Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
— Nie wiem, jak to się skończy, ale cieszę się, że przyjechałem tu z tobą.
Zanim zdążyłem mu powiedzieć, że i ja cieszę się z jego towarzystwa, wysiadł i skierował się w stronę Cord.
Ciepło bijące od rozżarzonej podstawy kapsuły nie pozwalało do niej podejść. Yul wrócił do aportu po metalizowane koce ratunkowe. Cord, Orolo i ja owinęliśmy się nimi jak zawojami, a ponieważ kapsuła wznosiła się wysoko ponad naszymi głowami, poprosiliśmy o przyniesienie drabin.
Wcześniej trudno mi było oszacować rozmiary statku, dopiero teraz znalazłem porzucony przez archeologów przymiar i stwierdziłem, że pojazd Geometrów ma około dwudziestu stóp średnicy. Nie miałem nic do pisania, więc korzystając z tego, że Sammann na bieżąco rejestrował wszystko swoim piszczkiem (przełączył go w tryb pracy szpilołapu), podałem mu wymiary.
Nadleciał helikopter; wyraźnie słyszeliśmy go przez płócienny dach. Zatoczył kilka kółek na niskim pułapie, marszcząc płachtę podmuchem powietrza spod wirnika, po czym wycofał się wyżej i zawisł nieruchomo. Spadochron uniemożliwiał mu lądowanie w wykopie, a cały teren intramuros był zabudowany lub uprawiany. Musiałby wylądować na zewnątrz, a jego załodze nie pozostałoby nic innego, jak albo zapukać do bramy, albo wspiąć się na mur.
Na parę minut mieliśmy ich z głowy, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że czasu jest rozpaczliwie mało. Nagle podsunięto nam tuzin drabin jednocześnie: były różnej wielkości, pozbijane z ręcznie obrobionego drewna. Oritheńczycy zaczęli z nich budować rusztowanie po tej stronie sondy, z której, jak nam się wydawało, znajdował się właz. Cord pierwsza wdrapała się na górę i stanęła na poziomo ułożonej drabinie. Byłem z niej dumny. Wszystko to wyglądało przecież oszałamiająco — i może nawet Cord była trochę oszołomiona, ale przecież miała do czynienia z maszyną i mogła ją rozgryźć. Dopóki umiała się na tym skupić, nic innego się nie liczyło.
— Mów do nas! — zawołał do niej Sammann. Wpatrzony w wyświetlacz piszczka, kadrował ujęcie.
— Mam tu właz ze zdejmowaną pokrywą — zaczęła Cord. — Ma kształt trapezu, rogi lekko zaokrąglone… Dwie stopy szerokości na dole, półtorej u góry. Cztery stopy wysokości. Uformowany zgodnie z krzywizną kadłuba.
Cały czas tańczyła pociesznie na rusztowaniu, które w tym czasie powstawało: stanęła na dwóch szczeblach drabiny, ale potem okazało się, że ta drabina się rusza. Ciało Cord rzucało ruchliwe cienie na kadłub i utrudniało jej oględziny, wyjęła więc z kieszeni latarkę czołową, włączyła ją i oświetliła osmolony kadłub sondy.
— Możemy się umówić, że to są po prostu drzwi? — zapytał Sammann.
— Pewnie. Dookoła jest napis zrobiony od szablonu, alfabetem Geometrów. Znaki mają około cala wysokości.
— Od szablonu? — powtórzył Sammann.
— Tak.
Cord założyła latarkę na głowę. Teraz miała już wolne ręce.
— Ale jak to: od szablonu?
— Normalnie. Wzięli kawałek papieru, wycięli w nim litery, przyłożyli go do metalu i posmarowali farbą.
Usłyszałem powtarzający się metaliczny stukot: to Cord przykładała magnes w różnych punktach dookoła drzwi.
— Ani grama ferromagnetyku — powiedziała.
Coś zgrzytnęło.
— Nie mogę zarysować powierzchni stalowym nożem — zameldowała Cord. — To może być jakiś hartowany stop nierdzewny.
— To fascynujące! — zawołał Orolo. — Dasz radę to otworzyć?
— Podejrzewam, że ten napis to właśnie instrukcja otwierania. Powtarza się cztery razy dookoła drzwi. Za każdym razem linia od napisu prowadzi do…
— Strzałka? — zainteresował się ktoś.
Inni, stojący w miejscu, skąd było więcej widać, nie mieli takich wątpliwości:
— Tak! To strzałki!
— Nie wyglądają jak nasze strzałki — uprzedziła Cord. — Ale może Geometrzy inaczej je malują. Prowadzą do takich płytek wielkości dłoni. Płytki są przymocowane do kadłuba śrubami ze stożkowym łbem, po cztery na płytkę. Nie mam dobrego narzędzia, żeby je odkręcić, ale mogę od biedy użyć klucza imbusowego.
— Skąd wiesz, że to śruby? — zapytał ktoś. — Nic nie wiemy ani o tych obcych, ani o ich praksis!
— To oczywiste! Widzę, jak zostały rozjechane, kiedy mechanik, który je przykręcał, użył za dużej siły. Poza tym są radełkowane, żeby taki obcy mógł je wkręcić swoimi obcymi palcami. Pozostaje tylko jedno pytanie: zgodnie z ruchem wskazówek zegara czy przeciwnie?
Cord wsunęła klucz w śrubę, dobiła go nasadą dłoni i naparła nań mocno. Stęknęła z wysiłku.
— Przeciwnie — powiedziała.
Nie wiedzieć czemu, deklaranci odpowiedzieli jej wiwatami.
— Geometrzy są praworęczni! — zawołał któryś i wszyscy wybuchnęli śmiechem.
Cord wykręcała śruby i chowała je do kieszeni, aż w końcu płytka odpadła, przeleciała przez rusztowanie i zaklekotała o kamienną nawierzchnię placu. Ktoś wziął ją do ręki z nabożną czcią, jak stronicę świętej księgi.
— Pod płytką jest zagłębienie z uchwytem — poinformowała nas Cord. — Ale zanim się nim zajmę, zdejmę pozostałe trzy płytki.
— Po co? — zapytał ktoś.
Typowy kłótliwy deklarant, pomyślałem.
Cord zabrała się już do następnej płytki, ale wyjaśniła cierpliwie:
— Kiedy przykręcasz koło do mobu, dociskasz śruby po trochu, kolejno, żeby napięcie równo się rozkładało. Tutaj robię coś podobnego.
— A jeśli jest różnica ciśnień? — zagadnął Orolo.
— To tym bardziej nie powinnam się spieszyć. Nie chcemy chyba, żeby fruwające drzwi rozsmarowały kogoś na papkę. A właśnie, skoro o tym mowa…
Cord spojrzała w dół, na zebrany wokół sondy tłum. Yul pierwszy zrozumiał, o co jej chodzi. Przyłożył stulone dłonie do ust i zawołał:
— COFNĄĆ SIĘ! Wszyscy! Odsunąć się od włazu! Sto stóp do tyłu! ALE JUŻ!
Jego głos zabrzmiał zdumiewająco donośnie i władczo. Ludzie posłusznie odsunęli się do miejsca, gdzie stał aport Gnela.
Przez ten czas nad Orithenę nadleciało więcej aeroplanów, i to co najmniej dwóch, jeśli nie trzech różnych typów. Słyszeliśmy, jak lądują za murami. Rozeszła się wieść, że na drodze przy kramie z pamiątkami gromadzą się żołnierze.
— Sammann? — Coś mi przyszło do głowy. — Czy ty to transmitujesz przez Retikulum?
— Uśmiechnij się — odparł. — Miliard ludzi właśnie się z ciebie śmieje.
Starałem się nie myśleć o żołnierzach i miliardzie ludzi.
Sonda zasyczała. Cord odskoczyła, niewiele brakowało, żeby spadła z rusztowania, ale syk gasł asymptotycznie i po paru sekundach zrobiło się cicho.
— Jednym ze skutków pociągnięcia za uchwyt jest otwarcie zaworu i wyrównanie ciśnienia — poinformowała nas.
— Powietrze zostało wydmuchnięte czy zassane? — spytał Orolo.
— Zassane. — Cord odciągnęła trzy pozostałe uchwyty. — Uwaga… Leci!
Drzwi oddzieliły się od kadłuba i odbiły od drabiny, na której stała.
Yul złapał je w locie i położył na ziemi. Wszyscy śledziliśmy je wzrokiem, a potem jak jeden mąż spojrzeliśmy na Cord, która z rękami na biodrach i jedną nogą odstawioną w bok zaglądała do wnętrza kapsuły, przyświecając sobie latarką.
— Co tam jest? — zapytał ktoś w końcu.
— Nieżywa dziewczyna. Z pudełkiem na kolanach.
— Człowiek czy…?
— Prawie. Ale nie z Arbre.
Przykucnęła, szykując się do wejścia, gdy nagle rusztowanie ugięło się, zachybotało sprężyście i wyprostowało: to Yul wskoczył do niej na górę. Nie mógł pozwolić na to, żeby jego dziewczyna wchodziła na pokład statku kosmicznego, dopóki on nie sprawdzi, że nie ma na nim potworów. Rusztowanie, przeznaczone dla jednej osoby, osiągnęło górną granicę wytrzymałości: dopóki większość miejsca na górze zajmował podekscytowany Yulassetar Crade, inni nie mieli po co się tam pchać. Cord, nieco urażona, nie zrobiła mu miejsca obok siebie, Yul musiał więc przyklęknąć i zajrzeć do wnętrza pojazdu na wysokości jej ud. Ich zachowanie wydało mi się pochopne, ryzykowne i absolutnie niewłaściwe w odniesieniu do takiego bezcennego skarbu teorycznego. W innych okolicznościach deklaranci wspięliby się na rusztowanie i powstrzymali Yula; nikt by niczego nie dotknął, dopóki kapsuła nie zostałaby pomierzona, obfototypowana, zbadana i przeanalizowana. Jednakże odgłosy krążących nad matemem aeroplanów tudzież inne dobiegające z zewnątrz dźwięki nie wprawiały nas w teoryczny nastrój.