Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
Weiramon i Gedwyn, zajęci sobą, nie usłyszeli, jak się do nich zbliżał. Gedwyn w roztargnieniu podrzucał wodze, rysy jego twarzy skrzepły w grymasie pogardy. Twarz Tairenianina nabiegła krwią.
— Nie dbam o to, kim jesteś — mówił do mężczyzny w czarnym kaftanie, głosem niskim, twardym, prawie się zapluwając. — Nie podejmę żadnego dodatkowego ryzyka, bez wyraźnego rozkazu z ust samego...
Nagle obaj równocześnie uświadomili sobie obecność Bertome, szczęki Weiramona zatrzasnęły się głośno. Popatrzył na Bertome wzrokiem tak pełnym ognia, jakby chciał go zabić na miejscu. Uśmiech zawsze obecny na twarzy Asha’mana gdzieś się zapodział. Powiał wiatr, zimny i przenikliwy, jak zawsze gdy chmury przesłaniały słońce, jednak jego chłód nawet nie mógł się równać z mrozem zaskoczonego spojrzenia Gedwyna. Bertome przeżył lekki wstrząs, gdy zrozumiał, że tamten również najchętniej widziałby go martwym.
Po chwili jednak, mimo iż lodowato mordercze spojrzenie Gedwyna nie zmieniło się ani na jotę, wyraz twarzy Weiramona przeszedł znamienną metamorfozę. Nabiegłe krwią oblicze powoli odzyskało normalną barwę, przeciął je nagły uśmiech, pochlebczy uśmiech, w którym migotał tylko cień szyderczego poczucia wyższości.
— Właśnie o tobie myślałem, Bertome — powiedział serdecznie. — Wielka szkoda, że al’Thor zadusił twoją kuzynkę. Własnymi rękoma, jak słyszałem. Mówiąc szczerze, zaskoczony byłem, dowiedziawszy się, że odpowiedziałeś na jego wezwanie. Widziałem, jak cię obserwował. Obawiam się, że zaplanował dla ciebie coś bardziej... interesującego... niźli łomotanie buciorów o podłogę, kiedy jego ręce będą się zaciskać na twoim gardle.
Bertome stłumił westchnienie, którego powodem nie była bynajmniej wyłącznie niezgrabność tego głupca. Wielu próbowało już nim manipulować, wykorzystując do tego celu śmierć Colavaere. Była jego faworyzowaną kuzynką, wszelako ambitną ponad miarę. Roszczenia Saighan do Tronu Słońca były całkowicie usprawiedliwione, jednak wydawały się nie do utrzymania wobec prawomocności pretensji Riatinów lub Damodredów, każdych z osobna, a co dopiero występujących razem, nie wspominając już o jawnym błogosławieństwie Białej Wieży tudzież Smoka Odrodzonego. Mimo to wciąż uważał ją za swoją faworytkę. Przynajmniej póki żyła. Czego mógł chcieć Weiramon? Z pewnością nie tego, na co wskazywałyby pozory. Nawet ten taireński idiota nie był aż tak prostacki.
Zanim jednak zdołał ułożyć jakąś odpowiedź, zobaczył jeźdźca, mknącego w ich strony między drzewami. Cairhienianin. Kiedy gwałtownie ściągnął przed nimi wodze, a jego koń aż przysiadł na zadzie, Bertome rozpoznał jednego z własnych zbrojnych, szczerbatego człeczynę z podłużnymi szramami na obu policzkach. Doile, przypomniał sobie. Z majątku Colchaine.
— Mój lordzie Bertome — wydyszał tamten, kłaniając się pośpiesznie. — Dwa tysiące Tarabonian depcze mi po piętach. I mają ze sobą kobiety! Z błyskawicami na sukniach!
— Depczą ci po piętach — mruknął Weiramon lekceważąco. — Zobaczymy, co powie mój człowiek, kiedy wróci. Z pewnością nie widzę żadnych!...
Jego słowa utonęły w dobiegających z przodu gwałtownych okrzykach i tętencie kopyt, wkrótce pojawili się galopujący lansjerzy, falą powodzi rozlewając się wśród drzew. Prosto na Bertome’a i pozostałych.
Weiramon zaśmiał się.
— Zabijaj, kogo chcesz i jak chcesz, Gedwyn — powiedział, dramatycznym gestem dobywając miecza. — Ja pozostanę przy swoich metodach. I tyle! — Pogalopował w kierunku swych zbrojnych, wymachując klingą nad głową i krzycząc: — Saniago! Saniago i chwała! — Nikt, kto go znał, nie mógł się dziwić, że do okrzyku na cześć swego Domu, swej największej miłości, nie dołączył zawołania kraju.
Pędząc co koń wyskoczy w tę samą stronę, Bertome również krzyczał:
— Saigan i Cairhien! — Nie było potrzeby jeszcze dobywać miecza. — Saigan i Cairhien! — O co tamtemu mogło chodzić?
Załomotał grzmot i skonsternowany Bertome wzniósł wzrok ku niebu. Chmur wcale nie było więcej niż kilka chwil temu. Nie... Doile... Dalyn?... wspomniał o tych kobietach. Ale moment później Bertome zapomniał na dobre o głupim Tairenianinie, Tarabonianie w welonach kolczych parli bowiem nań przez zalesione wzgórza, przed nimi zaś ziemia rozkwitała ogniem, a niebo płakało błyskawicami.
— Saigan i Cairhien! — krzyczał.
Zerwał się wiatr.
Jeźdźcy zwarli się ze sobą wśród grubych pni drzew i gęstego poszycia spowitego w głębokim cieniu. Światła zdawało się coraz mniej, pokrywa chmur gęstniała nad głowami, trudno jednak było to ostatecznie stwierdzić, mając nad głową gęsty las. Donośny łomot całkowicie niemal tłumił szczęk stali o stal, krzyki ludzi, wrzaski koni. Od czasu do czasu ziemia drżała. Niekiedy wróg wznosił okrzyki.
— Den Lushenos! Den Lushenos i Pszczoły!
— Annallin! Naprzód za Annallin!
— Haellin! Haellin! Za Wysokiego Lorda Sunamona!
Tylko ten ostatni krzyk Varek bodaj po części rozumiał, aczkolwiek podejrzewał, że każdy z lokalnych władców, który rościł sobie pretensje do miana Wysokiego Lorda lub Lady, być może nie otrzyma nawet szansy złożenia Przysięgi.
Szarpnięciem wyrwał miecz, który ugrzązł pod ramieniem przeciwnika, tuż nad krawędzią napierśnika, i pozwolił, by mały blady mężczyzna osunął się na ziemię. Niebezpieczny był z niego przeciwnik, póki nie popełnił błędu i nie uniósł za wysoko klingi. Gniadosz tamtego do wtóru głośnych trzasków pognał przez gęste poszycie, Varek zaś pozwolił sobie na chwilowe ukłucie żalu. Zwierzę sprawiało znacznie lepsze wrażenie niż bułanek, którego zmuszony był dosiadać. Trwało to jednak tylko chwilę, w następnej bowiem już wytężał wzrok, próbując przebić nim zasłonę jakichś pnączy, chyba winorośli, które zwisały co najmniej z połowy gałęzi, oraz kłębów szarych pierzastych roślin, oplatających bodaj każdą.
Zewsząd docierały doń odgłosy bitwy, z początku jednak nie dostrzegał żadnego poruszenia. Potem w odległości pięćdziesięciu kroków pojawiło się kilkunastu altarańskich lansjerów, którzy prowadzili konie za uzdy i choć rozglądali się ostrożnie dookoła, to jednak głośno ze sobą rozmawiali, co zapewne należało tłumaczyć licznymi czerwonymi cięciami na napierśnikach. Varek chwycił wodze, decydując się objąć nad nimi komendę. Eskorta, nawet taka niezdyscyplinowana zbieranina, mogła zdecydować o tym, czy wiadomość, którą wiózł, dotrze do Generała-Chorągwi Chianmai.
Nagle spomiędzy drzew pomknęły ciemne smugi, strącając Altaran z siodeł. Ich konie rozbiegły się we wszystkie strony, zanim jeszcze jeźdźcy upadli na ziemię, a po chwili zostało już tylko kilkanaście ciał rozrzuconych na mokrym dywanie z uschłych liści, z każdego zaś sterczał przynajmniej jeden grot kuszy. Zapanował absolutny spokój. Varek mimowolnie zadrżał. Ta piechota w niebieskich kaftanach początkowo zdawała się łatwym przeciwnikiem, nie mieli nawet pikinierów, za których szeregiem mogliby się schronić przed szarżą, jednak nigdy nie wychodzili na otwarte pole, kryjąc się w zagłębieniach gruntu. Jednak nie oni byli najgorsi. Po tamtym szaleńczym odwrocie ku pokładom statków czekających u wybrzeży Falme zdawało mu się, że był oto świadkiem najgorszej rzeczy, jaką można w życiu zobaczyć — ucieczki Wiecznie Zwycięskiej Armii. Ale nie dalej jak pół godziny temu dane mu było obserwować, jak stu Tarabonian natarło na samotnego człowieka w czarnym kaftanie. Stu lansjerów przeciwko jednemu mężczyźnie... i Tarabonianie zostali wybici do nogi. Dosłownie do nogi, ludzie i konie ginęli równo w eksplozjach poszarpanego mięsa. Rzeź dokonywała się w takim tempie, że ledwo mógł nadążyć wzrokiem, i trwała tak, póki tamci jeszcze uciekali, by skończyć się dopiero w momencie; gdy żadnego żywego już nie było w zasięgu wzroku. Być może nie było to wiele gorsze niż ziemia wybuchająca pod stopami, jednak atak damane zazwyczaj zostawiał z człowieka resztki, które można było pogrzebać.