Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
Przeżyła już wiele i nigdy nie poddawała się bólowi, teraz jednak była bardzo drobna i wychudzona, a przy tym jeszcze w pełni nie wydobrzała po ciężkim wypadku, któremu uległa przed dwoma miesiącami. Starała się chodzić, bo przynosiło jej to ulgę, ale i wyczerpywało; o świcie następnego dnia czuła się już bardzo, bardzo zmęczona i przestała myśleć o dziecku. Chciała mieć to wszystko za sobą.
Wszyscy ojcowie mieli na ten temat własne opinie i nie szczędzili jej rad i komentarzy. Warczała na nich, żeby się zamknęli i zostawili ją w spokoju, ale na próżno; ostatecznie byli Runami i nie widzieli powodu, by w takiej chwili zostawić ją samą. Nadal dotrzymywali jej towarzystwa, gawędząc nieustannie i łatając dziury, jakie powstały w dachu z plecionych liści i traw na skutek wichury.
Około południa, wyczerpana, straciła kontrolę nad tym, co się dzieje, i zamilkła. Nie protestowała, kiedy Kanchay zaniósł ją do niewielkiego wodospadu w pobliżu obozowiska. Siedziała tam razem z nim pod strumieniem chłodnej wody, chłoszczącym jej ramiona i zagłuszającym irytujące głosy innych. Ku swojemu zaskoczeniu, poczuła się rozluźniona i chyba to spowodowało rozwarcie się łona.
— Sipaj, Fia — powiedział po jakimś czasie Kanchay, obserwując ją spokojnymi oczami o barwie błękitu z Chartres — połóż tutaj rękę.
Naprowadził jej palce na główkę tkwiącą między jej udami i uśmiechnął się, kiedy natrafiła na mokre i poskręcane włosy dziecka. Nadeszły jeszcze trzy miażdżące skurcze i wyłoniło się całe dziecko. Przypomniała sobie o nocnym koszmarze i krzyknęła, zanim się dowiedziała, czy ma córkę, czy syna:
— Sipaj, Kanchay! Oczy ma w porządku? Nie krwawią?
— Są małe — powiedział szczerze Kanchay. — Ale to normalne dla twojego gatunku — dodał, żeby ją pocieszyć.
— Ma dwoje oczu — doniósł jego kuzyn Tinbar, myśląc, że może o to się niepokoiła.
— Są niebieskie! — dodał jego przyjaciel Sichu-Lan z ulgą, bo dziwne, brązowe oczy Sofii zawsze go trochę niepokoiły.
Było cicho, kiedy poczuła, jak wychodzą z niej nóżki niemowlęcia, i z początku pomyślała, że urodziło się martwe. Nie, uspokajała się, to przez ten hałas, przez szum wody i to ich nieustanne gadanie. A potem w końcu usłyszała wrzask noworodka, pobudzonego do odetchnięcia przez chłodną wodę, która była taką ulgą dla jego matki pod koniec tego długiego, upalnego dnia.
Kanchay przyniósł naręcze liści, a Sichu-Lan chichotał, wskazując na genitalia niemowlęcia, bo były na wierzchu.
— Patrzcie! — zawołał. — Ktoś myśli, że to dziecko spieszy się do rozmnażania!
A więc to syn, pomyślała i wyszeptała:
— Jimmy, mamy chłopczyka!
Wybuchnęła płaczem — nie z żalu lub strachu, ale z ulgi i wdzięczności — kiedy silne ręce wyjęły ją z wody, a gorący wiatr suszył ją i dziecko. Doznała wstrząsu, gdy znowu poczuła dotyk ludzkiej skóry, i zasnęła. Później wargi jej syna zacisnęły się po raz pierwszy na jej sutku: ssał go łagodnie, prawie leniwie, tak rozkosznie jak Jimmy. Jest taki cudowny, pomyślała, ale słaby. Coś jest z nim nie tak… No, ale przecież dopiero co się urodził i trochę za wcześnie. Nabierze sił.
Postanowiła, że nada mu imię Izaak. Jego ojciec opuścił dom, by powędrować do dalekiego kraju jak Abraham, jego matka urodziła dziecko wbrew wszelkim oczekiwaniom i radowała się z tego jak Sara.
Przytuliła niemowlę do piersi i spojrzała w dół na mądre, sowie oczy w maleńkiej twarzyczce elfa, pod ciemnorudymi włosami. W tym momencie czuła do swojego syna więcej szacunku niż miłości. Dokonałeś tego, pomyślała. Djanada chcieli nas zabić, urodziłeś się za wcześnie, miałeś zły początek, ale żyjesz, na przekór wszystkiemu żyjesz.
Mogło być gorzej, myślała, tuląc do siebie dziecko i znowu zapadając w sen. Gorące powietrze Rakhatu otulało ich jak inkubator, kiedy spoczywali we dwoje, otoczeni pierścieniem rąk, nóg i ogonów szepcących Runów. Jestem Mendes i mój syn żyje, pomyślała. A mogło być gorzej.
5. MIASTO INBROKAR, RAKHAT: 2046 czasu ziemskiego
— Dziecko jest ułomne.
Ljaat-sa Kitheri, czterdziesty siódmy Najdonioślejszy Najszlachetniejszego Dziedzictwa Inbrokaru, przekazał tę złą wiadomość ojcu noworodka bez żadnego wstępu. Wezwany przez ruńskiego służącego do prywatnych komnat Najdonioślejszego tuż po wzejściu drugiego, najbardziej złotego słońca Rakhatu, SupaariVaGayjur przyjął to oświadczenie w milczeniu; nawet nie mrugnął.
Wstrząs czy opanowanie, zastanawiał się Kitheri, kiedy ten żałosny małżonek jego córki podszedł do okna. Kupiec patrzył przez chwilę na stłoczone, pochyłe dachy Inbrokaru, a potem odwrócił się i kornie pochylił.
— Czy ktoś mógłby się dowiedzieć, wasza Wspaniałość, na czym polega ułomność?
— Wykręcona stopa. — Kitheri spojrzał na drzwi. — To wszystko.
— Proszę o wybaczenie, wasza Wspaniałość — nalegał kupiec. — Czy to nie może być… zniekształcenie? Może jakieś drobne niedopatrzenie w okresie ciąży?
Cóż za oburzająca uwaga, żachnął się Najdonioślejszy, ale zignorował to, biorąc pod uwagę, kto ją wypowiedział.
— Żadna córka z mojej linii lub linii mojej żony nie popełniła ostatnio błędu — odpowiedział sucho, widząc z satysfakcją, że kupiec położył po sobie uszy. „Ostatnio”, w tym kontekście i w ustach Kitheriego, oznaczało, że jego ród jest starszy od wszystkich pozostałych rodów na Rakhacie.
Początkowo Ljaat-sa Kitheri był przerażony perspektywą małżeństwa swojej córki z tym nieudacznikiem, ale później pogodził się z tym, dochodząc do wniosku, że trzecia linia potomków stwarza sporo niezwykłych możliwości politycznych. Teraz jednak okazało się, że cała ta sprawa jest zwykłą farsą. Czego można się było spodziewać, pomyślał Najdonioślejszy, skoro maczał w tym ręce Hlavin.
To typowe dla Hlavina, który sam był hańbą dla rodu: przyznać prawo do spłodzenia dziecka komuś takiemu jak ten Supaari, po to tylko, by wprawić w zakłopotanie całą rodzinę. Od niepamiętnych czasów prawo do utworzenia nowej linii rodu powierzone było resztarowi, ponieważ statutowa bezpłodność stanowiła najdonioślejszy aspekt jego życia. Normalnie można było polegać na tych nieszczęsnych trzeciakach, że będą oszczędnie i rozsądnie szafować przywilejem, którego sami byli pozbawieni. Tyle że jeśli chodzi o Hlavina, nic nigdy nie było normalne, pomyślał Najdonioślejszy z irytacją i niesmakiem.
— Czy to był syn? — zapytał kupiec, przerywając tok myśli Najdonioślejszego.
Pytam tylko z ciekawości, mówił jego ton. I już użył czasu przeszłego. Godne podziwu, biorąc pod uwagę okoliczności.
— Nie. To był osobnik rodzaju żeńskiego.
To była prawdziwa niespodzianka — ten wynik rozpłodu. Kiedy kupiec przybył do Inbrokaru, by pokryć Jholaę, Najdonioślejszy poczuł ulgę, widząc, że to całkiem przyzwoity osobnik o znakomitym fenotypie. Uszy dobrze osadzone na szerokiej czaszce, zakończonej kształtnym, mocnym pyskiem. Inteligentne oczy. Dobra szerokość w barach. Wysoki. Mocne pośladki. Może wzbogacić ród Kitherich, uznał w duchu Najdonioślejszy. Oczywiście trudno przewidzieć, co przyniesie taka krzyżówka.
Najdonioślejszy odchylił się do tyłu na umięśnionym, twardym ogonie, skrzyżował ramiona na masywnej klatce piersiowej, zaczepiwszy zakrzywione pazury wokół łokci, i przeszedł do sedna sprawy.
— Chyba rozumiesz, że w takich przypadkach ojciec ma pewien obowiązek. — Supaari uniósł podbródek; jego podłużna, przystojna i zaskakująco szlachetna twarz nie wyrażała niczego. — Mogą być inne — pocieszył go Najdonioślejszy, ale obaj dobrze wiedzieli, że Jholaa jest teraz właściwie niedostępna.