Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
Candotti prychnął, wyraźnie zaszokowany tym pomysłem, ale Sandoz dźwignął się na łokciach, pobudzony jego absurdalnością; przez chwilę sprawiał wrażenie, jakby go opuściło całe zmęczenie.
— Mój kochany Emilio…
Opadł z powrotem na poduszkę i zaczął płynnie improwizować w stylu więziennych listów, nie unikając obscenicznych zwrotów, które zaparły Johnowi dech w piersiach. W końcu, kiedy Emilio wyczerpał siły i temat, Candotti otarł oczy rękawem i ponownie złapał oddech, po czym zawołał:
— Co za cynizm! Masz wielu przyjaciół, Emilio!
— Wybacz mi, John. Cynizm i plugawy język to moje jedyne występne rozrywki. Wszystko inne wymaga energii lub pieniędzy.
Candotti znowu się roześmiał i poradził mu, żeby odmówił dwie cząstki różańca, prosząc o szczególnie malownicze nieczyste myśli. Potem pomachałmu i zaczął schodzić po schodach. Był już prawie za drzwiami, kiedy usłyszał swoje imię. Trzymając rękę na klamce i wciąż szczerząc zęby w uśmiechu, odwrócił się, by spojrzeć w kierunku mansardy Sandoza.
— Tak?
— John… zrób mi przysługę.
— No jasne. Wszystko, co zechcesz.
— Ja… Będę miał do podpisania parę dokumentów. Ja odchodzę, John. Porzucam Towarzystwo.
A to skurczybyk, rąbnął mnie z zaskoczenia, pomyślał Candotti i wyrżnął głową we framugę drzwi. W chwilę później znowu usłyszał głos Sandoza, cichy i niepewny:
— Mógłbyś mi dopasować jakieś pióro, żebym mógł je trzymać? Tak jak zrobiłeś mi tę brzytwę, pamiętasz?
John wspiął się już na kilka stopni, ale zatrzymał się, podobnie jak Sandoz nie chcąc prowadzić tej rozmowy twarzą w twarz.
— Emilio. Posłuchaj… W porządku, rozumiem, chyba nikt inny tego nie rozumie. Ale… czy jesteś pewny? To znaczy…
— Jestem pewny. Właśnie postanowiłem. — Candotti czekał. — Dźwigam już dość gówna, John. Nie chcę do tego dodawać oszustwa. Nikt nie może nienawidzić tak, jak ja nienawidzę, i twierdzić, że jest księdzem. To nieuczciwe. — John usiadł na schodach i zaczął trzeć twarz rękami. — Myślę… może coś w rodzaju wspornika, który by utrzymywał pióro pod właściwym kątem. Te nowe protezy są całkiem niezłe, ale wciąż brakuje mi precyzji, kiedy coś trzymam.
— Dobra. Nie ma problemu. Coś wymyślę.
John wstał i jeszcze raz zszedł na sam dół, czując się o dziesięć lat starszy niż przed pięcioma minutami. Kiedy już wlókł się do głównego budynku, usłyszał głos Emilia, dobiegający z okna mansardy:
— Dzięki, John.
Pomachał ręką, nawet się nie odwracając, bo wiedział, że Emilio i tak go nie widzi.
— Jasne. To twoja gra — szepnął i poczuł niemiłe łaskotanie na twarzy, kiedy wiatr znad Zatoki Neapolitańskiej osuszył mu łzy.
7. MIASTO INBROKAR: 2046 czasu ziemskiego
Błąd — jeśli to był błąd — polegał na zobaczeniu dziecka. Kto wie, co by się stało, gdyby Supaari VaGayjur po prostu poczekał do rana i, niczego nie podejrzewając, uwolnił ducha dziecka, by mógł cieszyć się lepszym losem?
Lecz przyszła do niego położna, ruńska mamka, pewna, że będzie chciał dziecko zobaczyć, a on rzadko potrafił się oprzeć owej przyjacielskiej prostoduszności, z jaką zawsze zwracali się do niego Runowie. Poszedł więc za nią do dziecińca, szeleszcząc sztywną od klejnotów i haftów szatą, niespiesznie i lekko stawiając stopy, wpatrzony obojętnie w przestrzeń, z uszami wychylonymi do przodu. Nie zwracał uwagi na trajkotanie mamki i nie raczył odpowiadać na jej żarty — świadomie zachowywał się jak jana’atański arystokrata, pełen nieskazitelnych cnót obywatelskich i posągowej powściągliwości.
A kim ja jestem, żeby szydzić z innych?, zapytywał samego siebie. Dorobkiewiczem, który w rozmowie z lepszymi od siebie używa nieszczęśliwych kupieckich zwrotów. Trzeciakiem z prowincjonalnego miasteczka w głębi kraju, który zrobił fortunę, pośrednicząc w handlu z Runami. Samotnikiem wśród wyrzutków społecznych, który dosłownie wpadł na grupkę niezwykłych cudzoziemców, pochodzących gdzieś spoza trzech słońc Rakhatu, i wynegocjował zamianę owego przeżycia na wymuszone świadectwo godności, w którą nikt prócz Runów nie wierzył.
Od chwili, w której resztar zgodził się na jego propozycję, wiedział, że zawsze pozostanie tym, kim był. Nie dbał o to. Osamotnienie było dla niego czymś normalnym. Zawsze żył pomiędzy dwoma światami i do żadnego z nich nie należał; nie uskarżał się na to, wolał obserwację od uczestnictwa. Przez pierwszy rok, jaki spędził pośród wybitnych członków własnego gatunku, przyglądał się bacznie ich obyczajom, jak myśliwy poznający swą zwierzynę. Nauczył się cieszyć z tego, że coraz dokładniej przewidywał afronty i niemiłe odprawy. Potrafił z góry przewidzieć, kto od razu odmówi wzięcia udziału w przyjęciu, jeśli on tam będzie, i kto przyjdzie tylko dlatego, by zrobić z niego pośmiewisko; kto w ogóle się z nim nie przywita, a kto to uczyni, ale z gestem dającym wyraźnie do zrozumienia, że wita się z kimś podlejszym. Pierwsi woleli bezpośrednią zniewagę, drudzy byli bardziej subtelni. Jego najstarszy szwagier, Dherai, potrafił przejść przez drzwi, potrącając wchodzącego akurat Supaariego, natomiast młodszy, Bhansaar, po prostu stał, jakby Supaari był niewidzialny, i wchodził do komnaty w chwilę po nim, jakby właśnie wtedy postanowił wejść.
Sfery towarzyskie Inbrokaru, biorąc przykład z Kitherich, ignorowały Supaariego albo traktowały go z politowaniem i pogardą. Czasami w rozmowach padało słowo „domokrążca” i natychmiast ginęło w łagodnej fali wykwintnego rozbawienia. Supaari znosił to wszystko z wystudiowaną obojętnością i prawdziwą cierpliwością: dla dobra swojego syna i jego przyszłości.
Dzieciniec znajdował się dość daleko, w głębi zabudowań. Supaari nie miał pojęcia, gdzie jest teraz Jholaa. Ruńska położna, Paąuarin, zapewniła go, że jego żona czuje się dobrze, ale dodała:
— Biedaczka, strasznie się namęczyła. U nas jest inaczej. U nas dzieci wychodzą równie łatwo, jak tam wchodzą… To prawdziwa łaska nie być Jana’atą. A kobiety Kitherich są takie wąskie w biodrach! Dla biednej położnej to bardzo ciężkie zadanie.
Paąuarin przyznała, że Jholaa jest bardzo przygnębiona po porodzie, kiedy się o to wprost zapytał. Oczywiście. Jeszcze jeden powód, aby go nienawidzić: to on jest za wszystko odpowiedzialny.
Supaari był tak pochłonięty swoimi myślami, że dopiero kiedy usłyszał ciche śmiechy Runów i wesoły gwar, dochodzący z kuchni razem z zapachem przypraw korzennych i smażonych warzyw, zorientował się, że Paquarin wprowadziła go już do dziecińca. Przeszedłszy przez jeszcze jedne drzwi, znalazł się na niewielkim pustym dziedzińcu i dostrzegł w kącie małą drewnianą skrzynkę.
Zatrzymał się w pół kroku. A więc po to go tutaj przyprowadzono. Żadnych haftowanych koronek nad kołyską, żadnych wstążek powiewających na wietrze, aby przyciągnąć wzrok dziecka i wyćwiczyć w nim zdolność śledzenia ruchu. Zwykła szmata kuchenna, udrapowana nad skrzynką, aby zapewnić dziecku cień i aby ukryć jego — i Supaariego — hańbę. Skrzynka nie była nowa. Ruńska kołyska, pomyślał z goryczą. Musiała służyć dzieciom kucharek.
Ktoś inny mógłby mieć pretensje do położnej, ale nie Supaari VaGayjur. Ach, Bhansaarze, pomyślał, to twoja sprawka. Oby twoje dzieci zamiatały ulice. Obyś dożył chwili, gdy będą pożerać ścierwo.