Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
– Czy to działa?
Spojrzał na nią.
– Zakładam, że nie mogę już liczyć na ciebie na polu bitwy?
– Jestem zbyt słaba, by przenosić. Przykro mi.
– Wytrzymałaś dłużej, niż powinnaś. – Zaznaczył coś na mapie. – Dobra robota. Jestem niemalże pewien, że tylko twoje działanie powstrzymało wschodnią flankę przed klęską. Będę musiał wysłać tam posiłki.
– Czy to działa?
– Chodź i zobacz – rzucił Bashere, ruchem głowy wskazując na zbocze wzgórza.
Elayne zacisnęła zęby, ale skierowała Cień Księżyca tam, gdzie mogła znaleźć dogodny punkt obserwacyjny. Uniosła zwierciadło palcami drżącymi bardziej, niżby sobie tego życzyła.
Trolloki dotarły do pierwszej, łamiącej się linii obrońców. Naturalnym rezultatem było to, że piechota wycofała się. To sprawiło, iż Pomiot Cienia sądził, że osiągnął przewagę i nie zadał sobie trudu, by dostrzec prawdziwy stan rzeczy. Kiedy Trolloki parły do przodu, piechota przestała się wycofywać i otoczyła bestie z obu stron. Elayne przegapiła najważniejszy moment, gdy Bashere rozkazał Aielom, by przystąpili do ataku. Ich błyskawiczne okrążenie nieprzyjaciela zadziałało tak, jak to Bashere planował.
Siły Elayne całkowicie otoczyły wroga. Ogromne koło wijącego się Pomiotu Cienia ścierało się z otaczającymi go siłami, które naciskały tak, by ograniczać ich ruchy i zdolność do walki. To działało. Światłości, działało. W tylne szeregi Trolloków uderzyli Aielowie, rozpoczynając rzeź. Pętla się zacisnęła.
Kto zatrąbił w rogi? To były rogi Trolloków.
Elayne przyglądała się szeregom Pomiotu Cienia, ale nie widziała nikogo, kto by w nie dął. Obok szeregów Aielów dostrzegła martwego Myrddraala. Jeden ze smoków Aludry – przyłączony do jej wozu i ciągnięty przez konia – był w rękach jazdy. Jeźdźcy rozlokowali wozy na szczytach wzgórz, tak by razić Trolloki z góry.
– Elayne… – zaczęła Birgitte.
– Och, przepraszam – rzekła Elayne, opuszczając zwierciadło i wręczając je Strażniczce. – Spójrz. Idzie w dobrym kierunku.
– Elayne!
Nagle Elayne zdała sobie sprawę, jak zaniepokojona była jej Strażniczka. Obróciła się, podążając za wzrokiem Birgitte ku południu, daleko poza mury miasta. Te dźwięki rogów… były tak ciche, iż Elayne nie zorientowała się, że dobiegają z tyłu.
– Och nie… – wymamrotała, szybko podnosząc zwierciadło do oczu.
Niczym czarne plugastwo, na horyzoncie pojawiła się druga armia Trolloków.
– Czy Bashere nie mówił przypadkiem, że nie spodziewaliście się ich tutaj wcześniej niż jutro? – zapytała Birgitte. – I to najwcześniej wtedy?
– To nie ma znaczenia – odparła Elayne. – Tak czy inaczej, Trolloki są tutaj. Musimy być gotowi przetransportować smoki inną drogą! Wyślij rozkaz do Talmanesa i znajdź lorda Tama al’Thora! Niech ludzie z Dwu Rzek będą uzbrojeni i gotowi! Światłości! Kusznicy także. Musimy opóźnić drugą armię w każdy możliwy sposób.
„Bashere” – pomyślała. – „Muszę porozmawiać z Bashere”.
Elayne obróciła Cień Księżyca i ruszyła tak szybko, że aż zakręciło jej się w głowie. Próbowała objąć Źródło, ale to nie zadziałało. Była tak zmęczona, że z trudem trzymała lejce.
Jakimś cudem udało jej się zjechać w dół zbocza, nie spadając z konia. Birgitte ruszyła, by dostarczyć rozkazy. Dobra kobieta. Wjechawszy do obozu, Elayne ujrzała, że toczy się tam kłótnia.
– Nie będę tego słuchał! – wrzeszczał Bashere. – Nie będę stał biernie i pozwalał się obrażać w moim własnym obozie, człowieku! Obiektem jego łajania był nikt inny jak Tam al’Thor. Poważny człowiek z Dwu Rzek popatrzył na Elayne i jego oczy rozszerzyły się, jak gdyby był zdziwiony, że ją tu ujrzał.
– Wasza Wysokość – rzekł Tam. – Mówiono mi, że jesteś wciąż na polu walki. – Zwrócił się do Bashere, który poczerwieniał.
– Nie chciałem, żebyś szedł do niej z…
– Wystarczy! – fuknęła Elayne, wjeżdżając pomiędzy nich na Cieniu Księżyca. Dlaczego spośród wszystkich ludzi to właśnie Tam kłócił się z Bashere?
– Bashere, druga armia Trolloków już prawie tu jest.
– Tak – odrzekł tamten, oddychając głęboko. – Właśnie mi o tym doniesiono. Światłości, to katastrofa, Elayne. Musimy się stąd ewakuować poprzez bramy.
– Siły naszych Krewniaczek w dużej mierze zostały spożytkowane na przedostanie się tutaj, Bashere – odparła Elayne. – Większość z nich przenosi z mocą, która ledwie wystarczyłaby na podgrzanie filiżanki z herbatą, a cóż mówić o postawieniu bramy. „Światłości, a ja nie byłabym w stanie nawet zagrzać herbaty”. Zmusiła się, by mówić stanowczo.
– To była część planu.
– Ja… To prawda – mruknął Bashere. Popatrzył na mapę. – Niech pomyślę. Miasto. Wycofamy się do miasta.
– I damy Pomiotowi Cienia czas, by odpoczął, zgromadził siły i uderzył na nas? – zapytała Elayne. – Oni prawdopodobnie próbują zmusić nas, żebyśmy to właśnie uczynili.
– Nie widzę innego wyboru – odparł Bashere. – Miasto jest naszą jedyną nadzieją.
– Miasto? – prychnął Talmanes. Właśnie pośpiesznie nadszedł, ciężko dysząc. – Nie mówisz chyba o wycofaniu się do miasta?
– Dlaczego nie? – zapytała Elayne.
– Wasza Wysokość, nasza piechota zdołała właśnie otoczyć armię Trolloków! Bestie rzucają się na nasze siły zębami i pazurami! Nie mamy już posiłków, a kawaleria jest wyczerpana. Nigdy nie zdołamy wycofać się z tej walki, nie ponosząc ciężkich strat. A potem niedobitki, które schronią się w mieście, będą tkwiły w pułapce pomiędzy dwiema armiami Cienia.
– Światłości – wyszeptała Elayne. – Jest tak, jakby to zaplanowali.
– Sądzę, że to właśnie zrobili – powiedział cicho Tam.
– Nie tym razem!!! – ryknął Bashere. Nie przypominał samego siebie, choć Elayne wiedziała, że Saldaeanie potrafią nagle wpadać w gniew. Bashere wydawał się niemal innym człowiekiem. Jego żona podeszła do niego i stanęła obok, założywszy ręce na piersiach. Oboje stali twarzą w twarz z Tamem.
– Powiedz, co myślisz, Tam – odezwała się Elayne.
– Ja… – zaczął Bashere, lecz Elayne uniosła rękę.
– On wiedział, Wasza Wysokość – rzekł Tam cicho. – To jedyne wyjaśnienie, jakie ma sens. Nie wysłał Aielów na zwiad.
– Co? – odparła Elayne. – Oczywiście, że wysłał. Czytałam ich raporty.
– Były fałszywe. Albo przynajmniej manipulowane – ciągnął Tam. – Rozmawiałem z Baelem. Powiedział, że żaden z jego Aielów nie został wysłany na zwiad w ciągu ostatnich dni naszego marszu. Bael powiedział, że myślał, iż to moi ludzie się tym zajmowali, ale tak nie było. Rozmawiałem z Argandą, który sądził, że zwiadu dokonywały Białe Płaszcze, lecz Galad oświadczył, że robił to Legion.
– To nie my – powiedział Talmanes, marszcząc brwi. – Żaden z moich ludzi nie dokonywał zwiadu.
Wszystkie oczy zwróciły się na Bashere.
– Kto – zapytała Elayne – miał pieczę nad naszymi tyłami?
– Ja… – Podniósł wzrok, znowu płonąc gniewem. – Przechowałem te raporty! Pokazywałem ci je i zyskały twą akceptację!
– Wszystko to zbyt doskonałe – zauważyła Elayne. Dokładnie pośrodku pleców poczuła nagły, przeszywający dreszcz. Płynął w dół jej ciała niczym fala lodowatego wiatru, który czuła w żyłach. Zostali złapani w idealną pułapkę. Przenoszący byli wyczerpani do granic wytrzymałości, żołnierze zajęci wyrównaną walką, a druga wroga armia nadeszła potajemnie i znajdowała się o dzień drogi bliżej niż tam, gdzie miała się znajdować według fałszywych raportów…