Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Ścieżka Sztyletów
Ścieżka Sztyletów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ścieżka Sztyletów

Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:

Ścieżka Sztyletów
1 ... 149 150 151 152 153 154 155 156 157 ... 197
Перейти на страницу:

Dashiva nie wykonał najdrobniejszego gestu, który świadczyłby, że zamierza zastosować się do rozkazu. Zamiast tego gniewnie otworzył usta, a potem zamknął je zdecydowanie. Trzęsąc się niepowstrzymanie, wciągnął głęboki oddech.

— Wiem doskonale, od jak dawna przenosisz — powiedział lodowatym, omalże pogardliwym tonem — z pewnością jednak nawet ty jesteś w stanie to wyczuć. Zastanów się, człowieku! Nie podoba mi się, gdy saidin zachowuje się w sposób, który można określić jedynie słowem „dziwny”, nie chcę też umrzeć ani... wypalić się, tylko dlatego, że ty jesteś ślepy! Przyjrzyj się moim osłonom! Przyjrzyj się!

Rand przyjrzał się. Dashiva przystępujący do zdecydowanych działań stanowił już i tak osobliwy widok, ale Dashiva ulegający nastrojom? A potem naprawdę skoncentrował się na osłonie. Strumienie powinny być mocno osadzone, zupełnie jak nitki w ciasno utkanym płótnie. A tymczasem drżały. Osłona była równie solidna, tak jak powinna być, a jednak pojedyncze wątki Mocy leciutko migotały od słabej wibracji. Morr twierdził, że saidin zachowywał się dziwnie pod Ebou Dar, jak również w promieniu stu mil od miasta. Teraz znajdowali się już zdecydowanie wewnątrz tak zakreślonego obszaru.

Rand wczuł się we wrażenia niesione przez saidina. Zawsze świadom był przepływów Mocy — gdyby sobie pozwolił na nieuwagę, równałoby się to śmierci albo czemuś jeszcze gorszemu — jednak przywykł już do ciągłego boju, jaki musiał z nim toczyć. Była to walka na śmierć i życie, jednak z czasem stała się równie naturalna jak życie samo. Ta walka w istocie była życiem. Wytężył zmysły, by w pełni doświadczyć istoty tego boju, istoty swego życia. Chłód, który potrafiłby skruszyć kamień na pył. Ogień zdolny w jednym rozbłysku odparować skałę. Plugastwo, przy którym zastarzały dół kloaczny pachniałby niczym kwietny ogród. Oraz... rodzaj pulsowania, jakby małe zwierzątko szarpało się w zaciśniętej dłoni. Nie był to ten rodzaj drżenia, jaki wyczuwał w Shadar Logoth, gdzie skaza saidina rezonowała złem przesycającym tamto miejsce, sprawiając, że sam saidin kołysał się niczym dzwon. Tutaj skaza była silna, lecz wywierane przez nią wrażenie pozostawało stabilne. To sam saidin zdawał się tutaj pełen rozmaitych podziemnych prądów i pływów. Niespokojny, powiedział Dashiva, i teraz Rand potrafił zrozumieć sens tych słów.

W dole stoku stojący obok Flinna Morr przeczesał dłonią włosy i rozejrzał się niepewnie dookoła. Flinn, który nieustannie zmieniał pozycję w siodle, teraz poluzował miecz w pochwie. Narishma, wciąż wpatrzony w niebo, wypatrujący skrzydlatych stworzeń, jakoś zbyt często mrugał. W policzku Adleya rytmicznie drgał mięsień. Wszyscy zdradzali właściwe sobie oznaki nerwowości i odrobinę zdumienia. Rand poczuł wzbierającą w sercu ulgę. Mimo wszystko nie było to jeszcze szaleństwo.

Dashiva uśmiechnął się, krzywym, aczkolwiek pełnym samozadowolenia uśmiechem.

— Nie potrafię pojąć, jak mogłeś wcześniej nie zauważyć. — Ton jego głosu stanowił doskonałe odbicie wyrazu twarzy. — Od czasu jak rozpoczęliśmy to szaleńcze przedsięwzięcie, właściwie rzecz biorąc, dzień i noc nie wypuszczasz saidina. To jest najprostsze zaklęcie osłaniające, ale z początku w ogóle nie chciało się ukształtować, a potem splot zaskoczył z szarpnięciem, jakby mi się próbował wyrwać z rąk.

Pół mili na zachód, na nagim szczycie jednego ze wzgórz zawirowała srebrzystobłękitna pręga otwierającej się bramy, następnie Żołnierz przeciągnął przez nią opornego konia i dosiadł go pośpiesznie; najwyraźniej powracający zwiadowca. Nawet z tak dużej odległości Rand potrafił dostrzec delikatne lśnienie splotów otaczających bramę, które wkrótce zniknęły. Zanim jeździec dotarł do stóp wzgórza, już druga brama otworzyła się na jego grzbiecie, potem trzecia, czwarta, i kolejne. Jedna po drugiej, w tempie ledwie pozwalającym poprzednikowi usunąć się z drogi.

— Ale jakoś ci się jednak udało — powiedział Rand. To samo odnosiło się do bram zwiadowców. — Mówisz, że saidina trudno kontrolować, ale tak jest przecież zawsze, w końcu jednak nieodmiennie poddaje się twej woli. — Dlaczego jednak w tym miejscu trudności miałyby być większe? Pytanie, które należy odłożyć na później. Światłości, jakże żałował, że Herid Fel już nie żyje, stary filozof być może znalazłby odpowiedź. — Wróć do pozostałych, Dashiva — rozkazał, ale tamten wciąż przypatrywał mu się zdumiony i Rand musiał kilkukrotnie powtarzać swoje słowa, nim wreszcie zabezpieczenie przed podsłuchem zniknęło, a Dashiva zawrócił konia i nie próbując nawet odsalutować, pognał go szybko w dół zbocza.

— Jakieś kłopoty, mój Lordzie Smoku? — zapytała ze sztucznym uśmiechem Anaiyella. Ailil tylko popatrzyła na Randa całkowicie pozbawionym wyrazu spojrzeniem.

Widząc, że pierwszy zwiadowca skierował się w stronę Randa, pozostali szerokim wachlarzem ruszyli na północ i południe, każdy w zamiarze dołączenia do którejś z kolumn. Znalezienie ich w ten starodawny sposób będzie jednak szybsze niźli przypadkowe podróże przez krótkodystansowe bramy. Nalaam zaś już wkrótce ściągnął wodze przed Randem, przyłożył pięść do serca — czy rzeczywiście jego oczy patrzyły dziko, rozbiegane? Nieważne. Saidin wciąż robił to, co kazał mu władający Mocą mężczyzna. Nalaam dokończył salut i przystąpił do składania raportu. Seanchanie, jak się okazało, nie znajdowali się wcale w odległości dziesięciu mil, lecz znacznie bliżej — pięć, może sześć — i maszerowali na wschód. I mieli ze sobą liczne sul’dam oraz damane.

Nalaam pogalopował, Rand zaś wydał odpowiednie rozkazy i jego kolumna ruszyła na zachód. Obrońcy i Towarzysze jechali po obu flankach. Legioniści maszerowali w ariergardzie, tuż za Denharadem. Ich obecność stanowiła napomnienie dla szlachty i ich zbrojnych, jeśli tamci jeszcze jakiegoś potrzebowali. Anaiyella z pewnością dostatecznie często oglądała się przez ramię, Ailil zaś zbyt wyraźnie powstrzymywała identyczny gest. Wokół Randa skupiła się główna siła uderzeniowa kolumny — on, Flinn i pozostali Asha’mani — podobnie wyglądał szyk pozostałych oddziałów. Asha’mani wezmą na siebie ciężar walki, stal pozostałych będzie strzegła ich pleców. Słońce wciąż miało jeszcze sporo drogi do południowego szczytu na nieboskłonie. Nie zdarzyło się nic, co zmusiłoby ich do zmiany planów.

„Szaleństwo czeka na jednych” — wyszeptał Lews Therin. — ”Innych wszakże trawi już od dawna”.

Miraj zajmował pozycję niedaleko czoła swej armii, maszerującej na wschód po błotnistej drodze, która wiła się wśród gajów oliwnych i zagajników. Jednak nie zdecydował się na podróż z awangardą. Między nim a wysuniętymi zwiadowcami znajdował się pełen regiment wojska, głównie złożony z Seanchan. Znał generałów, którzy upierali się, by zajmować miejsce w pierwszym szeregu. Niejeden już nie żył. I większość przegrała bitwy, w których oddali życie. Wszechobecne błoto oczywiście maskowało poniekąd pochód armii, która dzięki niemu nie wzbijała kurzu na drodze, jednak wieść o niej, nie zważając na trudne warunki, niosła się niczym pożar po Równinach Sa’las. Tu i tam wśród oliwnych gajów zdarzało mu się dostrzec przewróconą taczkę lub porzucony sierp, ale robotnicy zniknęli już dawno temu. Zdawał sobie jednak sprawę, że jego przeciwników będą na szczęście unikać z równą skwapliwością. Jeśli więc los okaże się łaskawy, nie mając rakenów, tamci dowiedzą się o jego nadejściu, kiedy będzie już za późno. Wszelako Kennar Miraj nie lubił zanadto ufać losowi.

1 ... 149 150 151 152 153 154 155 156 157 ... 197
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)