Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
— Ha’an mi to mówiła! — zawołał Supaari, zrozumiawszy wreszcie, co oznaczały słowa Annę Edwards. — Przybyłeś tu, bo usłyszałeś pieśni naszych poetów i pokochałeś je.
Wpatrywał się w Sandoza: to wcale nie jest tłumacz, wyhodowany, by pomagać w handlu, ale urodzony drugi w kolejności, który postanowił nie mieć potomstwa i zostać poetą, który służy wszystkim! Nic dziwnego, że nie okazuje najmniejszego zainteresowania handlem! Teraz to rozumiem, wszystko układa się w logiczną całość. W wyjątkowo pomyślną całość.
— Sandoz, czy chciałbyś służyć poetom, których pieśni przywiodły cię tutaj?
Cudzoziemiec rozpromienił się — po raz pierwszy od czasu, gdy znalazł się w jego domu.
— Tak, panie. To byłby zaszczyt dla twojego niegodnego gościa. Prawdziwy zaszczyt.
Więc Supaari zajął się urzeczywistnieniem marzenia cudzoziemca. Negocjacje były delikatne, zawiłe, rozkoszne. W końcu doprowadził do cudownie wyważonej transakcji — było to prawdziwe ukoronowanie jego świetnej kariery kupca. Cudzoziemiec Sandoz otrzyma to, czego tak bardzo pragnął: będzie służył Hlavinowi Kitheriemu, resztarowi Galatny, którego mierny talent poetycki może zostać ponownie pobudzony przez inspirujący kontakt z cudzoziemcem. Młodsza siostra resztara, Jholaa, zostanie uwolniona od przymusowej jałowości swojej egzystencji, podobnie jak sam Supaari, przez ich małżeństwo i ustanowienie nowej linii darjańskiej z pełnymi prawami rozpłodu. Ponieważ majątek Supaariego przejdzie na własność tej linii, Najszlachetniejsze Dziedzictwo Inbrokaru zyska trzeci klan, niczego przez to nie tracąc: idealne pomnożenie linii rodowych bez konieczności podziału majątku.
Po osiągnięciu zgody i oficjalnym zawarciu transakcji nastąpiło przekazanie opieki. Sandoz został przeniesiony do domostwa resztara po dłuższym pobycie w Pałacu Galatny. Supaari osobiście dopilnował prezentacji cudzoziemca resztarowi; prawdę mówiąc, trochę go zaniepokoiła namiętna, rozdygotana gorliwość, z jaką Sandoz wzbudził pożądanie w Kitherim. Kupiec opuścił jednak Pałac Galatny wielce rad ze szczęścia, jakie go spotkało, przekonany, że spełnił również pragnienie Sandoza.
Już wkrótce Supaari zaczął się zastanawiać, czy nie doszło do jakiegoś nieporozumienia.
— Jak się sprawuje cudzoziemiec? — zapytał kilka dni później, mając nadzieję, że Sandoz ma się wspaniale.
— Dobrze — odpowiedział sekretarz resztara. — Za każdym razem opiera się jak dziewica.
Resztar był zadowolony i stworzył już cykl wspaniałych pieśni. Wszyscy mówili, że najlepszy od wielu lat. Dziwne jednak było to, że cudzoziemiec reagował na seks gwałtownymi wymiotami. To trochę niepokojące, pomyślał Supaari, ale najwyraźniej tak zwykle reagują członkowie jego gatunku. Sofia, inny członek cudzoziemskiej delegacji, wyszła za mąż na krótko przed tym, zanim, jak sądził, została zabita podczas buntu w Kashanie; ona też miała często mdłości.
W każdym razie transakcja została sfinalizowana i nie pora już na wątpliwości. Poematy resztara były naprawdę zachwycające, podobnie jak nowy dom Supaariego w mieście Inbrokar, podobnie jak jego nowa żona, szlachetna Jholaa.
Z czasem twórczość Hlavina Kitheriego nabrała bardzo dziwacznych cech i znakomity poeta został zmuszony do milczenia. Wkrótce Supaari odkrył, że Inbrokar jest przeraźliwie nudny w porównaniu z tętniącym życiem Gayjurem. Co prawda, Jholaa nie była nudna, ale wszystko wskazywało na to, że jest szalona. A Sandoza już nie było, został odesłany tam, skąd przybył, przez drugą delegację z H’earth. Sama delegacja gdzieś znikła. Najprawdopodobniej też powróciła na H’earth.
Biorąc pod uwagę ostateczny rezultat tej transakcji, Supaari wolałby nigdy nie spotkać ani Sandoza, ani resztara, ani Jholai. Byłem naiwnym głupcem, powiedział sobie w duchu. Mogłem przewidzieć, co przyniesie zmiana. Porusz kamień, a potoczy się lawina.
Właśnie wtedy z ponurą pewnością zdał sobie sprawę, że gdyby miał spłodzić nowe dziecko, jego drugie spotkanie z Jholaa napawałoby go jeszcze większym wstrętem niż pierwsze. W tej warstwie społecznej płodzenie potomstwa było zazdrośnie strzeżone; Jholaa na pewno nigdy nawet nie widziała parzenia się Runów, co dla pośledniejszych Jana’atów było zwykle pierwszą lekcją seksualnych zachowań. Supaari zbliżył się do niej, spodziewając się jakiejś obezwładniającej erotycznej rozkoszy, opisywanej i obiecywanej w poematach resztara, ale szybko się okazało, że Jholaa nawet nie czytała ostatnich utworów swojego brata. O mało nie stracił oka podczas płodzenia dziecka, które jutro rano miał zabić; prawdę mówiąc, zrezygnowałby w ogóle z pokrycia tej rozwścieczonej damy, gdyby nie jej feromony i zniewalający zapach krwi.
Kiedy już było po wszystkim, Supaari czmychnął z ulgą, przeżuwając gorycz rozczarowania. W końcu zrozumiał, dlaczego tak wielu jana’atańskich arystokratów brało sobie ruńskie konkubiny — specjalnie do tego wyhodowane i wyćwiczone w sprawianiu rozkoszy — gdy tylko spełniło swój dynastyczny obowiązek.
Jholaa Kitheri u Darjan, teraz wyczerpana ciężkim porodem i pogrążona we śnie, zawsze była bardziej dynastyczną ideą niż żywą osobą.
Jak większość żeńskich członków jej kasty, utrzymywana była w stanie katastrofalnej niewiedzy, nie byłajednak głupia. Nie pozwalano jej oglądać niczego ważnego, była jednak bystrym obserwatorem emocjonalnych niuansów — na tyle wnikliwym, by zastanawiać się, jeszcze jako dziewczynka, czy ojciec był niegodziwy, czy bezmyślnie okrutny, kiedy od czasu do czasu pozwalał jej opuścić komnatę i spocząć na poduszkach w ciemnym kącie dziedzińca, podczas jakichś mniej ważnych zgromadzeń państwowych. Lecz także wtedy nikt nigdy nawet nie spojrzał w jej stronę.
— Równie dobrze mogłabym być ze szkła, wiatru lub czasu! — zawołała, skarżąc się na tę obojętność, kiedy miała dziesięć lat. — Srokan, ja istnieję! Dlaczego nikt mnie nie dostrzega?
— Nie widzą mojej najpiękniejszej pani, bo ma ona w sobie chwałę księżyców! — odpowiedziała ruńska niańka z nadzieją, że odwróci uwagę dziecka od istotnego problemu. — Wasz lud nie może patrzeć na księżyce, które żyją w najprawdziwszej nocy. Tylko Runowie, jak twoja biedna Srokan, mogą oglądać takie rzeczy i cieszyć się nimi.
A właśnie że ja zobaczę to, czego inni nie mogą zobaczyć — oświadczyła wówczas Jholaa, wyzwalając się z objęć Srokan. Tego samego dnia postanowiła nie zasnąć nie tylko po drugim zachodzie, ale i po zachodzie trzeciego, najmniejszego słońca, aby na własne oczy zobaczyć owe pełne chwały księżyce. Nikt nie mógł jej tego zabronić; przeszkodą mogła być tylko porażająca senność dziecka jej gatunku. Dla Jana’aty nie było nic bardziej przerażającego od nocy, ale towarzyszyła jej Srokan, opowiadając bajki i dzieląc się plotkami, gładząc ją delikatnie i uspokajając, kiedy dziewczynka przestała widzieć najpierw błękit wieczoru, a potem żółtość zachodu, kiedy kontrasty przybrały barwę ciemnej szarości, aż wreszcie nadeszła ciemność tak gęsta i tak przytłaczająca, że możnają było przyrównać jedynie do życia jana’atańskiej arystokratki. Od ślepej paniki powstrzymywał ją tylko łagodny głos Srokan, znajomy zapach pościeli i kadzidła, i aromat pieczonego mięsa utrzymujący się jeszcze w powietrzu. Nagle Srokan ścisnęła mocno jej ramiona i podniosła ją na nogi.
— Są! Chmury się rozstąpiły i już są! — wyszeptała z przejęciem, kierując głowę Jholai w odpowiednią stronę, żeby zobaczyła owe jaśniejące tarcze, przypominające małe, zimne słońca w atramentowej ciemności, piękne i odległe jak śnieg na szczytach gór.