Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
– Jak widzę, będzie to niełatwa współpraca.
– Spodziewałaś się czegoś innego? – zapytała Egwene. – Uwięziłaś moje siostry. To, co im zrobiłaś, jest gorsze niż morderstwo. Torturowałaś je, złamałaś ich wolę. Prosiłam Światłość, byś je raczej zabiła.
– Nie oczekuję, że zrozumiesz, co było koniecznością – powiedziała Fortuona, oglądając się za siebie, na pole bitwy. – Jesteś marath’damane. To… naturalne dla ciebie, że szukasz własnego dobra tam, gdzie je dostrzegasz.
– Rzeczywiście naturalne – odparła cicho Egwene. – Dlatego nalegam, byś postrzegała mnie taką, jaką jestem, gdyż jestem najczystszym dowodem na to, że twój lud i cesarstwo są oparte na kłamstwie. Oto stoję tutaj, kobieta, której nałożyłaś obrożę dla, jak twierdziłaś, „ogólnego dobra”. A jednak nie reprezentuję żadnej z dzikich i niebezpiecznych cech, które według ciebie winnam posiadać. Tak długo, jak jestem wolna od twej obroży, będę świadczyć wobec każdego mężczyzny i każdej kobiety na tej ziemi, że jesteś kłamcą.
Pomiędzy Seanchanami dał się słyszeć pomruk. Fortuona ze swej strony zachowała kamienną twarz.
– Byłabyś znacznie szczęśliwsza z nami – rzekła.
– Och, czyżby? – mruknęła Egwene.
– Tak. Wspomniałaś o obroży, ale gdybyś musiała ją nosić, doświadczyłabyś znacznie spokojniejszego życia. Nie torturujemy naszych damane. Dbamy o nie i pozwalamy im prowadzić życie pełne przywilejów.
– Nie wiesz o pewnych sprawach, prawda? – zapytała Egwene.
– Jestem Imperatorową – oświadczyła Fortuona. – Moje rządy rozciągają się na morza, a terytoria pod moim władaniem obejmują wszystko, o czym wie i myśli rodzaj ludzki. Jeśli istnieją rzeczy, o których nie wiem, wiedzą o nich moi ludzie w Imperium, a to ja nim jestem.
– Wspaniale – odrzekła Egwene. – Tak więc czy twe Imperium wie, że ja nosiłam jedną z twych obroży? Że to ja byłam trenowana przez jedną z twoich sul’dam?
Fortuona zesztywniała, po czym popatrzyła na Egwene ze zdumieniem, choć natychmiast to ukryła.
– Byłam w Falme – poinformowała Egwene. – Byłam damane, trenowaną przez Rennę. Tak, nosiłam twą obrożę, kobieto. Nie znalazłam tam spokoju. Doznałam natomiast bólu, poniżenia i strachu.
– Dlaczego o tym nie wiedziałam? – zapytała głośno Fortuona, odwracając się. – Dlaczego mi nie powiedziałeś?
Egwene popatrzyła na zebranych – wysoko urodzonych Seanchan. Fortuona wydawała się kierować swoją wypowiedź w szczególności do jednego z nich, mężczyzny przystrojonego w bogate, czarne i złote odzienie, obszyte koronką. Oko miał przesłonięte opaską, również czarną, a paznokcie u rąk miał pomalowane na ciemno.
– Mat? – wyjąkała Egwene.
Pomachał jej niepewnie, zawstydzony.
„Światłości” – pomyślała. – „W co on się wplątał?” Błyskawicznie zlustrowała wszystkie swe plany. Mat udawał szlachetnie urodzonego Seanchana. Musieli nie wiedzieć, kim naprawdę był. Czy mogłaby coś zrobić, by go ochronić?
– Podejdź – rzekła Fortuona.
– Ten człowiek nie jest… – zaczęła Egwene, ale Fortuona przerwała jej.
– Knotai – rzuciła – czy wiedziałeś, że ta kobieta jest zbiegłą damane? Jak rozumiem, znałeś ją jako dziecko.
– Wiesz, kim on jest? – zapytała Egwene.
– Oczywiście, że wiem – odparła Fortuona. – Nazywa się Knotai, a niegdyś Matrim Cauthon. Nie myśl, że służy tobie, marath’damane, choć dorastaliście razem. Teraz jest Księciem Kruków, którą to pozycję zyskał, poślubiwszy mnie. Służy Seanchanom, Kryształowemu Tronowi, Imperatorowej.
– Niechaj żyje wiecznie – rzekł Mat. – Witaj, Egwene. Dobrze słyszeć, że uciekłaś tym Sharanom. Jak tam Biała Wieża? Wciąż… jest biała, jak sądzę?
Egwene przeniosła spojrzenie z Mata na seanchańską Imperatorową. A potem znowu na niego. Wreszcie, niezdolna, by uczynić cokolwiek innego, wybuchnęła śmiechem.
– Poślubiłaś Matrima Cauthona?
– Tak przepowiedziały znaki – odparła Fortuona.
– Znalazłaś się zbyt blisko ta’veren – powiedziała Egwene – i Wzór z nim cię związał!
– Głupie przesądy – prychnęła Fortuona.
Egwene popatrzyła na Mata.
– Bycie ta’veren nigdy nie dało mi wiele – wyjaśnił kwaśno Mat. – Jak przypuszczam, powinienem być wdzięczny Wzorcowi, że nie zawlókł mnie na Shayol Ghul. Małe błogosławieństwo, naprawdę.
– Nie odpowiedziałeś na moje pytanie, Knotai – powiedziała Fortuona. – Czy wiedziałeś, że ta kobieta jest zbiegłą damane? Jeśli tak, to dlaczego mi o tym nie powiedziałeś?
– Nie bardzo o tym myślałem – wyznał Mat. – Nie była nią przez długi czas, Tuon.
– Porozmawiamy o tym przy innej okazji – mruknęła Fortuona. – Nie będzie to przyjemna rozmowa. – Zwróciła się do Egwene. – Rozmowa z byłą damane nie jest tym samym, czym rozmowa z dopiero co pojmaną albo z taką, która zawsze była wolna. Wieści o tym wydarzeniu wnet się rozejdą. Dostarczyłaś mi… niedogodności.
Egwene spojrzała na Fortuonę skonfundowana. Światłości! Ci ludzie chyba zupełnie postradali rozum.
– W jakim celu nalegałaś na to spotkanie? Smok Odrodzony mówił, iż wesprzesz naszą walkę. Pomóż nam zatem.
– Chciałam się z tobą spotkać – odrzekła Fortuona. – Jesteś moim przeciwieństwem. Zgodziłam się dołączyć do paktu oferowanego przez Smoka. Ale pod pewnymi warunkami.
„Och, Światłości, Rand” – pomyślała Egwene. – „Co ty im obiecałeś?” Spięła się.
– Wraz ze zgodą na przystąpienie do walki – zaczęła Fortuona – otrzymam potwierdzenie suwerenności granic w postaci takiej, w jakiej są uwidocznione na mapach. Nie będziemy wymuszać posłuszeństwa na marath’damane poza tymi, które naruszają nasze granice.
– A te granice to? – zapytała Egwene.
– Takie, jak to obecnie widać na mapach, tak jak już…
– Ujmij to precyzyjniej – nalegała Egwene. – Powiedz mi to swoimi słowami, kobieto. Jakie granice?
Fortuona zacięła usta. Co oczywiste, nie była przyzwyczajona do tego, że ktoś jej przerywa.
– Kontrolujemy Altarę, Amadicię, Tarabon i Równinę Almoth.
– Tremalking – rzekła Egwene. – Chcesz posiąść Tremalking i inne wyspy Ludu Morza?
– Nie wymieniłam ich, bo nie znajdują się na twoich ziemiach, lecz na morzu. To nie twoja sprawa. Poza tym nie były one częścią układu ze Smokiem Odrodzonym. Nie wspominał o tym.
– Miał mnóstwo spraw na głowie. Tremalking będzie częścią układu ze mną.
– Nie byłam świadoma, że zawieramy taki układ – rzekła spokojnie Fortuona. – Potrzebujesz naszego udziału w walce. Możemy stąd odejść w jednej chwili, jeśli tylko to rozkażę. Jak sobie poradzisz z wrogą armią bez naszej pomocy, o którą mnie niedawno błagałaś?
„Błagałam?” – pomyślała Egwene.
– Czy zdajesz sobie sprawę, co się zdarzy, jeśli przegramy tę batalię? Czarny zniszczy Koło, zabije Wielkiego Węża i wszystko się skończy. A to i tak, jeśli będziemy mieli szczęście. Jeśli nie będziemy go mieli, Czarny zmieni świat zgodnie ze swoją szaloną wizją. Wszyscy ludzie będą od niego zależni w wieczności pełnej cierpienia, ujarzmienia i dręczenia.
– Jestem tego świadoma – odrzekła Fortuona. – Zachowujesz się tak, jakby ta konkretna bitwa… tutaj, na tym polu… była rozstrzygająca.
– Jeśli moja armia miałaby zostać zniszczona – powiedziała Egwene – nasz cały wysiłek pójdzie na marne. Wszystko może zależeć od tego, co się tu wydarzy.