im ostrzeżenia. Przez jakieś dwadzieścia cztery godziny te dzieciaki będą w szoku. Potem zacznie w nich narastać napięcie. Absolutnie nie życzę sobie, żeby znów jakiś rekrut został przywiązany do pala i wychłostany wskutek niedbalstwa któregoś z instruktorów. Odmaszerować.
— Rozkaz, panie kapitanie. Dobranoc, panie kapitanie.
— Jaka tam dobra. Charlie…
— Słucham, panie kapitanie.
— Jak nie macie zbyt wiele roboty, to może wpadniecie, powiedzmy koło ósmej, do mojej kwatery z miękkimi pantoflami i swoją matą, to sobie trochę potańcujemy.
— Rozkaz, panie kapitanie.
— To nie rozkaz, a zaproszenie. Jeśli naprawdę kapcaniejesz, dobrze ci zrobi, jak cię rozłożę na obie łopatki.
— Och, chciałby się pan kapitan założyć?
— Co to, to nie! Chyba że zgodzisz się walczyć z jedną nogą w kuble z cementem. Ale, mówiąc serio, Charlie, mieliśmy podły dzień i jeśli obaj przyłożymy sobie po parę kuksańców i dobrze się spocimy, może uda nam się zasnąć w nocy, pomimo tych wszystkich maminsynków.
Sierżant Zim wyszedł tak szybko, że nie zdążyłem zerwać się z krzesła. Kapitan Frankel już krzyczał.
— Ordynans! Ordynans! ORDYNANS! Czy muszę wołać trzy razy? Jak się nazywacie? Dołóżcie sobie godzinę karnej służby w pełnym umundurowaniu! Odszukajcie dowódców kompanii E, F i G, chcę z nimi mówić przed apelem. Potem skoczycie do mojego namiotu i przyniesiecie mi czysty mundur, czapkę, broń, buty i baretki. Zostawicie tutaj. Potem sporządzicie raport chorych, widziałem, że możecie pisać tą ręką, widocznie nie bardzo was boli. Macie trzynaście minut do apelu. Biegiem marsz!
Wykonałem wszystko… Rozkazy nie są niemożliwe do wykonania. Tak się tylko wydaje, gdyż są bliskie niemożliwości. Rozkładałem właśnie mundur kapitana Frankla, kiedy zatrąbiono na apel. Nie patrząc na mnie kapitan powiedział:
— Skreślam wam karną służbę. Odmaszerować.
Zdążyłem biegiem na apel, aby zafasować karną służbę za mundur nie w porządku i zobaczyć bolesny koniec Teda Hendricka w Piechocie Zmechanizowanej.
Miałem więc wiele do myślenia leżąc w tę bezsenną noc. Wiedziałem, że sierżant Zim ciężko pracował, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że może odczuwać coś innego niż całkowite zadowolenie z tego, co robi. Był zawsze elegancki, pewny siebie, w zgodzie z sobą i całym światem.
Fakt, że ten niepokonany robot poczuł się tak bardzo zhańbiony, że pragnął uciec i ukryć swą twarz pomiędzy obcymi, wstrząsnął mną chyba jeszcze bardziej niż widok chłostanego Teda.
A do tego kapitan Frankel zgadzał się z nim, uznawał wagę tej porażki i zrugał go! Byłem dotychczas przekonany, że sierżantów się nie beszta. To oni besztają innych, takie jest prawo natury.
Muszę przyznać, że to, co spadło na sierżanta Zima, co musiał przełknąć, jak został upokorzony i czego wysłuchał — brzmiało dla mnie jak najpiękniejsza pieśń miłosna. A przecież kapitan nawet głosu nie podniósł.