Honor ponad wszystko [Echoes of Honor - pl]
- Автор: Вебер Дэвид Марк
- Год: 2003
- Язык: польский
- Год: REBIS
- ISBN: 83-7301-389-X
- Переводчик: Jaroslaw Kotarski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Honor ponad wszystko [Echoes of Honor - pl]». Краткое содержание книги:
Tymczasem na Hadesie, planecie więziennej, Honor leczy rany odniesione w trakcie ucieczki. O tym, że przeżyła, wiedzą jedynie dwie osoby. Dzięki pomocy więźniów Harrington opanowuje planetę i obiecuje zabrać ich ze sobą. Jest tylko jeden problem — uwięzionych jest prawie czterysta tysięcy, a ona ma zwyczaj dotrzymywać słowa.
Skinęła wolno głową i powiedziała poważnie:
— Doskonale, Warner. Oczywiście, że ci pozwolę. Po czym spojrzała na Harknessa i spytała:
— Bosmanmacie, czy to elektroniczne cudo zdoła ubrać komandora Casleta w uniform UB na użytek łączności z Krashnarkiem?
— W każdej jednej minucie, ma’am — potwierdził z szerokim uśmiechem Harkness.
— W takim razie bierzcie się obaj do roboty — poleciła, pokazując Casletowi fotel przy głównej konsoli łączności. — Warner, nie muszę chyba pytać, czy pamiętasz procedury?
Rozdział XLI
Caslet zrobił co do niego należało wręcz idealnie.
Nikt na pokładzie nadlatującego okrętu niczego nie podejrzewał. Bo nie było ku temu najmniejszego powodu. W końcu jakie zagrożenie mogło istnieć w najbezpieczniejszym więzieniu Urzędu Bezpieczeństwa będącym równocześnie jego prywatną tajną bazą. Obrona systemu i orbitalna były nienaruszone, więc nikt nie próbował ataku, wszystkie procedury łączności były w idealnym porządku, co potwierdzały komputery pokładowe, i towarzyszyły im stosowne kody. A po jednostce kurierskiej towarzysza komandora porucznika Proxmire’a nie został żaden ślad.
I dlatego Krashnark posłusznie wykonywał wszystkie polecenia Casleta, które zresztą także były bez zarzutu. Okręt przeleciał podanym korytarzem przez pola minowe wyłączone na czas jego lotu przez operatorów centrum ogniowego i zajął wyznaczoną orbitę parkingową. A potem grzecznie czekał na trzy promy wysłane po jeńców, których przywiózł. Wszystko zgodnie z regulaminem.
Towarzysz sierżant Maxwell Riogetti z sił porządkowych Urzędu Bezpieczeństwa stał na galerii pokładu hangarowego tyłem do wylotu korytarzy nań prowadzących, trzymając oburącz strzelbę systemu flechette i obserwując podejrzliwie jeńców z Królewskiej Marynarki. Tak naprawdę nie wszyscy byli z RMN — sporo należało do floty kalifatu czy Alizon, a ze trzydziestu do Marynarki Graysona. Było nawet paru z Floty Erewhon — ci mieli pecha służyć na okrętach Royal Manticoran Navy stacjonujących w systemie Zanzibar. Ale dla niego wszyscy byli z szeregów najgorszego wroga. I miał szczerą nadzieję, że wszyscy srają w gacie na myśl o tym, co ich czeka w Piekle.
A jak nie srali, to zaczną, gdy się za nich zabierze towarzysz brygadier Tresca — tego był pewien, znając reputację nadzorcy więziennej planety.
Uśmiechnął się z zadowoleniem — co cholerni burżuje, plutokraci i imperialiści z Manticore i ich sługusy nie dość, że nakradli to, co się ludowi słusznie należało, to jeszcze bezczelni byli, że ludzkie pojęcie przechodziło. Jakby się uparli udowodnić, że rzeczywiście są dokładnie takimi wrogami ludu, jak zawsze mówiła towarzyszka sekretarz Ransom.
Na jej wspomnienie towarzysz sierżant przestał się uśmiechać. Żeby taka bohaterka i działaczka musiała umrzeć, pech i tyle. Bohatersko zginęła, a niby jak miał ktoś taki zginąć, ale brak jej było. Ludziom brakowało jej wystąpień, tak porywających, a przecież niezwykle prostych i jasnych. A i Komitet jakby nie ten sam się zrobił… Nie żeby miał coś do towarzysza sekretarza Boardmana: dobry towarzysz, stara się, ale kudy mu tam do towarzyszki Ransom. Tyle że towarzysz Boardman chociaż wiedział, jak groźne są takie sługusy burżujów jak te tu, co ich właśnie pilnował. Te swołocze nawet wdzięczni nie byli towarzyszowi admirałowi Giscardowi ani towarzyszowi Tourville’owi za uratowanie życia! Uważali, że zbieranie kapsuł ratunkowych to obowiązek zwycięzcy! Że im się to należy, mimo że sami zostawiali kapsuły Ludowej Marynarki po każdej bitwie. Albo używali ich do ćwiczeń obrony antyrakietowej! Sama towarzyszka Ransom o tym mówiła!
Towarzysz sierżant Riogetti poczuł, że go wściekłość ogarnia, i z dużym wysiłkiem zdjął palec z cyngla. Ciężko było, bo człowiek miał ochotę przełączyć na ogień ciągły i grzać po tych zakłamańcach, zaprzańcach i wrogach walki klasowej, póki by amunicji starczyło.
Ale nie było rozkazu, więc nie mógł, choć dusza się rwała!
A powinien dostać taki rozkaz. Niektórzy, nawet towarzysze z Urzędu Bezpieczeństwa, wierzyli w kłamliwe zapewnienia wrogiej propagandy, że Królewska Marynarka zawsze ratuje niedobitków ze zniszczonych okrętów. On nie dał się zwieść burżuazyjnym kłamstwom — prawdę mówiła informacja publiczna, i to wystarczająco często, by nie ulegało to wątpliwości. A niedowiarkom puszczano nawet zapisy sensorów pokładowych pokazujące, jak okręty RMN strzelają do kapsuł ratunkowych. To były niepodważalne dowody i nie trzeba było rewolucyjnej czujności i wyrobienia, żeby…
Dźwięk alarmu łodziowego przerwał mu rozmyślania.
Odwrócił głowę i spojrzał przez okno z armoplastu, akurat gdy trzy promy z obozu Charon równo i precyzyjnie przyziemiły na wyznaczonych stanowiskach. Towarzysza sierżanta rozparła duma na ten widok — oto jak towarzysze piloci potrafią latać: w dziesięć sekund wszystkie promy znieruchomiały w uścisku mechanicznych cum!
W ciągu następnych paru sekund uszczelniono wyloty korytarzy dociągnięte do śluz promów i nad wyjściami zapłonęły zielone światła oznaczające wyrównanie ciśnień i zgodę na opuszczenie promu.
Towarzyszowi sierżantowi Riogettiemu nawet nie przyszło do głowy pytanie, dlaczego pilotom z więziennej planety chciało się zadać sobie trud tak precyzyjnej koordynacji. Pytanie to nie zaświtało mu także, gdy zobaczył postacie równocześnie opuszczające trzy śluzy trzech promów. Był bowiem za bardzo zajęty gapieniem się z rozdziawioną gębą i wytrzeszczem w oczach na najbliższą, ubraną w zasilaną zbroję.
Nie był zaniepokojony, tylko ogłupiony, gdyż zbroje miały emblematy Urzędu Bezpieczeństwa i godła jednostki stacjonującej w Piekle. No i ubrani w nie ludzie przybyli na pokładach promów należących do UB zapowiedzianych przez kontrolę lotów i przyjętych przez dyżurną obsadę mostka Krashnarka. Czyli istniało jak najbardziej sensowne wyjaśnienie, choć on sam za nic nie byłby w stanie znaleźć powodu, dla którego strażnicy przybywający po bandę nie uzbrojonych jeńców musieli ubierać się w pełne bojowe zbroje.
Z każdego promu wysiadło ośmiu lub dziewięciu opancerzonych funkcjonariuszy, zanim towarzysz porucznik Ericson pełniący służbę jako oficer wachtowy pokładu hangarowego otrząsnął się z szoku na tyle, by zareagować.
— Zaraz! Moment! — wrzasnął rozpaczliwie do mikrofonu pokładowego systemu łączności. — Co tu się wyprawia?! Nikt mnie o niczym nie uprzedzał! A tak w ogóle to kto wami, do cholery, dowodzi?
— Ja — zadudnił głos z głośnika jednej ze zbroi.
I przed szereg pancernych postaci wystąpiła jedna.
— Co za „ja”, do kurwy nędzy?! — zawył Ericson, wyskakując zza swej konsoli.
Ten, który się odezwał, był wyjątkowo wysoki, co dopiero w tym momencie dotarło tak do towarzysza porucznika, jak i do towarzysza sierżanta. Podobnie jak pozostali uzbrojony był jednak tylko w strzelbę systemu flechette. To akurat miało sens, bo jako broń antyrozruchowa była ona doskonała, za to znacznie trudniej było zniszczyć strzałem z niej jakiś cenny sprzęt czy przebić burtę promu.
Olbrzym odwrócił się, pochylił i przyjrzał mu się przez przyciemniony wizjer skafandra. Do tego momentu około pół setki postaci w pancerzach dotarło na galerię i stanęło półkolem za nim.
— Odpowiadając dokładniej na pańskie pytanie, poruczniku — odezwał się olbrzym. — Ja to chorąży Carson Clinkscales z Marynarki Graysona. A ten okręt już nie znajduje się pod rozkazami Urzędu Bezpieczeństwa.