Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Ścieżka Sztyletów
Ścieżka Sztyletów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ścieżka Sztyletów

Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:

Ścieżka Sztyletów
1 ... 150 151 152 153 154 155 156 157 158 ... 197
Перейти на страницу:

Prócz licznych podoficerów, gotowych w każdej chwili dostarczyć żądaną mapę lub skopiować rozkazy, oraz posłańców czekających na te ostatnie, podczas jazdy towarzyszyli mu tylko Abaldar Yulan — mężczyzna postury tak nikłej, że nawet zupełnie przeciętny wałach zdawał się pod nim wielki, a jednak zapalczywy, z paznokciami małych palców obu dłoni pomalowanymi na zielono, w czarnej peruce maskującej łysinę — i Lisaine Jarath, siwowłosa kobieta z samego Seandar, której blada okrągła twarz i niebieskie oczy stanowiły wręcz modelowy wizerunek niewzruszonego spokoju. Yulan natomiast nie był spokojny — czarny niczym węgiel Kapitan Sił Powietrznych Miraja często krzywił się na rozkazy, które prawie nie pozwalały mu ująć w dłonie wodzy rakena, jednak jego dzisiejszy grymas aż tchnął niezadowoleniem sięgającym głębi istoty. Niebo było bezchmurne, doskonałe dla latających stworzeń, jednak z rozkazu samej Suroth żaden z jego awiatorów nie miał znaleźć się w siodle, nie wspomogą dzisiejszego boju. Hailene towarzyszyło zbyt mało rakenów, aby niepotrzebnie nimi szafować. Jednak to spokój Lisaine znacznie bardziej martwił Miraja. Była dlań kimś znacznie więcej niźli tylko przełożoną znajdujących się pod jego dowództwem der’sul’dam, byłą przyjaciółką, z którą niezliczoną ilość razy dzielił filiżankę kaf i planszę do gry w kamienie. Kobieta przepełniona energią, pełna entuzjazmu i humoru. A teraz była lodowato spokojna i równie milcząca jak każda z sul’dam, które wcześniej próbował przesłuchać.

W zasięgu wzroku miał dwadzieścia damane, idących po obu flankach konnych, każda w ślad za wierzchowcem swojej sul’dam. Sul’dam stale pochylały się w siodłach, by głaskać damane po głowach, potem się prostowały, by już za moment natychmiast nachylić się i uspokajać je znowu. W jego oczach damane wyglądały na stosunkowo spokojne i zdecydowane, jednak widok sul’dam z pewnością świadczył, że te znajdowały się na skraju załamania. A porywcza zazwyczaj Lisaine jechała obok niego w grobowym milczeniu.

Przed nimi pojawił się torm i pomknął wzdłuż kolumny. Mijał ją szerokim łukiem, właściwie przemykając skrajem zagajników, jednak konie rżały i tańczyły nerwowo na widok brązowołuskiego stwora. Dobrze ułożony torm nigdy nie zaatakowałby koni — przynajmniej póki nie ogarnąłby go bez reszty szał zabijania, powód, dla którego tormy nie najlepiej spisywały się w bitwach — jednak konie wyćwiczone, by zachować spokój w obecności torma, stanowiły równą rzadkość jak same bestie.

Miraj wysłał chudego podporucznika o imieniu Varek, aby odebrał raport zwiadowcy od morat’torm. Tamten musiał pójść pieszo, ale oby Światłość spaliła tego, kto pozwolił sobie na stratę własnego sei’taer. Nie będzie tracił czasu, czekając, aż Varek opanuje zdobytego gdzieś na tych ziemiach konia. Podporucznik wrócił szybciej jeszcze, niż się pierwej oddalił, potem ukłonił się zdecydowanie i przystąpił do raportu, zanim jeszcze na dobre się wyprostował.

— Wróg znajduje się mniej niż pięć mil na wschód, mój lordzie Kapitanie-Generale, maszeruje w naszym kierunku. Pięcioma kolumnami, które dzieli odległość mili.

Tyle, jeśli chodzi o szczęście. Miraj jednak, zamiast biadać nad losem, zaczął się natychmiast zastanawiać, w jaki sposób zaatakować czterdzieści tysięcy żołnierzy, sam dysponując jedynie pięcioma oraz pięćdziesięcioma damane. I już wkrótce ludzie galopowali, wioząc rozkazy mające przygotować wojsko do odparcia spodziewanego okrążenia, toteż nie minęło wiele czasu, gdy regimenty zaczęły zajmować pozycje w zagajnikach, wraz z nimi sul’dam i ich damane.

Osłoniwszy się płaszczem przed niespodzianym podmuchem zimnego wiatru, Miraj dostrzegł w tej samej chwili coś, co przejęło go jeszcze większym chłodem. Lisaine również obserwowała sul’dam znikające wśród drzew. A na jej czoło wystąpiły grube krople potu.

Bertome jechał w swobodnej postawie, pozwalając, by boczny wiatr powiewał połami jego płaszcza, jednak zalesiony teren przed sobą obserwował z czujnością, której bynajmniej nie starał się skrywać. Z czterech rodaków za swoimi plecami jedynie Doressin miał autentyczną wprawę w Grze Domów. Ten durny taireński pies, Weiramon, był, rzecz jasna, zupełnie ślepy. Bertome zerknął na wyprostowane plecy człowieka, którego miał za całkowitego bufona. Weiramon mocno wyprzedzał pozostałych, pogrążony w rozmowie z Gedwynem, a jeśli Bertome potrzebował dodatkowego dowodu na to, że Tairenianin będzie śmiał się z tego, na czego widok kozę by zemdliło, to mógł ów dowód znaleźć w owej kurtuazji, z jaką tamten odnosił się do młodego, płomiennokiego potwora. Zauważył, że Kiril przygląda mu się z ukosa, więc ściągnął wodze swego siwka, oddalając go od wielkoluda. Nie żywił szczególnej wrogości do Illianina, ale nienawidził, gdy ludzie patrzyli nań z góry. Nie mógł się już doczekać powrotu do Cairhien, bo tam nie będzie musiał przebywać w otoczeniu niezgrabnych gigantów. Kiril Drapeneos, mimo że taki przerośnięty, z pewnością nie był ślepy. On również wysłał naprzód kilkunastu zwiadowców. Weiramon zadowolił się jednym.

— Doressin — powiedział cicho Bertome, a po chwili dodał głośniej: — Doressin, ty tępaku!

Kościsty mężczyzna wzdrygnął się. Podobnie jak Bertome i cała pozostała trójka, wygolił wysoko i przypudrował czoło; ostatnimi czasy styl nawiązujący do wyglądu żołnierzy stawał się coraz bardziej modny. Doressin na zaczepkę powinien był odpowiedzieć, wyzywając go od ropuchy, jak to czynił od czasów chłopięcych, a jednak tylko podjechał bliżej i nachylił się ku Bertome. Był najwyraźniej zdenerwowany i nie ukrywał tego, jego czoło cięły głębokie zmarszczki.

— Zdajesz sobie sprawę, że Lord Smok postanowił nas poświęcić? — wyszeptał, zerkając na pełznącą za nimi kolumnę. — Krew i ogień, przecież tylko wykonywałem rozkazy Colavaere... Niemniej od chwili gdy on ją zabił, powinienem wiedzieć, że też już jestem trupem.

Przez chwilę Bertome przypatrywał się kolumnie zbrojnych podążającej wśród łagodnych wzgórz. Tu drzewa rosły znacznie rzadziej, wciąż jednak było ich dość, by umożliwić nieprzyjacielowi atak z zaskoczenia. Ostatni z oliwnych gajów zostawili już jakąś milę za sobą. Ludzie Weiramona jechali rzecz jasna ławą, w tych swoich idiotycznych kaftanach z marszczonymi rękawami w białe pasy, ich śladem postępowali Illianie Kirila w zieleniach i czerwieniach dostatecznie jaskrawych, że zawstydziłyby Druciarza. Jego żołnierze włożyli pod napierśniki dyskretne granaty i dzięki temu wciąż nie było ich widać, mimo iż zajmowali pozycję obok Doressina i pozostałych, wyprzedzając tylko kompanię Legionistów. Weiramon zdawał się zdziwiony, że piechota dotrzymuje kroku konnym, choć przecież nie narzucił wcale ostrego tempa.

Tak naprawdę Bertome wcale nie patrzył na zbrojnych. Z tyłu, nawet za ludźmi Weiramona jechało siedmiu konnych, siedmiu mężczyzn w czarnych kaftanach, o twardych obliczach i zimnych niczym śmierć spojrzeniach. Jeden wpiął w kołnierz szpilkę w kształcie srebrnego miecza.

— Byłby to dosyć wyszukany sposób na realizację takiego zamierzenia — sucho poinformował Doressina. — I wątpię, by al’Thor wysyłał z nami tych ludzi, gdybyśmy mieli trafić prosto w otwór maszynki do mielenia mięsa. — Wciąż marszcząc czoło, Doressin otworzył już usta, ale Bertome wszedł mu w słowo: — Muszę porozmawiać z Tairenianami. — Nie lubił, kiedy towarzysz dzieciństwa zachowywał się w ten sposób. Al’Thor sprawił, że zupełnie się rozkleił.

1 ... 150 151 152 153 154 155 156 157 158 ... 197
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)