Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Dzieci Boga [Children of God - pl]
Dzieci Boga [Children of God - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Dzieci Boga [Children of God - pl]

Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:

Debiutancka powieść Mary Dorii Russell „Wróbel” zdobyła dla autorki powszechne uznanie. Oto kontynuacja owej jednej z najwspanialszych powieści fantastycznych ostatnich lat. Zaledwie ojciec Emilio Sanchez, jedyny członek pierwszej wyprawy, który powrócił na Ziemię, zdołał odzyskać zdrowie i równowagę psychiczną po straszliwych przejściach na planecie Rakhat, Towarzystwo Jezusowe prosi go (a właściwie zmusza), by zechciał wziąć udział w kolejnej misji. Sancheza dręczą wspomnienia i lęki, ale nie może uciec od swojej przeszłości. Rozpoczyna się druga batalia o rozum i duszę tak ciężko doświadczonego przez los kapłana.
1 ... 15 16 17 18 19 20 21 22 23 ... 137
Перейти на страницу:

Widzisz, ja zapomniałem, jak to jest, kiedy się otrzymuje dobrą wiadomość.

— Nie ma żadnej pułapki — oświadczył John z żarliwym przekonaniem, bo życie nie nauczyło go przygotowywać się na niespodziewany cios. Ruszył ku schodom. — Kiedy mogę zacząć?

— Natychmiast, jeśli o mnie chodzi. Ale używaj systemu bibliotecznego, dobrą? Idę do łóżka — odpowiedział Sandoz, ziewając potężnie. — Jeśli w październiku wciąż będę spał, na co mam wielką nadzieję, pozwalam ci się obudzić. A tymczasem możesz zacząć od instruktażowego programu nauki języka ruanja. Giuliani ma hasła dostępu. Z k’sanem poczekaj na mnie. To kurewski język, John.

Położył lewą rękę na stole, kołysząc ramieniem, aby rozewrzeć uchwyty protez, lecz po chwili znieruchomiał, uderzony jakąś myślą.

— Jezu… Giuliani wysyła cię z następną grupą?

Zapanowało długie milczenie.

— Tak — odpowiedział w końcu John. — Na to wygląda.

— I chcesz tam lecieć?

John pokiwał głową, oczy miał poważne.

— Tak, chcę.

Otrząsnąwszy się z oszołomienia, Emilio opadł na oparcie krzesła i z przesadną afektacją zacytował świętego Ignacego:

— „Gotów natychmiast wyruszyć, gdy usłyszy polecenie, w pancerzu dobrze zapiętym…”

— Gdybym umarł na Rakhacie — powiedział uroczystym tonem John — proszę tylko, by moje ciało powróciło na Ziemię i zostało pogrzebane w Chicago, gdzie będę mógł nadal uczestniczyć…

—…w polityce Partii Demokratów! — skończył za niego Emilio. Zarechotał i pokręcił głową. — Przynajmniej już wiesz, że nie wolno jeść mięsa. No i kawał chłopa z ciebie. Możesz mieć szanse w walce, jeśli spodobasz się jakiemuś nędznemu Jana’acie.

— Myślę, że Giuliani też jest tego zdania. Jakbym się trochę nadął, to moglibyśmy razem stworzyć niezłą pierwszoligową drużynę. Inni to też nie ułomki.

— A więc już ich poznałeś?

— Tylko naszych, cywilów nie — odpowiedział John, siadając z powrotem przy stole. — Ojcem przełożonym jest facet, który się nazywa Danny Żelazny Koń…

— Lakota? — zapytał Sandoz.

— Częściowo… bo, jak mówi, płynie w nim również krew francuska i szwedzka. Jest na to trochę uczulony. Prawdę mówiąc, indiańska krew przestała zasilać jego rodzinę przed czterema pokoleniami i facet ma serdecznie dość ludzi, którzy się spodziewają, że będzie nosił pióropusz i mówił ściągając wyrazy.

— Wiele księżyców iść Choktaw… — zaintonował Emilio.

— W każdym razie wychował się na przedmieściach Winnipeg, a wielki wzrost odziedziczył po Szwedach. Ale wygląda, jakby dopiero co zszedł z Czarnych Wzgórz, więc bez przerwy mu dopieprzają. — John skrzywił się. — Ja sam prawie natychmiast dałem plamę, opowiadając mu o facecie, którego poznałem w Pine Ridge. Od razu mi przyłożył… „Posłuchaj, mistrzu, nie noszę warkoczyków i nie maluję sobie twarzy. Nie jestem pijakiem i nigdy nie nocowałem w przytułku”.

Sandoz zagwizdał i wytrzeszczył oczy.

— No, no… rzeczy wiście jest uczulony. A więc kim jest?

— Z tego, co słyszałem, jest jednym z najbystrzej szych uczonych-polityków w Towarzystwie, a jak wiesz, tych nam nie brakuje. Krążyły pogłoski, że szykuje się na generała, ale kiedy Giuliani zaproponował mu wycieczkę na Rakhat, Danny bez mrugnięcia okiem zrezygnował z pełnej profesury na Gregorianum. Pali się do tego.

— A inni?

— Jest chemik z Belfastu… ma sprawdzić te nanoprogramowe syntezy, których dokonują na Rakhacie. Widziałem się z nim w zeszłym tygodniu, choć trudno dorwać tych facetów, bo Giuliani zafundował im ostre przeszkolenie. W każdym razie… uważaj, nazywa się… Sean Fein. — Sandoz spojrzał na niego pytająco. — Zastanów się — zachęcił go John.

— Żartujesz — powiedział po chwili Sandoz.

— On nie, ale jego rodzice. Tatuś był…

— Żydem — dokończył Sandoz.

— Bingo. A jego matka była w…

— Sean Fein, Sinn Fein — zgadł natychmiast Emilio. — Może to i dowcip, ale trochę kulawy.

— Taak. Zapytałem Seana, czy coś pomoże, jak mu powiem, że w liceum miałem kumpla, który się nazywał Jack Goff. Odpowiedział tylko: „To nie przypadek”. Najbardziej ponury Irlandczyk, jakiego poznałem w życiu… Młodszy ode mnie, ale zachowuje się, jakby miał setkę na karku.

— To mi wygląda na dość zabawną drużynę — zauważył sucho Emilio. — Giuliani mówił, że wysyła czterech. Kim jest ten czwarty?

— Och, będziesz zachwycony… Chciałeś kogoś, kto mówi po baskijsku, prawda?

— Ten język nazywa się euskara — poprawił go Sandoz. — Chciałem po prostu mieć ludzi obeznanych z naprawdę różnymi strukturami gramatycznymi…

— Jak zwał, tak zwał. — John wzruszył ramionami. — No więc ten facet wchodzi… olbrzymi gość, z najgrubszymi włosami, jakie widziałem w życiu… a ja sobie myślę: no, to jest dopiero zawodnik! A on mówi coś kompletnie niezrozumiałego, z tyloma spółgłoskami, że mnie zatkało. Nie wiedziałem, czy mu powiedzieć „Cześć!”, czy mu przyłożyć! O, masz, napisał to. — John wyciągnął z kieszeni kawałek papieru. — Jak to się, do cholery, czyta?

Emilio ujął kartkę prawą ręką, wciąż uzbrojoną w protezę, i zaczął ją przybliżać i oddalać na długość ramienia.

— To jak gra na puzonie! Już nie widzę takich małych liter stwierdził pogodnie, ale później złapał odpowiednią odległość.

— Joseba Gastainazatorre Urizarbarrena.

— Duża rzecz — mruknął John.

— Mówią, że kiedyś diabeł próbował nauczyć się języka Basków — powiedział Sandoz. — Dał sobie z tym spokój po trzech miesiącach, nauczywszy się tylko dwóch słów. Oba były przekleństwami, i to hiszpańskimi.

— Więc jak my, zwykli śmiertelnicy, będziemy go nazywać?

— Joe Alfabet? — zaproponował Emilio, ziewając i odpinając drugą protezę. — Pierwsze imię to coś takiego jak Jos. To łatwe: Ho-se-ba.

John powtórzył to parę razy i w końcu uznał, że da sobie z tym radę, jeśli nikt nie będzie od niego żądał wymówienia całego nazwiska.

— W każdym razie jest ekologiem. Wygląda na równego gościa. Dzięki Ci, Panie, za Twe drobne łaski… Jeezu… wybacz mi, stary! Zupełnie zapomniałem, że jesteś cholernie zmęczony!

— zawołał, kiedy Emilio ziewnął po raz trzeci w ciągu trzech minut. — Okay, już idę! Odpocznij sobie., Zobaczymy się jutro — powiedział, idąc w kierunku łóżka. — I… John… bardzo się cieszę, że tu jesteś.

Candotti kiwnął głową, uradowany, i wstał, żeby odejść, ale zatrzymał się na szczycie schodów i obejrzał przez ramię. Emilio, zbyt zmęczony, by się rozebrać, zwalił się jak kłoda na łóżko.

— Hej, nie zamierzasz mnie zapytać, co jest w tym pudle?

Emilio nie otworzył oczu.

— John, powiedz mi, co jest w tym pudle? — zapytał posłusznie, a potem mruknął: — Chociaż gówno mnie to obchodzi.

— Listy. I tylko te na papierze. Dlaczego nigdy nie sprawdzasz swojego e-mailu?

— Bo wszyscy, których znałem, są martwi. — Otworzył oczy. — Więc kto, do cholery, ma do mnie pisać? — zapytał, a w jego głosie zabrzmiało prawdziwe zdumienie. — Och, John, to pewnie same miłosne listy z męskich klasztorów!

1 ... 15 16 17 18 19 20 21 22 23 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)