Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
W końcu w Orithenie zrobiło się cicho.
Zerwałem się na równe nogi i zacząłem zbiegać po rampie — najszybciej jak mogłem, trzymając głowę zwróconą w bok, żeby cały czas mieć oko na kapsułę. Jej dolna część, szeroka i spodkowata w kształcie, nadal żarzyła się przyćmioną czerwienią; nie ostygła jeszcze po przejściu przez atmosferę. Powyżej niej obiekt przypominał z kształtu odwrócone wiadro z lekko wypukłym kopulastym denkiem. Z pięciu wąskich otworów w ścianach wynurzały się owadzie wsporniki. Na szczycie kopułki majaczyło mnóstwo niezidentyfikowanego sprzętu: prawdopodobnie mechanizm wystrzeliwania i odcinania spadochronu, może także jakieś anteny i czujniki. Biegnąc po spiralnej rampie, obejrzałem sondę Geometrów ze wszystkich stron. Nigdzie nie widziałem okien.
Dogoniłem Orola na skraju Dziesięciokąta. Pociągnął nosem.
— Chyba nie wydziela żadnych toksycznych gazów — powiedział. — Sądząc po kolorze, pluje zapewne mieszaniną tlenu i wodoru. Czyściutkie spalanie.
Landasher zszedł do nas sam; pozostałym prawdopodobnie rozkazał zostać na górze. Miał minę szaleńca i rozbiegane oczy. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale Orolo nie dał mu dojść do słowa.
— Brama otwarta? — zapytał.
Landasher nie wiedział, ale w górze usłyszeliśmy warkot silników. Rozpoznałem go: to były aporty, którymi przejechaliśmy przez biegun. Na szczycie rampy zamajaczyło światło.
— Ktoś ją otworzył — mruknął Orolo. — Trzeba ją zamknąć i zasunąć rygle, gdy tylko aporty i spadochron znajdą się na terenie matemu. Musicie być przygotowani na inwazję.
— Myślisz, że Geometrzy chcą…
— Nie, mam na myśli najazd gryzipiórków. Ich czujniki na pewno wszystko rejestrują. Nie wiemy, jak szybko państwo sekularne zareaguje, ale podejrzewam, że najdalej w ciągu godziny.
— Nie możemy im zabronić wstępu.
— Powstrzymujcie ich najdłużej, jak się da. O nic więcej nie proszę.
Trójkołowiec był coraz bliżej. Rozpoznałem siedzącą za sterami Cord. Sammann stał z tyłu, opierając się na jej ramionach.
— Co chcesz zrobić przez ten czas? — spytał Landasher. Do tej pory zawsze wydawał mi się mądrym i rozważnym przywódcą, ale tego wieczoru działał w wielkim stresie.
— Uczyć się — odparł Orolo. — Chcę się dowiedzieć jak najwięcej na temat Geometrów, zanim państwo sekularne odbierze nam tę szansę.
Trójkołowiec zjechał na dno wykopu. Sammann zeskoczył, zdjął zawieszony na ramieniu piszczek i wycelował jego czujniki w sondę. Cord przegazowała silnik i ustawiła pojazd w taki sposób, żeby reflektor oświetlił kapsułę, po czym zaczęła wyładowywać sprzęt z przedziału bagażowego nad tylną osią.
— A co z… Skąd wiesz, że to bezpieczne? Może przecież dojść do infekcji! Orolo? Orolo!
Landasher darł się wniebogłosy, bo od momentu, gdy manewr Cord pozwolił oświetlić sondę, Orolo dryfował w jej stronę jak ćma do światła.
— Gdyby się bali, że czymś się zarażą, nie przylecieliby — odparł. — Jeżeli zaś to nam grozi jakaś infekcja, i tak jesteśmy zdani na ich łaskę.
— Myślisz, że zamknięcie bramy powstrzyma śmigłowce? — spytał Landasher.
— Mam pewien pomysł. Fraa Erasmas się tym zajmie.
Zanim wróciłem na górę, Yul i Gnel przywieźli już złapany nieopodal spadochron. Wspólnie z gromadką odważnych deklarantów upchnęli go na skrzyni aportu Gnela i przywiązali jego własnymi linkami oraz pasami do mocowania ładunku — ale i tak dobry akr materiału i mila linek ciągnęły się po ziemi za pojazdem, kiedy zajechali na skraj wykopu.
Powinniśmy byli w tym momencie wciągnąć białe kombinezony, rękawice i aparaty oddechowe, zapieczętować spadochron w sterylnym poliplastowym pojemniku i przesłać go do laboratorium, gdzie zostałby szczegółowo zbadany. Ja jednak miałem inne rozkazy. Złapałem rąbek spadochronu — taki był mój pierwszy bezpośredni kontakt z obiektem pochodzącym z innego układu gwiezdnego — i zmiąłem go w dłoni. Nie byłem ekspertem, ale w dotyku do złudzenia przypominał materiały, z jakich szyło się spadochrony u nas, na Arbre. Linki również były podobne; nie wyglądały na wykonane z nowomaterii.
Wokół aportu zebrał się już spory tłum, który na razie — posłuszny słowom Landashera — nie odważył się zapuścić do wykopu. Landasher nie mówił jednak nic o spadochronie.
Wdrapałem się na skrzynię aportu i przemówiłem:
— Każdy będzie odpowiedzialny za jedną linkę. Rozciągamy spadochron na ziemi, stajemy dookoła niego i każdy łapie swoją linkę. Potem rozchodzimy się promieniście, rozplątując linki. Za dziesięć minut chcę widzieć wszystkich mieszkańców Oritheny otaczających rozpostarty spadochron, każdy z linką w garści.
Ten plan, z pozoru prosty, w praktyce okazał się bardziej skomplikowany, ale oritheńczycy byli całkiem niegłupi i im mniej próbowałem ingerować w cały proces, tym chętniej i skuteczniej sami rozwiązywali pojawiające się problemy. My z Yulem przez ten czas oszacowaliśmy długość linki, odmierzając sążnie rozpiętością jego ramion.
Gnel wyprowadził aport spod spadochronu i zjechał na dno wykopu. Zainstalowana na nim bateria oślepiających reflektorów zawsze mnie śmieszyła, ale tego wieczoru w końcu miał je na co skierować. Zajrzałem do wykopu i stwierdziłem, że Orolo i Cord zbliżyli się na dwadzieścia stóp do sondy.
Rozstawienie oritheńczyków wokół spadochronu chwilę trwało. Zanim skończyliśmy, nad głowami przemknął nam naddźwiękowy odrzutowiec. Trochę nas przestraszył.
Pomiary Yula potwierdziły to, co podpowiadała mi intuicja: długość linek mniej więcej półtorakrotnie przewyższała średnicę wykopu. Kiedy wyłuszczyłem oritheńczykom zarysy planu, ruszyli w stronę wykopu. Przy jego skraju rozdzielali się i rozchodzili na boki, napinając linki; spadochron sunął po ziemi, poruszając się nierównymi zrywami; parę osób musiało wejść pod spód, żeby podnosić go i uwalniać, kiedy o coś zaczepił. Wkrótce jednak przednia krawędź płachty zsunęła się przez brzeg wykopu i od tego momentu grawitacja bardzo nam pomagała, ściągając spadochron w dół. Miałem nadzieję, że gdyby ktoś nie mógł utrzymać swojej linki, po prostu ją puści, zamiast dać się pociągnąć na dno. Na szczęście płachta nie była aż tak ciężka: wystarczyło rozstawić się w równych odstępach na obwodzie wykopu, żeby całkiem sprawnie nią manewrować. Pokrywała około połowy powierzchni wykopalisk. Oritheńczycy domyślili się już, że chcemy rozpiąć ją nad placem przed świątynią, i sami zaczęli się odpowiednio ustawiać. Moje wskazówki stały się zbędne. Kiedy uznałem, że spadochron znalazł się we właściwym położeniu, przebiegłem się po obwodzie kręgu, tłumacząc moim pomocnikom, że powinni maksymalnie napiąć linki i jakoś solidnie zakotwiczyć je w terenie. Mniej więcej jedna trzecia została zahaczona o zewnętrzny mur koncentu; pozostałe przywiązaliśmy do drzew, kolumn klauzury, belek konstrukcyjnych, kamieni i wbitych w ziemię patyków.
Na dźwięk silnika podniosłem wzrok: to Yul z najwyższą ostrożnością zjeżdżał do wykopu swoim domem na kołach. Pewnie po to, żeby móc rano przyrządzić Geometrom śniadanie, pomyślałem. Podbiegłem i wskoczyłem mu do kabiny, co wywołało bunt wśród oritheńczyków, którzy zignorowali wcześniejsze polecenie Landashera i ruszyli za nami na piechotę.
Yul prowadził w milczeniu. Wyraz twarzy miał taki, jakby w każdej chwili mógł wybuchnąć histerycznym śmiechem. Na dnie jamy zaparkował w ruinach świątyni, tuż obok analemmy, i zgasił silnik. Dopiero wtedy spojrzał na mnie i się odezwał: