Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Ścieżka Sztyletów
Ścieżka Sztyletów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ścieżka Sztyletów

Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:

Ścieżka Sztyletów
1 ... 152 153 154 155 156 157 158 159 160 ... 197
Перейти на страницу:

Ostatni człowiek, z jakim udało mu się porozmawiać w tym lesie, posiwiały weteran z ojczyzny dowodzący setką amadiciańskich pikinierów, poinformował go, że stanowisko Chianmai znajdowało się gdzieś w tym kierunku. Wreszcie zobaczył przed sobą cienie uwiązanych do drzew, pozbawionych jeźdźców koni, a obok nich kręcili się piesi. Może od nich uzyska dalsze wskazówki. I poużywa sobie na nich odpowiednio, za bezczynność w obliczu szalejącej bitwy.

Kiedy wjechał między nich, zapomniał o wcześniejszych planach. Znalazł tych, których szukał, ale bynajmniej nie o takim marzył widoku. Rzędem leżało kilkanaście straszliwie spalonych ciał. Wśród nich, łatwo rozpoznawalny dzięki nienaruszonej złocistobrązowej twarzy, znajdował się Chianmai. Zdolni do utrzymania się na nogach byli tylko rozmaici Tarabonianie, Amadicianie, Altaranie, niektórzy zresztą również ranni. Jedynym Seanchaninem okazała się sul’dam o ściągniętym obliczu, pocieszająca łkającą damane.

— Co tu się stało? — dopytywał się Varek. Nie sądził, aby zostawianie niedobitków było w stylu tych Asha’manów. Może sul’dam udało się ich odeprzeć.

— Czyste szaleństwo, mój panie. — Przysadzisty Tarabonianin wzruszeniem ramion odesłał człowieka smarującego maścią poparzone lewe ramię. Rękaw kaftana najwyraźniej spalił się aż do krawędzi napierśnika, jednak mimo odniesionych obrażeń mężczyzna nawet się nie krzywił. Welon kolczy zwisał zaczepiony tylko jednym końcem o stożek hełmu z czerwonym pióropuszem, obnażając twarz z siwymi, sumiastymi wąsiskami, całkiem nieomal zakrywających usta, znad których obraźliwie bezpośrednio spoglądały oczy. — Oddział Illian wpadł na nas zupełnie bez ostrzeżenia. Z początku wszystko szło dobrze. Nie mieli ze sobą żadnego czarnego kaftana. Lord Chianmai poprowadził nas śmiało do ataku, a... ta kobieta... ciskała błyskawice. Potem, dokładnie w chwili, gdy atak Illian się załamał, między nas również zaczęły padać błyskawice. — Urwał i znacząco spojrzał na sul’dam.

W jednej chwili poderwała się na nogi i potrząsając pięścią, ruszyła w stronę Tarabonianina, doszła jednak tylko tak daleko, jak pozwalała jej przymocowana do drugiego nadgarstka smycz. Damane leżała na ziemi niczym stos łkających łachmanów.

— Nie pozwolę, by ten pies powiedział choć jedno złe słowo na moją Zakai! Jest dobrą damane! Dobrą damane!

Varek wykonał uspokajający gest w stronę kobiety. Widywał już sul’dam, które sprawiały, że ich podopieczne wyły, ponosząc karę za jakiś błąd, oraz kilka, które w trakcie takiego procederu okaleczyły najbardziej oporne, większość jednak zareagowałaby ostro, nawet gdyby któryś z członków Krwi rzucił bodaj cień na ich faworyty. Ten Tarabonianin z pewnością członkiem Krwi nie był, wnioskując zaś z wyglądu trzęsącej się sul’dam, była gotowa zabić. Varek podejrzewał, że gdyby ten człowiek wypowiedział swój bezsensowny, milczący zarzut na głos, to być może zostałby tu na miejscu zabity.

— Modlitwy za zmarłych muszą poczekać — powiedział bez ogródek Varek. To, co miał zamiar teraz zrobić, z pewnością oznaczało prostą drogę w ręce Poszukiwaczy, oczywiście jeśli zawiedzie, niemniej jednak oprócz sul’dam nie było tu żadnego Seanchanina zdolnego objąć komendę. — Obejmuję dowodzenie. Oderwiemy się od przeciwnika i ruszymy na południe.

— Oderwiemy się! — szczeknął barczysty Tarabonianin. — Chyba dni całe zabierze nam oderwanie się od przeciwnika! Illianie walczą jak borsuki przyparte do muru, Cairhienianie zaś niczym zaszczute fretki. Tairenianie nie są tak trudni do pokonania, jak wcześniej mi powiadano, ale gdzieś tu jest co najmniej kilkunastu tych Asha’manów, tak? Nie mam nawet pojęcia, gdzie znajduje się trzy czwarte moich ludzi w tym worku z niespodziankami! — Ośmieleni jego przykładem, pozostali również zaczęli protestować.

Varek całkowicie zignorował ich zastrzeżenia. I powstrzymał z dociekaniem, cóż to takiego ten „worek z niespodziankami”; widząc rozciągającą się dookoła gęstwę lasu, słysząc szczęk bitwy, gromkie odgłosy wybuchów i trzaskanie błyskawic, bez trudu potrafił sobie wyobrazić.

— Zbierzesz swoich ludzi i zaczniesz się wycofywać — oznajmił głośno, ucinając szmer głosów. — Ale nie nazbyt szybko, musicie działać razem. — Rozkazy Miraja dla Chianmai stwierdzały wyraźnie: „Tak szybko, jak to tylko będzie możliwe”, a on wbił sobie te słowa do głowy na wypadek, gdyby coś stało się z kopią rozkazu w jukach siodła: „Jak to tylko będzie możliwe”, ale zbyt szybko, mogłoby oznaczać, że zostawią w polu połowę stanu liczebnego na całkowitej łasce wroga, który będzie mógł rąbać ich na kawałki. — Teraz, ruszać się! Walczycie za Imperatorową, oby żyła wiecznie!

Takimi słowami jak to ostatnie zdanie zazwyczaj zachęcało się całkiem świeżych rekrutów, jednak z jakiegoś powodu podziałały na słuchaczy niczym smagnięcie szpicrutą. Kłaniając się pośpiesznie i głęboko, z rękoma na kolanach, omalże nie pobiegli w kierunku swych koni. Dziwne. Teraz przyszła kolej na niego, by odszukać jednostki Seanchan. Którąś na pewno będzie dowodził ktoś wyższy od niego rangą i wtedy będzie mógł jemu przekazać odpowiedzialność.

Sul’dam klęczała, głaszcząc po głowie swoją wciąż łkającą damane, i cicho coś do niej mruczała.

— Uspokój ją wreszcie — rozkazał jej. Tak szybko, jak to tylko będzie możliwe. I przypomniał sobie, że w oczach Miraja dostrzegł chyba błysk niepokoju. Co mogło napełnić niepokojem Kennara Miraja? — Przypuszczam, że podczas przeprawy na południe los nas wszystkich będzie zależeć od was, sul’dam. — Cóż takiego powiedział, że cała krew odpłynęła jej z twarzy?

Bashere stał tuż na skraju lasu, spod zmarszczonych za kratami przyłbicy brwi obserwując widok, który rozpościerał się przed nim. Gniadosz trącał go pyskiem w ramię. Stał otulony ciasno płaszczem, chroniąc się przed podmuchami wiatru. Zresztą nawet nie tyle chodziło o zimno, które dawało się mocno we znaki, ile o uniknięcie uwagi wroga, który łatwiej dostrzegłby poruszające się poły płaszcza. W Saldaei taki ziąb traktowany byłby jako zwiastun nadchodzącej wiosny, jednak miesiące spędzone na południu sprawiły, że stał się miękki. Słońce wciąż jeszcze nie dotarło do zenitu, co łatwo było stwierdzić po kącie padania jaskrawych promieni, łyskających w przerwach między mknącymi szybko chmurami. Świeciło mu w oczy. Z faktu, że maszeruje się do bitwy w kierunku zachodnim, nie powinno wynikać, iż kończy się ją zwróconym ku południu. Przed nim leżało szerokie pastwisko, na którym stada czarno-białych kóz szczypały zbrązowiałą trawę, spacerując tu i tam, zupełnie jakby dookoła nie szalała bitwa. Zresztą najbliższa okolica w istocie nie nosiła żadnych śladów walk. Przynajmniej jak dotąd. Jednak niewykluczone, że każdy, kto spróbuje przekroczyć tę łąkę, zostanie poszarpany jak szmaciana lalka. A wśród drzew, niezależnie już, czy oliwnego gaju, czy lasu, tudzież zagajnika, nie zawsze można było spostrzec wroga, póki nie było za późno. Wszelkie talenty zwiadowcy nierzadko psu na budę się zdawały.

1 ... 152 153 154 155 156 157 158 159 160 ... 197
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)