Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
Egwene zapomniała, że Mat był tutaj.
– Bądźmy kulturalni, moje panie – powiedział Mat, popatrując najpierw na jedną, potem na drugą. – Nie sprawiajcie, abym musiał przełożyć was przez kolano.
Egwene spojrzała na niego, a Mat na nią. To on, a nie Fortuona, próbował zniwelować jej gniew.
Egwene popatrzyła w dół, na jego rękę, która opierała się na jej klatce piersiowej, niezręcznie blisko jej piersi. Fortuona również spoglądała na tę rękę.
Mat opuścił obie dłonie, ale nacieszył się słodkimi chwilami, kompletnie niefrasobliwy.
– Ludzie na tym świecie potrzebują was obu, i to zrównoważonych psychicznie, słyszycie? Ta sprawa jest ważniejsza niż którakolwiek z was. Jeśli będziecie ze sobą walczyć, Czarny zwycięży, i w tym sęk. Przestańcie się więc zachowywać jak dzieci.
– Dziś wieczorem zamienimy na ten temat wiele słów, Knotai – rzekła Fortuona.
– Uwielbiam słowa – rzekł Mat. – Niektóre z nich są zachwycające. „Uśmiech”. To słowo zawsze brzmiało pięknie w moich uszach. Nie sądzisz? Albo: „Obiecuję nie zabić Egwene za to, że dotknęła mnie, Imperatorową, obym żyła wiecznie, bo, do cholery, potrzebujemy jej przez następnych parę tygodni albo więcej”. – Spojrzał na Fortuonę znacząco.
– Naprawdę go poślubiłaś? – powiedziała Egwene do Fortuony. – To prawda?
– To było… niezwykłe zdarzenie – odrzekła Fortuona. Otrząsnęła się, a następnie spojrzała na Egwene. – On jest mój i nie mam zamiaru z niego rezygnować.
– Nie wydajesz się typem, który zrezygnuje z czegokolwiek, na czym położył rękę – rzekła Egwene. – Matrim mnie w tej chwili nie interesuje. Interesuje mnie wasza armia. Będziesz walczyć czy też nie?
– Będę walczyć – oznajmiła Fortuona. – Ale moja armia nie jest tobie podległa. Twoi generałowie przysłali nam pewne sugestie. Weźmiemy je pod uwagę. Sądzę, że będziesz przeżywać ciężkie momenty, broniąc brodu przed najeźdźcą i nie dysponując większą grupą marath’damane. Poślę ci kilka moich sul’dam i damane, by chroniły twoją armię. To wszystko, co zrobię, na razie. – Ruszyła w kierunku swej świty. – Chodź, Knotai.
– Nie wiem, jakim cudem się w to wplątałeś – mruknęła Egwene do Mata. – I nie chcę wiedzieć. Zrobię wszystko, by cię od niej uwolnić, jak tylko skończymy walkę.
– To bardzo uprzejme z twej strony, Egwene – odparł Mat. – Ale sam sobie z tym poradzę. – I ruszył w ślad za Fortuoną.
To było jego zwyczajowe powiedzenie. Znajdzie sposób, by mu pomóc. Potrząsnęła głową i wróciła do miejsca, gdzie czekał na nią Gawyn. Leilwin odmówiła uczestnictwa w spotkaniu z Fortuoną, choć Egwene spodziewała się, że ujrzenie swoich rodaków sprawiłoby jej radość.
– Będziesz musiała ich mieć na oku – powiedział cicho Gawyn.
– Zgadzam się – odrzekła Egwene.
– Nadal wyrażasz chęć walki u boku Seanchan, pomimo tego, co uczynili?
– Póki mają sharańskich przenoszących, tak. – Egwene popatrzyła w stronę horyzontu, w kierunku Randa, który uwikłany był w ciężką walkę. – Mamy mało opcji do wyboru, Gawyn, a naszych sprzymierzeńców ubywa. Tymczasem każdy, kto chce zabijać Trolloki, jest naszym przyjacielem. Tak to wygląda.
Szeregi Andorańczyków załamały się, a Trolloki przedarły się przez nie. Warczące bestie, których oddechy tworzyły obłoczki w chłodnym powietrzu. Halabardnicy Elayne szamotali się, wpadając na siebie podczas ucieczki. Kilka pierwszych Trolloków zignorowało ten fakt, przeskakując przez nich i usiłując zrobić więcej miejsca dla reszty, tak by bestie mogły wlać się przez wyłom w szeregach niczym strumień czarnej krwi z rozciętej rany.
Elayne usiłowała zebrać niewielkie siły, które jej zostały. Czuła się tak, jakby saidar miał się z niej ześlizgnąć w każdej chwili, ale ludzie walczący i umierający nie byli w tej chwili silniejsi od niej. Wszyscy walczyli już prawie cały dzień.
Udało jej się jakimś cudem znaleźć siłę, by wykonać splot, i kulami ognia upiekła kilka Trolloków, brodząc w strumieniach krwi poległych ludzi. Smugi bieli, strzały z łuku Birgitte. Trolloki zabulgotały, chwytając się za karki w miejscach, gdzie je trafiono.
Elayne raziła uderzeniem za uderzeniem, siedząc na grzbiecie konia, zmęczone ręce oparłszy na siodle, i mrugając powiekami, które zdawały się mieć ciężar ołowiu. Poległe Trolloki leżały na ziemi niczym strupy wokół dziury, blokując inne bestie przed wdzieraniem się w szeregi sił Elayne. Oddziały rezerwistów potykały się o ciała, zajmując teren i spychając Trolloki w tył.
Elayne wypuściła powietrze z płuc, chwiejąc się. Światłości! Czuła się tak, jakby była zmuszona biegać wokół Caemlyn, ciągnąc ołowiane ciężary. Ledwie była w stanie usiąść, nie mówiąc już o sięgnięciu do Jedynej Mocy. Obraz przed jej oczami przygasł, a później ściemniał. Dźwięki w jej uszach zaczęły się rozmywać. A potem… ciemność.
Pierwsze powróciły dźwięki. Dalekie ryki, szczęk. Słaby odgłos rogu. Wycie Trolloków. Od czasu do czasu dudnienie smoków. „One nie strzelają tak często” – pomyślała Elayne. Aludra poruszała się do rytmu własnych strzałów. Bashere wycofał jeden z oddziałów, tak by żołnierze mogli odpocząć. Trolloki wdzierały się w szeregi sił Elayne, zaś smoki bombardowały je przez krótki czas. Stwory usiłowały doczołgać się do smoków i zniszczyć broń, lecz przybyła kawaleria i rozbiła je, atakując z obu stron.
Zabito wiele Trolloków… Taka była ich praca… zabijanie Trolloków…
„Zbyt wolno…” – pomyślała Elayne. – „Zbyt wolno…”
Elayne znalazła się na ziemi, a nad nią pojawiła się zaniepokojona twarz Birgitte.
– Och, Światłości? – wymamrotała Elayne. – Czy ja upadłam?
– Złapaliśmy cię w samą porę – wymruczała Birgitte. – Osunęłaś się prosto w nasze ramiona. Chodź, wycofujemy się.
– Ja…
Birgitte uniosła brew, oczekując kłótni. Było jednak trudno ją prowadzić, leżąc na plecach o parę kroków od linii frontu. Saidar jej się wymsknął, a ona nie mogła ponownie po niego sięgnąć, nawet gdyby jej życie miało od tego zależeć.
– Tak – powiedziała. – Powinnam… powinnam sprawdzić, co z Bashere.
– Bardzo mądrze – rzekła Birgitte, dając znak strażnikowi, by pomógł Elayne wsiąść na konia. Zawahała się. – Bardzo dobrze się sprawiłaś, Elayne. Oni wiedzą, jak walczyłaś. Dobrze, że to widzieli.
Zaczęli śpiesznie wycofywać się przez tylne szeregi. Były nieliczne; większość żołnierzy ruszyła do walki. Musieli wygrać przed nadejściem drugiej armii Trolloków, a to oznaczało rzucenie do walki wszystkich sił.
Elayne jednakże wciąż była zdziwiona, jak bardzo szczupłe mają rezerwy i jak niewielu mają ludzi, którzy mogliby wycofać się z walki, by odpocząć. Jak długo to już trwało?
Czyste niebo, które zazwyczaj jej towarzyszyło, zasnuły chmury. To wydawało się złym znakiem.
– Przeklęte chmury – wymruczała Elayne. – Jaka to pora dnia?
– Może dwie godziny po zachodzie słońca – odparła Birgitte.
– Światłości! Powinnaś była ściągnąć mnie z pola walki godziny temu, Birgitte!
Kobieta zerknęła na nią. Elayne słabo pamiętała, że Birgitte próbowała to uczynić. Cóż, nie było sensu teraz się o to kłócić. Elayne odzyskała nieco sił i zmusiła się, by siedzieć prosto na końskim grzbiecie, kiedy wiedziono ją do małej wioski blisko Cairhien, gdzie Bashere wydawał rozkazy.
Elayne od razu podjechała do punktu dowodzenia. Nie była pewna, czy nogi zdołają ją nieść, i pozostała w siodle, zwracając się do Bashere.