KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
Jej wysokość krzyknęła zaskoczona, a mnie także podobne spoufalenie się ze śmiercią wydało się niewłaściwe. Jednak długa czarna broda łatwo pożegnała się z twarzą i pozostała w ręku Fandorina.
Zobaczyłem, że purpurową twarz nieboszczyka pokrywają dzioby po ospie, a na policzku bieleje rozdwojona blizna.
- To znany warszawski bandyta, niejaki Lech Penderecki o p-przezwisku „Blizna” - oznajmił spokojnie Fandorin, jakby przedstawiał dobrego znajomego, i mrucząc pod nosem, dodał: - A więc to tak...
- Czyżby wszyscy ci ludzie byli martwi? - spytałem nagle i zadrżałem na myśl, w jaką straszną aferę może zostać wplątana najjaśniejsza rodzina.
Jeśli w tej chwili pojawi się tutaj któryś ze spacerowiczów, wybuchnie skandal na cały świat. Próba porwania kuzynki rosyjskiego cara! Czterech zabitych! I do tego jeszcze jakiś warszawski bandyta! Zostanie zbezczeszczona podniosła atmosfera sakramentu koronacji!
- Trzeba ich natychmiast przenieść do karety! - wykrzyknąłem z niezwykłą dla siebie gorączkowością. - Czy pański sługa nie zgodziłby się mi pomóc?
Kiedy z Japończykiem wrzucaliśmy trupy do karety, strasznie się denerwowałem, czy ktoś nas nie zaskoczy przy tym mało zaszczytnym zajęciu. Zresztą cała ta akcja była dla mnie czymś niedopuszczalnym - nie dość, że po twarzy ściekała mi krew z rozbitego czoła i rozbitej wargi, to jeszcze poplamiłem sobie cudzą krwią nową spacerową kamizelę.
Dlatego nie słyszałem, o czym jej wysokość rozmawiała z Fandorinem. Sądząc po rumieńcu na policzkach, chyba znowu dziękowała temu tajemniczemu mężczyźnie za ratunek.
- Gdzie jego wysokość? - spytałem mademoiselle, ledwo odzyskałem oddech. - Teraz można go już tutaj przyprowadzić.
- Zostawiłam go w... - Pstryknęła palcami, usiłując przypomnieć sobie właściwe słowo, ale i tak jej się nie udało. - La gloriette. Talance? Latance?
- Altance - podpowiedziałem. - Chodźmy razem. Jego wysokość z pewnością jest bardzo wystraszony.
Za krzakami roztaczała się spora polana, pośrodku której bielała drewniana, ażurowa altanka.
Nie znaleźliśmy w niej jednak Michała Gieorgijewicza, toteż zaczęliśmy go wołać, uznając, że wielki książę zechciał zabawić się z nami w chowanego.
Na nasze krzyki pojawił się Fandorin. Rozejrzał się po okolicy i nagle kucnął, przypatrując się czemuś w trawie.
Był to różowy chiński lizak, rozdeptany czyimś ciężkim obcasem.
- Do diabła, do diabła, do diabła! - wrzasnął Fandorin, uderzając się pięścią po udzie. - Powinienem był to przewidzieć!
I rzucił się na przełaj przez krzaki.
7 maja
Nie będę opisywał wydarzeń wieczoru i nocy, które nastąpiły po zniknięciu jego wysokości. Zresztą główną troską osób wtajemniczonych w zaszłe wypadki było utrzymanie tajemnicy, dlatego na zewnątrz wszystko wyglądało tak, jakby zupełnie do niczego nie doszło. Jedynie co minuta dzwoniły telefony, no i może jeźdźcy przemierzali zbyt rozpaczliwym galopem ulice trójkąta Ermitaż-pałac Piotrowski-rezydencja generała-gubernatora.
Cała ta ściśle skrywana, lecz nader aktywna (żeby nie powiedzieć: gorączkowa) działalność nie dała absolutnie żadnych rezultatów, ponieważ niezrozumiałe było najważniejsze: komu i po co potrzebne było porwanie malutkiego kuzyna jego majestatu.
Zagadka wyjaśniła się dopiero rankiem, kiedy ze zwykłą miejską korespondencją dostarczono do Ermitażu list bez stempla - sam pocztylion nie był w stanie wyjaśnić, skąd się taki wziął w jego torbie.
Z powodu tego właśnie listu najjaśniejszy pan, który rankiem zdążył już przyjąć swoich wdzięcznych azjatyckich poddanych - jego ekscelencję emira Buchary i jego wysokość chana Chiwy - w ostatniej chwili odwołał pod pretekstem deszczowej pogody paradę na Polu Chodyńskim, a sam potajemnie, w zwyczajnej krytej karecie, z osobistym kamerdynerem Dormidontem Sielezniowem, na koźle i w asyście jednego tylko naczelnika policji pałacowej, przybył do nas do Ermitażu. Właśnie wtedy ujawniła się największa zaleta usytuowania naszego pałacu, utrwalona w jego nazwie - oddalenie i odosobnienie.
W równie konspiracyjny sposób przybyli wujowie najjaśniejszego pana, ich wysokości wielcy książęta Kirył i Symeon Aleksandrowiczowie - pierwszy sam (na koźle siedział jego sługa, Luka Jemieljanowicz), drugi z adiutantem, księciem Glińskim (powoził najbardziej szanowany ze sług, można by rzec: starszy naszego cechu - Foma Anikiejewicz).
U nas w domu o nadzwyczajnej sytuacji - oprócz rodziny - wiedzieliśmy tylko ja, mademoiselle Declique, Anglicy (ponieważ utrzymanie tego przed nimi w sekrecie i tak było niemożliwe) i lejtnant Endlung (z tego samego powodu, zwłaszcza że Paweł Gieorgijewicz nie miał tajemnic przed swoim rozpustnym przyjacielem). Służbie niczego nie wyjaśniałem, tylko zakazałem pod jakimkolwiek pretekstem opuszczania murów Ermitażu. Nikt z rodowej służby dworu żadnych pytań nie zadawał. A moskwianom, którzy kwaterowali nad stajnią, oznajmiono, że jego wysokość wyjechał do Ilińska, do podmiejskiej rezydencji wuja, generała-gubernatora.
Katarzyny Joannowny w Petersburgu, rozumie się, o niczym nie poinformowano. Po co niepotrzebnie denerwować jej wysokość? Zresztą aż do nadejścia złowieszczego listu mieliśmy wszyscy nadzieję, że doszło do jakiegoś nieporozumienia i Michał Gieorgijewicz szybko wróci do Ermitażu cały i zdrowy.
Czy trzeba mówić, że nocą praktycznie nie zmrużyłem oczu? Majaczyły mi się obrazy, jeden straszniejszy od drugiego. To mi się zwidziało, że jego wysokość wpadł w jakąś zasłoniętą trawą rozpadlinę, i przed północą, kolejny już raz, posłałem służbę z pochodniami na przeszukiwanie parku, zmyślając, jakoby Ksenia Gieorgijewna zgubiła diamentowy kolczyk. Potem nagle sobie wyobraziłem, że Michał Gieorgijewicz stał się ofiarą jakiegoś sprośnego cudaka, polującego na malutkich chłopców, i z przerażenia zacząłem szczękać zębami, tak że musiałem wypić krople walerianowe. Ale najbardziej prawdopodobne było przypuszczenie, że wielki książę został porwany przez wspólników fałszywego brodacza o przezwisku „Blizna”. Podczas gdy walczyliśmy z jednymi bandytami o Ksenię Gieorgijewnę, drudzy porwali bezbronnego Michała Gieorgijewicza - niedaleko od przeklętej polany znaleziono ślady kół innej karety, z wyglądu całkiem świeże.