Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Ścieżka Sztyletów
Ścieżka Sztyletów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ścieżka Sztyletów

Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:

Ścieżka Sztyletów
1 ... 153 154 155 156 157 158 159 160 161 ... 197
Перейти на страницу:

— Jeśli mamy ją przekroczyć — wymruczał Gueyam, pocierając łyse czoło szeroką dłonią — zróbmy to zaraz. Światłość jedna wie, że marnujemy tylko czas. — W tej samej chwili Amondrid zamknął usta, najwyraźniej Cairhienianin o okrągłym obliczu miał właśnie zamiar powiedzieć to samo. Ale prędzej konie zaczną się wspinać na drzewa, niż on przyzna, że w czymkolwiek zgadza się z Tairenianinem.

Jeordwyn Semaris parsknął głośno. Powinien był sobie wyhodować brodę, aby skryć tę szeroką szczękę. Przez nią jego głowa wyglądała niczym klin drwala.

— Moim zdaniem powinniśmy obejść tę łąkę dookoła — mruknął. — Straciłem już dość ludzi z rąk tych przeklętych przez Światłość damane i... — Urwał, obrzucając Rochaida niespokojnym spojrzeniem.

Młody Asha’man stał na uboczu, z zaciśniętymi ustami, muskając palcem szpilkę ze Smokiem wpiętą w kołnierz kaftana. Miał taką minę, jakby się zastanawiał, czy cała rzecz była wszystkiego warta. Chłopaka nie otaczała teraz, tak jak wcześniej, aura pewności siebie, za to krzywił się ze zmartwienia.

Bashere ujął wodze Śmigłego, podszedł do Asha’mana i zawiódł go jeszcze dalej w las. Właściwie to musiał go dosłownie ciągnąć, Rochaid marszczył czoło, opierał się. Nadto był dostatecznie wysoki, by patrzeć z góry na Bashere, czym jednak ten zupełnie się nie przejmował.

— Czy następnym razem mogę liczyć na twoich ludzi? — zapytał Bashere, szarpiąc z irytacją wąsa. — Żadnej zwłoki? — Rochaid i jego towarzysze zdawali się reagować coraz wolniej, coraz bardziej opieszale, kiedy sytuacja bojowa zmuszała ich do bezpośredniego starcia z damane.

— Wiem, jakie stoją przede mną zadania, Bashere — warknął Rochaid. — Czyż nie zabiliśmy ich jeszcze dość dla ciebie? O ile się orientuję, prawie już z nimi skończyliśmy!

Bashere wolno pokiwał głową. Ale gest ten nie oznaczał, że zgadza się z ostatnimi słowami Asha’mana. Pozostało jeszcze wielu żołnierzy wroga, niemal wszędzie, jeśli dobrze poszukać. Z drugiej zaś strony naprawdę wielu tamtych oddało życie. Taktykę swego oddziału oparł na wcześniejszych badaniach taktyki i strategii, wykorzystywanych podczas Wojen z Trollokami, kiedy to siły Światłości rzadko kiedy dorównywały liczebnością zastępom wroga. Uderzyć z flanki i uciec. Uderzyć na tyły i uciec. Uderzyć i uciec, a kiedy wróg cię ściga, wycofać się na z góry upatrzone pozycje, gdzie czekają legioniści z kuszami, potem zawrócić i uderzyć znowu, nim przyjdzie czas na kolejną ucieczkę. Albo kiedy wreszcie szeregi wroga się załamią. Dzisiaj doprowadził już do załamania kolejne oddziały Tarabonian, Amadician, Altaran i tych Seanchan w ich dziwnych zbrojach. Widział dzisiaj więcej poległych wrogów niźli w jakiejkolwiek swej bitwie od czasu Krwawych Śniegów. Jednak posiadanym Asha’manom druga strona mogła przeciwstawić swoje damane. Co najmniej jedna trzecia poległych Saldaean została na kolejnych milach, które dziś pokonał. Stracił niemalże połowę swych sił, tak wynikało ze wszystkich raportów, a gdzieś tam wciąż byli kolejni Seanchanie z ich przeklętymi kobietami oraz Tarabonianie i Amadicianie, i Altaranie. Wciąż nań szli, jakby znikąd pojawiali się kolejni, gdy tylko uporał się z ostatnim oddziałem. A Asha’mani z każdą chwilą coraz bardziej się... wahali.

Wskoczył na siodło Śmigłego i wrócił do miejsca, gdzie czekał Jeordwyn z pozostałymi.

— Obejdziemy ją dookoła — zarządził, ignorując przytaknięcia Jeordwyna, podobnie zresztą jak marsy Gueyama i Amondrida. — Potroić siłę zwiadu. Mam zamiar iść tak szybko, jak się da, ale nie chcę się nadziać na jakąś damane. — Nikt się nie roześmiał.

Rochaid zgromadził wokół siebie pozostałych pięciu Asha’manów, jeden miał srebrny miecz wpięty w kołnierz, pozostali byli bez żadnych ozdób. Kiedy wyruszali w drogę tego ranka, było o dwu więcej, także bez ozdób w kołnierzach, ale przecież nie tylko Asha’mani wiedzieli, jak zabijać, damane również to umiały. Rochaid gniewnie machał rękoma, najwyraźniej kłócił się z towarzyszami. Twarz mu poczerwieniała, ich oblicza natomiast były pozbawione wyrazu, skrzepłe w biernym uporze. Bashere miał tylko nadzieję, że Rochaid zdoła powstrzymać tamtych przed dezercją. Straty dzisiejszego dnia były już wystarczająco duże, by dodawać do nich szkody, jakie tego rodzaju ludzie mogli wyrządzić, wałęsając się swobodnie po okolicy.

Padał słaby deszcz. Rand ponurym wzrokiem objął ciemne chmury gromadzące się na niebie, za którymi na dobre zaczynała już ginąć blada tarcza słońca chylącego się ku odległemu horyzontowi. Deszcz sprzed chwili można było nazwać przelotnym, jednak z pewnością zwiastował stałe opady, którym oczywiście towarzyszyć będzie gruba powłoka chmur! Z irytacją powrócił do obserwacji położonego przed nim terenu. Korona Mieczy kłuła go w skronie. Dla uwrażliwionego Mocą spojrzenia, mimo kiepskiej pogody, okolica była czytelna niczym mapa. Przynajmniej dostatecznie wyraźna. Łagodne wzgórza, niektóre pokryte gajami oliwnymi i zagajnikami, inne porośnięte tylko trawą, albo po prostu kamienie pokryte zielskiem. Zdało mu się, że na skraju karłowatego zagajnika dostrzegł jakieś poruszenie, potem znowu wśród rzędów oliwnego sadu na następnym wzgórzu, o milę odległym od tego pierwszego. Pewnie wcale mu się nie wydawało. Całe mile terenu zaścielały ciała wrogów, poległych wrogów. Doskonale zdawał sobie sprawę, że były wśród nich i martwe kobiety, jednak za wszelką cenę wystrzegał się widoku zwłok sul’dam i damane, za nic nie spojrzałby im w twarz. Większość brała to za nienawiść wobec tych, które zabiły tak wielu jego ludzi.

Tai’daishar zatańczył pod nim, dając kilka kroków po szczycie wzgórza, zanim Rand wreszcie silną dłonią i uściskiem kolan nie odzyskał nad nim kontroli. Ależ by się ośmieszył, gdyby któraś sul’dam wypatrzyła jego poruszenie. Otaczające go marne kilka drzew nie stanowiło dostatecznej osłony. Nawiedziła go odległa myśl, że nie potrafi rozpoznać żadnego gatunku. Tai’daishar zarzucił łbem. Rand wsunął Berło Smoka w juki siodła tak, że tylko rzeźbiony koniec wystawał, chcąc mieć wolne dłonie na wypadek, gdyby wałach nie miał jeszcze dosyć. Potrafił Mocą ulżyć swemu wierzchowcowi w zmęczeniu, nie istniał jednak sposób, by go zmusić tą metodą do posłuszeństwa.

Nie potrafił pojąć, jakim sposobem rumak zachował jeszcze tyle wigoru. Jego wypełniał saidin, pienił się w nim, a jednak nie potrafił się pozbyć odległego wrażenia, że zmęczone ciało pragnie tylko osunąć się bezwładnie na ziemię. Częściowo chodziło o wysiłek towarzyszący przeniesieniu takiej ilości Mocy, z jaką miał dzisiaj do czynienia. Po części zaś za wyczerpanie odpowiedzialne były dodatkowe starania mające na celu przymuszenie opornego saidina, by podporządkowywał się jego woli. Saidina zawsze trzeba było zmuszać, zdobywać, ale nigdy w takim stopniu jak dzisiaj. Na poły zaleczone, ale nigdy nie dające się uzdrowić rany w lewym boku rwały dojmującym bólem, starsza była niby świder wiercący powierzchnię Pustki, nowsza żarła ciało czystym płomieniem.

— To był wypadek, mój Lordzie Smoku — oznajmił znienacka Adley. — Przysięgam, że to był wypadek!

— Zamknij się i patrz! — skarcił go ostro Rand. Adley na moment wbił spojrzenie we własne ręce ściskające wodze, potem odgarnął kosmyk spoconych włosów z twarzy i posłusznie skinął głową.

Dzisiaj w tym miejscu kontrola nad saidinem była trudniejsza niźli kiedykolwiek, jednak skutki utraty panowania były takie same, jak w każdym innym miejscu i czasie — mogły oznaczać śmierć. Adleyowi to się właśnie zdarzyło — ludzie zginęli w nie kontrolowanych wybuchach ognia, nie tylko Amadicianie, przeciw którym był wymierzony tamten splot, ale również nieomal trzydziestka zbrojnych Ailil i prawie tyluż Anaiyelli.

1 ... 153 154 155 156 157 158 159 160 161 ... 197
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)