Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
Zanim jeszcze dotknął Callandorem Źródła, saidin, jakby kierowany własną wolą, wskoczył w miecz. Od głowicy do czubka ostrza kryształ zapłonął białym światłem. Niedawno tylko mu się zdawało, że Moc wypełnia go po brzegi. Teraz dzierżył jej więcej, niźli byłoby w stanie dziesięciu mężczyzn bez wspomagania, stu mężczyzn, tak naprawdę nie potrafił sobie wyobrazić jak wielu. Ognie słońca zapłonęły w jego głowie. Chłód wszystkich zim, wszystkich Wieków, wgryzł się w jego serce. W tej udręce skaza była niczym wszystkie sterty śmieci, jakich pozbył się w jednej chwili świat, wrzucając je do studni jego duszy. Saidin wciąż próbował go zabić, ale walczył i udawało mu się przeżyć kolejne mgnienie, potem jeszcze jedno, i następny moment. Chciało mu się śmiać. Naprawdę mógł zrobić wszystko!
Kiedyś, gdy trzymał Callandora, stworzył broń, która sama wyszukiwała Pomiot Cienia na całym obszarze Kamienia Łzy, a potem zabijała gończymi błyskawicami, gdziekolwiek próbowano przed nią uciec lub się schować. Z pewnością musiało istnieć coś podobnego, co można by wykorzystać przeciw aktualnym wrogom. Ale kiedy wezwał Lewsa Therina, odpowiedziały mu tylko pełne boleści jęki, jakby bezcielesny głos lękał się bólu przynoszonego przez saidina.
Z płonącym Callandorem w dłoni — nie pamiętał już, kiedy uniósł klingę — patrzył na wzgórza, wśród których skrywał się jego wróg. Coraz mocniej padający deszcz i gruba powłoka chmur przesłaniających słońce powlekły ziemię szarością. Jak to powiedział do Eagana Padrosa?
— Jestem nawałnicą — wyszeptał, ale w jego uszach było to niczym krzyk, niczym wrzask; a potem przeniósł.
Ponad jego głową zakipiały chmury. Tam, gdzie panowała czerń sadzy, nastała czerń północy, najciemniejszego serca północy. Nie miał pojęcia, co przenosi. Tak często nie zdawał sobie z tego sprawy, mimo nauk Asmodeana. Może Lews Therin prowadził jego rękę, choć słychać było tylko łkanie. Strumienie saidina wirem omiotły niebo — Wiatr, Woda i Ogień. Ogień. Niebiosa naprawdę zapłakały błyskawicami. Setką piorunów naraz, wieloma setkami, rozwidlone błękitno-białe groty dźgały ziemię, wszędzie gdzie wzrokiem sięgnął. Wzgórza przed nim eksplodowały. Niektóre rozpadły się pod uderzeniami błyskawic niczym kopnięte ludzką stopą mrowiska. Płomienie wyskoczyły w górę pośród zagajników, drzewa zapłonęły pochodniami mimo ulewnego deszczu, pożar przeszedł niepowstrzymanym pochodem przez gaje oliwne.
Coś uderzyło go mocno i nagle zdał sobie sprawę, że podnosi się z ziemi. Korona spadła mu z głowy. Jednak Callandor wciąż jarzył się w jego dłoni. Ledwie zdał sobie sprawę, że obok niepewnie podnosi się Tai’daishar, cały drżący. A więc chcieli przypuścić kontratak, chcieli walki, tak?
Wznosząc wysoko Callandora, zawołał w ich stronę:
— Chodźcie walczyć ze mną, jeśli się ośmielicie! Ja jestem nawałnicą! Chodź, jeśli ci starczy odwagi, Shai’tanie! Jam jest Smok Odrodzony! — Tysiąc piorunów, sycząc, spłynęło z chmur.
I znowu coś go powaliło. Próbował ponownie się ponieść. Callandor, wciąż lśniąc, leżał o krok od jego wyciągniętej dłoni. Niebo zatrzęsło się od błyskawic. Nagle zdał sobie sprawę, że przygniatający go do ziemi ciężar to Bashere, że tamten próbuje nim potrząsać. A więc to on wcześniej powalił go na ziemię!
— Przestań! — krzyknął Saldaeanin. Krew zalewała mu twarz, spływając z szerokiego rozcięcia na czaszce. — Pozabijasz nas, człowieku! Przestań!
Rand odwrócił głowę i wystarczyło mu jedno otępiałe spojrzenie. Pręgi błyskawic łączyły niebo z ziemią wszędzie wokół niego, upiorne światło ze wszystkich stron zalewało wzgórze. Jeden piorun trafił przeciwległy grzbiet wzgórza, gdzie znajdował się Denharad ze swoimi zbrojnymi; zewsząd dobiegały krzyki ludzi i rżenie koni. Anaiyella i Ailil stały na własnych nogach, na próżno próbując uspokoić wierzchowce, które przysiadały na zadach i wyrywały im wodze z rąk, cały czas przewracając zdziczałymi oczyma. Flinn klęczał pochylony nad czyimś ciałem, tuż obok konia z martwo wyprężonymi nogami.
Rand wypuścił saidina. Wypuścił go, ale Moc jeszcze przez jakiś czas przepływała przez niego i nadal srożyły się błyskawice. Potem strużka saidina stała się cieńsza, wreszcie zamigotała i znikła. W jej miejsce przyszły zawroty głowy. Przez trzy kolejne uderzenia serca widział dwa Callandory płonące w miejscu, gdzie na ziemi leżał miecz i wciąż spływały z nieba błyskawice. Wreszcie cisza — i tylko narastający plusk deszczu. Oraz wrzaski z drugiej strony wzgórza.
Bashere powoli się podniósł, Rand poszedł w jego ślady — jakoś stanął bez niczyjej pomocy na uginających się nogach, mrugając, póki wreszcie nie zaczął normalnie widzieć. Saldaeanie patrzył na niego niczym na wściekłego lwa, mimowolnie muskając palcami rękojeść miecza. Anaiyella obrzuciła jednym spojrzeniem wyprostowaną postać Randa i zemdlała; jej koń uciekł, podrzucając luźnymi wodzami. Ailil, wciąż borykająca się ze swoim rumakiem, zerkała tylko na Randa. A on pozwolił, by Callandor przez chwilę leżał tam, gdzie upadł. Nie był pewien, czy odważy się go podnieść. Z pewnością nie od razu.
Flinn wyprostował się, kręcąc głową, a potem stał w milczeniu, przyglądając się, jak Rand chwiejnie zmierza w jego stronę. Krople deszczu padały na niewidzące oczy Jonana Adleya, wytrzeszczone jakby w ostatecznej grozie. Jonan był jednym z pierwszych. Te wrzaski z przeciwległego zbocza wzgórza zdawały się przecinać strugi deszczu. Jak wielu jeszcze, zastanawiał się Rand. Wśród Obrońców? Wśród Towarzyszy? Wśród?...
Gruba jak koc powłoka ulewy otuliła wzgórza, wśród których zaległa armia Seanchan. Czy w ogóle spowodował jakiekolwiek straty, uderzając tak na ślepo? Może dalej tam na niego czekali, wraz ze swymi damane? Czekali, by zobaczyć, jak wielu własnych ludzi pozabija zamiast nich.
— Wystaw takie warty, jakich twoim zdaniem potrzebujemy — rozkazał Rand, zwracając się do Bashere’a. Jego głos był niczym żelazo. Jego serce było niczym wykute z żelaza. — Kiedy Gregorin z pozostałymi do nas dotrze, jak najszybciej zaczniemy Podróż do miejsca, gdzie czekają nasze wozy. — Bashere bez jednego słowa skinął głową, odwrócił się i odszedł w deszcz.
„Przegrałem” — pomyślał tępo Rand. — „Jestem Smokiem Odrodzonym, ale po raz pierwszy przegrałem”.
Znienacka poczuł wzbierającą w nim falę wściekłości Lewsa Therina, który tym razem nie wygłaszał swych uwag bojaźliwym tonem.
„Nigdy jeszcze nie zostałem pokonany” — warknął tamten. — „Ja jestem Panem Poranka! Nikt nie jest w stanie mnie pokonać!”
Rand usiadł wprost na deszczu i obracając Koronę Mieczy w dłoniach, patrzył na leżący w błocie Callandor. Pozwolił Lewsowi Therinowi wściekać się do woli.
Abaldar Yulan płakał, wdzięczny za ulewę, która sprawiała, że nikt nie mógł zobaczyć łez spływających po jego policzkach. Ktoś będzie musiał wydać rozkaz. Ostatecznie zaś ktoś będzie musiał błagać o wybaczenie Imperatorową, oby żyła wiecznie, a jeszcze wcześniej pewnie Suroth. Nie dlatego jednak płakał, nie chodziło nawet o żal po poległym towarzyszu. Niezgrabnym szarpnięciem oderwał rękaw kaftana i zakrył nim oczy Miraja, aby ochronić je przed kroplami deszczu.
— Wyślij rozkazy do odwrotu — zarządził Yulan i zobaczył, jak otaczający go ludzie wzdrygają się. Po raz drugi na tych brzegach Wiecznie Zwycięska Armia poniosła druzgoczącą porażkę, Yulan nie sądził, by był jedynym, który opłakuje tę klęskę.