Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
Czterej żołnierze wyróżniający się specjalnymi insygniami przyklejonymi poliplastową taśmą do kombinezonów podeszli do sondy i zaczęli wypakowywać przyniesiony sprzęt. Dwóch wspięło się na rusztowanie, przegoniło fraa, który zakradł się do wnętrza kapsuły, i zaczęło zbierać próbki i robić fototypy.
W pierwszej kolejności zajęli się sondą. Porozumiewali się między sobą bez przeszkód dzięki wbudowanym w kombinezony odbiornikom radiowym, nie słyszeli nas jednak i nie bardzo mogli z nami rozmawiać; kiedy już się odzywali, to tylko po to, żeby przegonić nas z miejsca na miejsce, a kiedy słuchali, okazywali nam coś znacznie gorszego od zwykłego sceptycyzmu — nieufność, tak jakby oficerowie ostrzegli ich, że deklaranci będą próbowali rzucać na nich czary. Ci, którzy weszli do sondy, mogli dostrzec ślady czerwonej cieczy, które jednak wcale nie rzucały się w oczy: kapsuła była zagracona, światło słabe, a fotele przeciwprzeciążeniowe obite ciemnym materiałem, na którym plamy stawały się słabo widoczne; przeszklone osłony twarzy nieustannie zaparowywały, grube rękawice uniemożliwiały namacanie lepkiej wilgoci, a filtr powietrza skutecznie usuwał zapachy. Stojąc przy kapsule i oswajając się z obejmującą mi szyję obrożą, zdałem sobie sprawę, że może minąć sporo czasu, zanim żołnierze zorientują się, że statkiem podróżował Geometra, który teraz leży martwy w odległości stu stóp od nich. Miliard ludzi oglądających w Retikulum transmisję Sammanna już o tym wiedziało; żołnierze — odizolowani od świata w swojej własnej retikuli — nie mieli o tym pojęcia. Sammann, Orolo, Cord i ja wymienialiśmy coraz bardziej zdumione i rozbawione spojrzenia.
Yul dostarczył nam wszystkim chwilowej rozrywki. Najpierw pogonił żołnierza, który chciał mu założyć obrożę, a następnie, kiedy go otoczyli i wzięli na cel, wynegocjował, że sam się w nią zakuje. Kiedy jednak to zrobił, a żołnierze dali mu spokój i sobie poszli, natychmiast ściągnął ją z powrotem. Miał gruby kark i wąską czaszkę; obroża otarła mu skórę i naderwała uszy, ale zeszła. Uspokojony i zadowolony z siebie, nałożył ją z powrotem.
Jeden z oficerów zwrócił w końcu uwagę na gromadkę niezaobrożowanych deklarantów otaczających aport Gnela i wysłał do nich paru swoich ludzi. Ponieważ wyglądało na to, że mamy pełną swobodę ruchu, dopóki nie próbujemy uciekać ani przeszkadzać żołnierzom, poszedłem za nimi w pewnej odległości, którą, miałem nadzieję, uznaliby za dostatecznie uprzejmą.
Deklarantów w obrożach spędzano stopniowo na schody świątyni. Żołnierze tyralierą przeczesywali teglon i zgięci wpół zbierali odłamki kafelków i inne śmieci, mogące pofrunąć w powietrze, kiedy na placu zaczną lądować wojskowe maszyny. Duże aeroplany, zdolne do pionowego startu i lądowania, wisiały nam nad głowami, czekając na oczyszczenie lądowiska. Domyślałem się, że zamierzają zabrać nas z Oritheny i wywieźć do jakiegoś miejsca odosobnienia. Doszedłem do wniosku, że im dłużej nie dam się zapędzić na pokład żadnego z nich, tym lepiej.
Dowódca oddziału w ogóle nie zainteresował się tym, co przykuło uwagę pół tuzina deklarantów: kazał im po prostu odsunąć się od aportu i ustawić w szeregu, żeby wygodniej nakładało się im obroże. Zaskoczeni deklaranci posłusznie się podporządkowali. Dopiero kiedy któryś z żołnierzy obszedł aport dookoła w poszukiwaniu maruderów, na widok zwłok zamarł, sięgnął po broń (czym zwrócił uwagę pozostałych członków oddziału), ale po chwili odprężył się i z powrotem odwiesił broń na ramię. Powoli zbliżył się do pojazdu. Jego postawa i sposób poruszania się zdradzały, że naradza się przez radio z dowódcą. Stałem dostatecznie blisko, żeby usłyszeć, jak dowódca zwraca się do suur Malthy (która musiała być lekarzem, skoro była cała zakrwawiona):
— Macie rannego?
— Tak.
— Potrzebny wam…
— Ona nie żyje. Nie potrzebujemy lekarza — odparła suur Maltha ostro, z nutą sarkazmu w głosie, tak samo jak ja zaskoczona, że żołnierze nic nie wiedzą!
Gdyby nas zapytali, powiedzielibyśmy im; nie potrafilibyśmy utrzymać języka za zębami. Ale nie zapytali. Nie interesowała ich nasza wiedza i nasza opinia, dlatego wszyscy zareagowaliśmy zgodnym A idźcie wy sobie do diabła!
Żołnierze zaczęli odpinać kolejne obroże od bandolierów i zakładać je na szyje Malcie i jej pomocnikom, ale w połowie przerwali, przykładając dłonie do hełmów, jakby nasłuchiwali. Rozejrzałem się po placu: wielu żołnierzy zachowało się w ten sam sposób. Domyśliłem się, że sprawa się wydała: jakiś generał siedzący w swoim gabinecie tysiące mil od Ecby obejrzał cywilną transmisję z wyspy i właśnie darł się do mikrofonu, że na skrzyni aportu leży nieżywy obcy. Spodziewałem się, że za chwilę wszyscy spojrzą w naszą stronę i zbiegną się do pojazdu.
Nic takiego się nie stało. Żołnierze jak jeden mąż spojrzeli do góry.
Coś się stało.
Unoszące się nad nami aeroplany też się zorientowały: silniki weszły na wyższe obroty, reflektory łukiem omiotły okolicę, maszyny rozproszyły się i wzbiły wyżej.
Żołnierze przy aporcie zbili się w grupę, ale nadal popatrywali w niebo.
— Ej! — powiedziałem. — Ej, spójrz na mnie! — W końcu udało mi się zmusić dowódcę, żeby się do mnie odwrócił. — Powiedzcie coś! — krzyknąłem. — Nic nie słyszymy! Nie wiemy, co się dzieje!
— …brbldlmlmmrghm EWAKUACJA! — powiedział.
Ganelialowi Crade’owi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać: wskoczył do szoferki aportu i uruchomił silnik. Suur Maltha i jedna z asystentek zajęły miejsca na skrzyni, obok „rannego”. Postanowiłem na wszelki wypadek cofnąć się jeszcze do kapsuły i sprawdzić, czy i tam do moich przyjaciół dotarła ta sama informacja; zamierzałem także ponaglić Orola, gdyby próbował się ociągać. Żołnierze wymachiwali rękami, zaganiając deklarantów do podnóża rampy. Aport Gnela przemieszczał się w tym samym kierunku wolniej od piechura, od czasu do czasu przystając i zbierając jeszcze wolniejszych deklarantów. Yul w swoim pojeździe postępował podobnie; ulżyło mi, kiedy obok niego na przednim fotelu zobaczyłem Cord. Na rampie roiło się od pieszych, więc pojazdy i tak były zmuszone poruszać się w tempie najwolniejszego z nich.
Czyli wcale nie tak wolno, bo żołnierze próbowali ich zmusić do biegu.
— Ruchy! — pokrzykiwał ktoś. — Pospieszcie się!
Oficer zerwał z głowy hełm — Do diabła z infekcją! — i zaczął krzyczeć przez megafon:
— Kto da radę biec, niech biegnie! Kto nie ma siły, na ciężarówkę!
Zamykałem tyły razem z Sammannem i Orolem. Potruchtaliśmy w stronę rampy. Spojrzałem pytająco na Sammanna.
— Myślisz, że leci tu coś jeszcze?
— Od wystrzelenia sondy minęło dość czasu, żeby statek zdążył okrążyć planetę. Jeżeli Geometrzy postanowili nam coś podrzucić przy następnej okazji, lada chwila możemy się spodziewać nowej przesyłki.
— Podrzucić coś… — powtórzyłem.
— Widzieliście, co spotkało tę biedaczkę! — wtrącił Orolo. — W dwudziestościanie wybuchło powstanie… może nawet wojna! Ścierają się dwie frakcje: jedna, która chce się wymieniać z nami informacjami, i druga, która jest gotowa zabijać, żeby do tego nie dopuścić.