Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Ścieżka Sztyletów
Ścieżka Sztyletów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ścieżka Sztyletów

Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:

Ścieżka Sztyletów
1 ... 154 155 156 157 158 159 160 161 162 ... 197
Перейти на страницу:

Do chwili, w której przydarzył mu się ten wypadek, Adley walczył razem z Morrem i Towarzyszami w lesie położonym milę na południe. Narishma i Hopwil byli z Obrońcami na północy. Rand jednak wolał już nie spuszczać Adleya z oka. Może zdarzały się i inne „wypadki”, tylko on o niczym nie wiedział? Nie mógł przecież przez cały czas wszystkich pilnować. Oblicze Flinna było ponure niczym wczorajsza śmierć, natomiast Dashiva zupełnie gdzieś zapodział swe roztargnienie, można by rzec, że wręcz pocił się ze skupienia. Wciąż coś do siebie mamrotał pod nosem, tak cicho, że nawet wypełniony Mocą Rand nie potrafił nic dosłyszeć, niemniej ciągle wycierał grube krople spływające po twarzy zupełnie już mokrą lnianą chusteczką, a w miarę jak dzień miał się ku końcowi, wyraz jego twarzy powlekał coraz głębszy mrok. Rand nie przypuszczał, by któremuś z nich zdarzyło się popełnić błąd. W każdym razie w chwili obecnej ani żaden z nich, ani Adley nie przenosili Mocy. I nie stanie się to bez jego wyraźnego rozkazu.

— Czy to już koniec? — zapytała za jego plecami Anaiyella.

Nie zważając dłużej na to, czy ktoś go przypadkiem nie obserwuje, Rand zawrócił Tai’daishara i stanął naprzeciw niej. Kobieta z Łzy wzdrygnęła się wyraźnie, kaptur jej bogato zdobionego płaszcza opadł na ramiona. W policzku zadrgał mięsień. Jej oczy bez reszty przepełniał strach, chyba strach... choć może była to nienawiść. Zajmująca miejsce u jej boku Ailil spokojnie ściskała wodze dłońmi w czerwonych rękawiczkach.

— Czego więcej można chcieć? — zapytała chłodnym głosem niższa z kobiet. Wizerunek damy, która potrafi zachować uprzejmość wobec osoby nie dorównującej jej pozycją. Ledwie potrafi. — Jeśli można mierzyć zwycięstwo liczbą zabitych wrogów, to sądzę, że tylko dzisiejszy dzień zapewni ci poczesne miejsce w dziejach.

— Zamierzam tylko zepchnąć Seanchan z powrotem do morza! — warknął Rand. Światłości, musi już teraz na dobre z nimi skończyć, skoro nadarzyła się sposobność! Nie potrafił równocześnie walczyć z Seanchanami, z Przeklętymi, i Światłość jedna wie z kim jeszcze! — Zrobiłem to wcześniej i dokonam także teraz!

„Czy i tym razem wyciągniesz z kieszeni Róg Valere?” — zapytał szyderczo Lews Therin. Rand zbył go wewnętrznym grymasem.

— Ktoś jest pod nami — powiedział znienacka Flinn. — Jedzie w tę stronę. Z zachodu.

Rand znowu zawrócił konia. Całe zbocze wzgórza otaczali Legioniści, aczkolwiek kryli się tak zręcznie, że Rand rzadko dostrzegał choćby mgnienie niebieskiego kaftana. Żaden z nich nie dysponował koniem. Któż więc mógł jechać...

Bułanek Bashere truchtał w górę stoku z taką swobodą, jakby nieomal biegł po równym gruncie. Hełm dowódcy zwisał przytroczony do siodła, on sam wyglądał na zmęczonego. Bez żadnych wstępów przemówił pozbawionym wyrazu głosem:

— Tutaj już z nimi skończyliśmy. Na umiejętności wojownika składa się również wiedza o tym, kiedy odejść, a czas na nas właśnie nastał. Zostawiłem w polu prawie pięciuset poległych i zmarnowałem dwóch twoich Żołnierzy. Trzech kolejnych wysłałem na poszukiwanie Semaradrida, Gregorina i Weiramona, mają im powiedzieć, żeby do ciebie wracali. Wątpię, by tamci byli w lepszym stanie niż ja. Jak wygląda twój osobisty rachunek od rzeźnika?

Rand puścił pytanie mimo uszu. Lista jego poległych była dłuższa od przedstawionej przez Bashere o ponad dwieście imion.

— Nie miałeś prawa wysyłać rozkazów do pozostałych. Przynajmniej póki zostało jeszcze sześciu Asha’manów... póki ja jeszcze żyję!... tego wystarczy! Mam zamiar odszukać resztę seanchańskiej armii i zniszczyć ją, Bashere. Nie pozwolę im dołączyć podbitej Altary do Tarabonu i Amadicii.

Bashere podkręcił sumiastego wąsa i roześmiał się gorzko.

— Chcesz ich znaleźć. A więc szukaj. — Gestem dłoni w rękawiczce objął wzgórza rozciągające się na zachodzie. — Nie potrafię wskazać konkretnego miejsca, ale gdzieś tutaj, dostatecznie blisko, aby ich zobaczyć, gdyby nie skrywające drzewa, znajduje się dziesięć, może piętnaście tysięcy żołnierzy. Tańczyłem z Czarnym, próbując przemknąć obok nich nie widziany i dotrzeć do ciebie. Jest tam w dole może i setka damane. Może więcej. A z pewnością przybędą następne, kolejni żołnierze również. Wygląda na to, że ich generał postanowił na tobie skupić całe swe siły. Przypuszczam, że bycie ta’veren nie zawsze oznacza tylko mnóstwo sera i piwa.

— Jeśli gdzieś tutaj są... — Rand przyjrzał się wzgórzom. Deszcz powoli przechodził w ulewę. Gdzie on widział to poruszenie? Światłości, ależ był zmęczony. Saidin tłukł się w jego wnętrzu. Nieświadomie musnął dłonią zwinięty tobołek pod puśliskiem strzemienia. Dłoń odskoczyła, jakby powodowana własną wolą. Dziesięć tysięcy, może nawet piętnaście... Kiedy tylko Semaradrid doń dołączy, i Gregorin, i Weiramon... A co ważniejsze, kiedy wreszcie dotrą pozostali Asha’mani... — Jeśli oni gdzieś tu są, to tu właśnie spotka ich zagłada, Bashere. Uderzę na nich ze wszystkich stron, tak jak to pierwotnie planowaliśmy.

Bashere, marszcząc czoło, podprowadził konia bliżej, póki kolanem omal nie dotykał kolana Randa. Flinn odprowadził swego wierzchowca na bok, jednak Adley zbyt był skupiony na próbach obserwacji terenu w strugach deszczu, aby zwracać uwagę na to, co znajdowało się tuż pod jego nosem, Dashiva zaś, który wciąż ocierał twarz, przyglądał się im z nie skrywanym zainteresowaniem. Bashere zniżył głos do cichego pomruku:

— Nie myślisz jasno. Plan był dobry, przynajmniej początkowo, ale ich generał myślał szybko. Zanim zdążyliśmy spaść na niego z marszu, rozproszył swoje siły, aby osłabić impet naszego ataku. I najwyraźniej musiał zapłacić srogą cenę, bo próbuje już tylko uratować, co się da. Ale i teraz nie weźmiesz go przez zaskoczenie. On wręcz chce, żebyśmy po niego poszli. Zaczaił się gdzieś tam i czeka na nas. Niezależnie od tego, czy mamy Asha’manów czy nie, jeśli zdecydujemy się na frontalny atak, to myślę, że skończy się na tym, że z pewnością utyją padlinożercy, a z nas być może nikt nie opuści pola bitwy.

— Nikt nie odeprze frontalnego ataku Smoka Odrodzonego — warknął Rand. — Przeklęci mogliby go o tym poinformować, kimkolwiek jest. Racja, Flinn? Dashiva? — Flinn niepewnie pokiwał głową. Dashiva wzdrygnął się. — Sądzisz, że nie potrafię go zaskoczyć, Bashere? To patrz! — Wyciągnął spod siodła długi tobołek, zdarł okrywające go płótno, a wszędzie wokół rozległy się westchnienia, gdy krople deszczu zalśniły na mieczu wykonanym z kryształu. Miecz Który Nie Jest Mieczem. — Przekonajmy się więc, czy nie będzie dlań zaskoczeniem Callandor w dłoni Smoka Odrodzonego, Bashere.

Ułożył przezroczystą klingę w zgięciu łokcia i podjechał kilka kroków naprzód. Niepotrzebnie zresztą. Z nowego miejsca nie dysponował lepszym widokiem. Chyba że... Coś pełzło na pajęczych nóżkach po zewnętrznej powłoce Pustki, kreśląc czarną sieć. Bał się. Ostatnim razem, kiedy użył Callandora, naprawdę go użył, podjął próbę przywrócenia martwych do życia. Pewien był wówczas, że stać go na wszystko, wszystko bez wyjątku. Niczym szaleniec, któremu się wydaje, że potrafi latać. Ale przecież był Smokiem Odrodzonym. Mógł zrobić wszystko. Czy nie dowiódł tego już po wielekroć? Sięgnął ku Źródłu poprzez Miecz Który Nie Jest Mieczem.

1 ... 154 155 156 157 158 159 160 161 162 ... 197
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)