Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
– Nynaeve! – krzyknął Perrin.
– Perrin? – wyszeptała, rozglądając się wokoło. – Gdzie jesteś?
– Mam pewien plan – odrzekł. – Sprawię, że tworzenie bram w tym miejscu nie będzie możliwe. Jeśli będziesz chciała dostać się do tego miejsca albo z niego wydostać, będziesz musiała stworzyć bramę na zewnątrz jaskini.
Skinęła głową, wciąż się za nim rozglądając. Najwyraźniej, choć realny świat odbijał się w wilczym śnie, w drugą stronę to nie działało. Perrin wbił kolec w ziemię, a potem sprawił, by ów zaczął działać, tak jak uczyła go Lanfear – utworzył wokół jaskini purpurową osłonę. Śpiesznie ruszył z powrotem do tunelu, wydostając się poprzez ścianę purpurowego szkła i na powrót dołączając do Gaula i wilków.
– Światłości – rzekł Gaul. – Już miałem ruszyć, aby cię szukać. Dlaczego zabrało ci to tak dużo czasu?
– Dużo czasu? – zdziwił się Perrin.
– Nie było cię przez dobre dwie godziny.
Perrin potrząsnął głową.
– To Sztolnia igra z naszym poczuciem czasu. Cóż, przynajmniej dzięki szpili snów pozostawionej w jaskini Zabójca będzie miał trudności z dopadnięciem Randa.
Po tym, jak Zabójca użył szpili snów przeciwko niemu, było czymś satysfakcjonującym obrócić ter’angreal przeciwko temu człowiekowi. Perrin stworzył osłonę wystarczająco dużą, by osłaniała Randa, jaskinię i tych, którzy mu towarzyszyli. Takie usytuowanie sprawiało, że wszystkie granice kopuły, z wyjątkiem frontowej, były zagłębione w skale.
Zabójca nie mógłby wskoczyć do wnętrza pieczary i uderzyć. Musiałby wejść od frontu. Albo znaleźć sposób na przekopanie się przez skałę, co Perrin uważał za możliwe w wilczym śnie. Jednakże to go opóźni, a tego właśnie Rand potrzebował.
Jest konieczne, byście pilnowali tego miejsca – rzekł Perrin do zgromadzonych wilków, z których wiele wciąż lizało swoje rany. – Zabójca Cienia walczy w środku, polując na najniebezpieczniejszą ofiarę, którą zna świat. Nie możemy pozwolić, by dopadł go Zabójca.
Będziemy strzegli tego miejsca, Młody Byku – nadeszła odpowiedź. – Inne wilki już się gromadzą. Nie przepuścimy go.
– Czy możecie to zrobić? – Perrin posłał pytanie do wilków znajdujących się na Ziemiach Granicznych, które wzajemnie przekazywały sobie wiadomości. Były ich w tamtym regionie tysiące tysięcy.
Perrin był dumny z tej wiadomości. Nie została ujęta w słowa ani w obrazy, była mieszaniną zapachów i odrobiny instynktu. Wilki znajdowały się w takim miejscu, iż natychmiast otrzyma od nich odpowiedź, gdyby Zabójca powrócił.
Możemy to wykonać – odpowiedziały wilki.
Perrin kiwnął głową, po czym skinął na Gaula.
– Nie zostajemy tu? – spytał Gaul.
– Zbyt dużo się tu dzieje – oznajmił Perrin. – Czas płynie zbyt wolno. Nie chcę, by wojna nas ominęła.
Poza tym, wciąż pozostawało kwestią do wyjaśnienia, co robi Graendal.
26.
Rozważania.
– Nie podoba mi się walka u boku tych Seanchan – powiedział cicho Gawyn, podchodząc do Egwene.
Jej również to nie odpowiadało i wiedziała, że Gawyn będzie w stanie to wyczuć. Co jednak mogła rzec? Nie mogła ich odprawić. Cień zaciągnął pod swe sztandary Sharanów. Egwene w odpowiedzi musiała użyć sił, jakimi dysponowała. Jakichkolwiek sił.
Czuła, że swędzi ją kark, kiedy podążała na miejsce spotkania, które znajdowało się ponad milę na wschód od brodu w Arafel. Tam właśnie Bryne uformował w szyki większą część jej armii. Na południe od brodu, na szczytach wzgórz, rezydowały Aes Sedai, a poniżej, na stokach, zajęli pozycje łucznicy i włócznicy. Oddziały były bardziej wypoczęte. Dni, podczas których siły Egwene musiały się wycofywać, sprawiły, że żołnierze uwolnili się nieco od bitewnej presji, pomijając wysiłki wroga, by sprowokować ich do niej.
Szanse Egwene zależały od tego, czy Seanchanie przyłączą się do walki i czy wezmą w niej udział przenoszący z Shary. Egwene czuła, jak ściska się jej żołądek. Kiedyś słyszała, że w Caemlyn jakiś człowiek bez sumienia rzucił na pole walki dwa głodne psy i robił zakłady o to, który z nich przetrwa tę potyczkę. Ona czuła się podobnie. Seanchańskie damane nie były wolnymi kobietami; nie miały wyboru co do udziału w walce. Z tego, co widziała, sharańscy przenoszący – mężczyźni – byli niewiele lepsi niż zwierzęta.
Egwene powinna zwalczać Seanchan wszystkimi możliwymi siłami, a nie wchodzić z nimi we współpracę. Im było bliżej spotkania z nimi, jej instynkt buntował się. Seanchańska przywódczyni domagała się spotkania z Egwene. Światłości, spraw, by nie trwało to długo.
Egwene otrzymała już raporty na temat Fortuony, wiedziała więc, czego ma się spodziewać. Drobna seanchańska Imperatorowa stała na małej platformie, obserwując przygotowania. Miała na sobie lśniącą suknię, której tren ciągnął się na niedorzeczną odległość za nią. Podtrzymywało go osiem da’covale, służących w nieprzyzwoicie nieskromnych sukniach. Różni członkowie Krwi stali w grupach, w pozach pełnych skupienia. Straż Skazańców, przybrana w ciężkie, niemal czarne zbroje, otaczała Imperatorową niczym kamienny krąg.
Egwene podeszła bliżej, strzeżona przez swych żołnierzy i większość Komnaty Wieży. Fortuona nalegała początkowo, by Egwene przybyła do niej do obozu. Egwene, oczywiście, odmówiła. Osiągnięcie porozumienia zabrało mnóstwo czasu. Obie przybyły do Arafel i obie wolały raczej stać, niż siedzieć, tak by w żaden sposób nie dać nikomu poczucia, że ta druga ma przewagę. Egwene zirytowała się, ujrzawszy, że tamta kobieta już na nią czeka. To ona zaplanowała godzinę spotkania, tak więc obie powinny były przybyć w tym samym czasie.
Fortuona odwróciła wzrok od bitewnych przygotowań i spojrzała na Egwene. Jak się okazało, wiele raportów Siuan było fałszywych. Owszem, Fortuona wyglądem nieco przypominała dziecko – była drobna i miała delikatne rysy. Ale te podobieństwa były sprawą pomniejszą. Żadne dziecko nie miało tak badawczego, oceniającego spojrzenia. Egwene zrewidowała swoje oczekiwania. Wyobrażała sobie Fortuonę jako rozpuszczoną młodziutką kobietę, produkt luksusowego życia.
– Rozważałam – odezwała się Fortuona – czy właściwe będzie rozmawiać z tobą osobiście, moim własnym głosem.
Stojących w pobliżu kilkunastu Seanchan Krwi – mieli pomalowane paznokcie i częściowo ogolone głowy – z trudem złapało oddech. Egwene zignorowała ich. Stali obok kilkunastu par sul’dam i damane. Gdyby pozwoliła, by przyciągnęli jej uwagę, nie zdołałaby powstrzymać gniewu.
– Ja zaś zastanawiałam się – powiedziała Egwene – czy właściwe będzie rozmawiać z kimś takim jak ty, z kimś, kto dopuścił się tylu okrucieństw.
– Zdecydowałam w końcu, iż porozmawiam z tobą – kontynuowała Fortuona, ignorując uwagę Egwene. – Sądzę, że przez jakiś czas będzie lepiej, jeśli będę patrzyła na ciebie nie jako na marath’damane, lecz jako królową ludu tej ziemi.
– Nie – odrzekła Egwene. – Będziesz patrzyła na mnie jak na kogoś, kim jestem, kobieto. Tego się domagam.
Fortuona wydęła usta.
– Bardzo dobrze – odparła wreszcie. – Rozmawiałam wcześniej z damane; ich ćwiczenie jest moją pasją. Traktowanie cię w taki sposób nie jest pogwałceniem protokołu, jako że Imperatorowa może rozmawiać ze swymi zwierzętami domowymi.
– Tak więc i ja będę z tobą rozmawiała bezpośrednio – rzekła Egwene, zachowując obojętny wyraz twarzy – jako że Amyrlin sądzi wiele spraw. Musi być w stanie rozmawiać z mordercami i gwałcicielami, tak by móc wydać na nich wyrok. Zapewne czułabyś się swojsko w ich towarzystwie, choć ja sądzę, że ty wywołałabyś w nich mdłości.