Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
Widzisz, ja zapomniałem, jak to jest, kiedy się otrzymuje dobrą wiadomość.
— Nie ma żadnej pułapki — oświadczył John z żarliwym przekonaniem, bo życie nie nauczyło go przygotowywać się na niespodziewany cios. Ruszył ku schodom. — Kiedy mogę zacząć?
— Natychmiast, jeśli o mnie chodzi. Ale używaj systemu bibliotecznego, dobrą? Idę do łóżka — odpowiedział Sandoz, ziewając potężnie. — Jeśli w październiku wciąż będę spał, na co mam wielką nadzieję, pozwalam ci się obudzić. A tymczasem możesz zacząć od instruktażowego programu nauki języka ruanja. Giuliani ma hasła dostępu. Z k’sanem poczekaj na mnie. To kurewski język, John.
Położył lewą rękę na stole, kołysząc ramieniem, aby rozewrzeć uchwyty protez, lecz po chwili znieruchomiał, uderzony jakąś myślą.
— Jezu… Giuliani wysyła cię z następną grupą?
Zapanowało długie milczenie.
— Tak — odpowiedział w końcu John. — Na to wygląda.
— I chcesz tam lecieć?
John pokiwał głową, oczy miał poważne.
— Tak, chcę.
Otrząsnąwszy się z oszołomienia, Emilio opadł na oparcie krzesła i z przesadną afektacją zacytował świętego Ignacego:
— „Gotów natychmiast wyruszyć, gdy usłyszy polecenie, w pancerzu dobrze zapiętym…”
— Gdybym umarł na Rakhacie — powiedział uroczystym tonem John — proszę tylko, by moje ciało powróciło na Ziemię i zostało pogrzebane w Chicago, gdzie będę mógł nadal uczestniczyć…
—…w polityce Partii Demokratów! — skończył za niego Emilio. Zarechotał i pokręcił głową. — Przynajmniej już wiesz, że nie wolno jeść mięsa. No i kawał chłopa z ciebie. Możesz mieć szanse w walce, jeśli spodobasz się jakiemuś nędznemu Jana’acie.
— Myślę, że Giuliani też jest tego zdania. Jakbym się trochę nadął, to moglibyśmy razem stworzyć niezłą pierwszoligową drużynę. Inni to też nie ułomki.
— A więc już ich poznałeś?
— Tylko naszych, cywilów nie — odpowiedział John, siadając z powrotem przy stole. — Ojcem przełożonym jest facet, który się nazywa Danny Żelazny Koń…
— Lakota? — zapytał Sandoz.
— Częściowo… bo, jak mówi, płynie w nim również krew francuska i szwedzka. Jest na to trochę uczulony. Prawdę mówiąc, indiańska krew przestała zasilać jego rodzinę przed czterema pokoleniami i facet ma serdecznie dość ludzi, którzy się spodziewają, że będzie nosił pióropusz i mówił ściągając wyrazy.
— Wiele księżyców iść Choktaw… — zaintonował Emilio.
— W każdym razie wychował się na przedmieściach Winnipeg, a wielki wzrost odziedziczył po Szwedach. Ale wygląda, jakby dopiero co zszedł z Czarnych Wzgórz, więc bez przerwy mu dopieprzają. — John skrzywił się. — Ja sam prawie natychmiast dałem plamę, opowiadając mu o facecie, którego poznałem w Pine Ridge. Od razu mi przyłożył… „Posłuchaj, mistrzu, nie noszę warkoczyków i nie maluję sobie twarzy. Nie jestem pijakiem i nigdy nie nocowałem w przytułku”.
Sandoz zagwizdał i wytrzeszczył oczy.
— No, no… rzeczy wiście jest uczulony. A więc kim jest?
— Z tego, co słyszałem, jest jednym z najbystrzej szych uczonych-polityków w Towarzystwie, a jak wiesz, tych nam nie brakuje. Krążyły pogłoski, że szykuje się na generała, ale kiedy Giuliani zaproponował mu wycieczkę na Rakhat, Danny bez mrugnięcia okiem zrezygnował z pełnej profesury na Gregorianum. Pali się do tego.
— A inni?
— Jest chemik z Belfastu… ma sprawdzić te nanoprogramowe syntezy, których dokonują na Rakhacie. Widziałem się z nim w zeszłym tygodniu, choć trudno dorwać tych facetów, bo Giuliani zafundował im ostre przeszkolenie. W każdym razie… uważaj, nazywa się… Sean Fein. — Sandoz spojrzał na niego pytająco. — Zastanów się — zachęcił go John.
— Żartujesz — powiedział po chwili Sandoz.
— On nie, ale jego rodzice. Tatuś był…
— Żydem — dokończył Sandoz.
— Bingo. A jego matka była w…
— Sean Fein, Sinn Fein — zgadł natychmiast Emilio. — Może to i dowcip, ale trochę kulawy.
— Taak. Zapytałem Seana, czy coś pomoże, jak mu powiem, że w liceum miałem kumpla, który się nazywał Jack Goff. Odpowiedział tylko: „To nie przypadek”. Najbardziej ponury Irlandczyk, jakiego poznałem w życiu… Młodszy ode mnie, ale zachowuje się, jakby miał setkę na karku.
— To mi wygląda na dość zabawną drużynę — zauważył sucho Emilio. — Giuliani mówił, że wysyła czterech. Kim jest ten czwarty?
— Och, będziesz zachwycony… Chciałeś kogoś, kto mówi po baskijsku, prawda?
— Ten język nazywa się euskara — poprawił go Sandoz. — Chciałem po prostu mieć ludzi obeznanych z naprawdę różnymi strukturami gramatycznymi…
— Jak zwał, tak zwał. — John wzruszył ramionami. — No więc ten facet wchodzi… olbrzymi gość, z najgrubszymi włosami, jakie widziałem w życiu… a ja sobie myślę: no, to jest dopiero zawodnik! A on mówi coś kompletnie niezrozumiałego, z tyloma spółgłoskami, że mnie zatkało. Nie wiedziałem, czy mu powiedzieć „Cześć!”, czy mu przyłożyć! O, masz, napisał to. — John wyciągnął z kieszeni kawałek papieru. — Jak to się, do cholery, czyta?
Emilio ujął kartkę prawą ręką, wciąż uzbrojoną w protezę, i zaczął ją przybliżać i oddalać na długość ramienia.
— To jak gra na puzonie! Już nie widzę takich małych liter stwierdził pogodnie, ale później złapał odpowiednią odległość.
— Joseba Gastainazatorre Urizarbarrena.
— Duża rzecz — mruknął John.
— Mówią, że kiedyś diabeł próbował nauczyć się języka Basków — powiedział Sandoz. — Dał sobie z tym spokój po trzech miesiącach, nauczywszy się tylko dwóch słów. Oba były przekleństwami, i to hiszpańskimi.
— Więc jak my, zwykli śmiertelnicy, będziemy go nazywać?
— Joe Alfabet? — zaproponował Emilio, ziewając i odpinając drugą protezę. — Pierwsze imię to coś takiego jak Jos. To łatwe: Ho-se-ba.
John powtórzył to parę razy i w końcu uznał, że da sobie z tym radę, jeśli nikt nie będzie od niego żądał wymówienia całego nazwiska.
— W każdym razie jest ekologiem. Wygląda na równego gościa. Dzięki Ci, Panie, za Twe drobne łaski… Jeezu… wybacz mi, stary! Zupełnie zapomniałem, że jesteś cholernie zmęczony!
— zawołał, kiedy Emilio ziewnął po raz trzeci w ciągu trzech minut. — Okay, już idę! Odpocznij sobie., Zobaczymy się jutro — powiedział, idąc w kierunku łóżka. — I… John… bardzo się cieszę, że tu jesteś.
Candotti kiwnął głową, uradowany, i wstał, żeby odejść, ale zatrzymał się na szczycie schodów i obejrzał przez ramię. Emilio, zbyt zmęczony, by się rozebrać, zwalił się jak kłoda na łóżko.
— Hej, nie zamierzasz mnie zapytać, co jest w tym pudle?
Emilio nie otworzył oczu.
— John, powiedz mi, co jest w tym pudle? — zapytał posłusznie, a potem mruknął: — Chociaż gówno mnie to obchodzi.
— Listy. I tylko te na papierze. Dlaczego nigdy nie sprawdzasz swojego e-mailu?
— Bo wszyscy, których znałem, są martwi. — Otworzył oczy. — Więc kto, do cholery, ma do mnie pisać? — zapytał, a w jego głosie zabrzmiało prawdziwe zdumienie. — Och, John, to pewnie same miłosne listy z męskich klasztorów!