Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
„Żaden plan bitewny nigdy jeszcze nie ocalał w pierwszym starciu z wrogiem” — powiedział Lews Therin w głowie Randa. W danej chwili zdawał się myśleć zupełnie jasno. W danej chwili. „Coś jest nie w porządku” — warknął znienacka. W jego głosie powoli nabrzmiewało napięcie, póki nie przeszedł w dziki, pełen niedowierzania śmiech. — „Wszystko musi być dobrze, ale nie jest. Coś dziwnego, coś paskudnego, skrada się, skacze, szarpie”. — Jego bełkot przeszedł w szloch. — „To nie może być prawda! Ja chyba oszalałem!” — A potem zniknął, nim Rand zdążył go uciszyć. Ażeby sczezł, plan był dobry, w przeciwnym razie Bashere już by się nań rzucił niczym kura na robaka.
Lews Therin był szalony, w tej kwestii trudno było mieć wątpliwości. Póki jednak Rand al’Thor pozostawał przy zdrowych zmysłach... Byłby to doprawdy gorzki figiel spłatany światu, gdyby Smok Odrodzony oszalał przed wybuchem Ostatniej Bitwy.
— Zajmijcie stanowiska — rozkazał, dając znak Berłem Smoka. Musiał zdławić w sobie śmiech, jaki wzbudzała w nim ironia tej sytuacji.
Na jego rozkaz grupa szlachty, wśród potrącania się i mamrotania, rozpadła się na mniejsze oddziały, próbując zajmować pozycje zgodne z wcześniejszymi ustaleniami. Niewielu zresztą podobały się rozkazy przydziału otrzymane od Randa. Dzielące ich mury, które osłabił szok pierwszego starcia w górach, niemalże natychmiast znowu wyrosły.
Weiramon nie mógł odżałować swej nawet nie rozpoczętej mowy, jednak po ceremonialnym ukłonie, podczas którego wystawił w kierunku Randa szpic brody niczym grot włóczni, pojechał przez wzgórza na północ, a jego śladem podążyli Kiril Drapeneos, Bertome, Doressin i kilku pomniejszych cairhieniańskich lordów, każdy z nich z kamienną miną spowodowaną tym, że Tairenianiowi powierzono dowodzenie nad nimi. Gedwyn jechał przy boku Weiramona, zachowując się tak, jakby to on dowodził, czym ściągnął na siebie kilka mrocznych spojrzeń, których wszelako zdawał się nie zauważać. Pozostałe oddziały składały się z podobnie pomieszanych nacji. Gregorin również kierował się na północ, w towarzystwie ponurego Sunamona, który starał się stwarzać pozory, że całkowicie przypadkowo udaje się po prostu w tę samą stronę, za nimi zaś Dalthanes prowadził mniej dostojnych Cairhienian. Jeordwyn Semaris, następny z Dziewięciu, z Amondridem i Gueyamem podążał za Bashere’em na południe. Ci trzej zaakceptowali Saldaeanina jako dowódcę z prostego powodu, że nie był Tairenianinem, ani Cairhienianinem, ani Illianinem. Rochaid chyba próbował z Bashere tego samego co Gedwyn z Weiramonem, jednak Bashere najwyraźniej ignorował jego pretensje. W niewielkiej odległości od oddziału Bashere jechali Torean i Maraconn, nachyliwszy głowy, najwyraźniej dając upust złości wynikającej z postawienia nad nimi Semaradrida. A skoro już o tym mowa, Ershin Netari wciąż spoglądał na Jeordwyna i stawał w strzemionach, szukając wzrokiem Gregorina i Kirila, chociaż żadną miarą nie mógłby ich zobaczyć, ponieważ zniknęli już wśród wzgórz. Semaradrid, wyprostowany tak sztywno, jakby połknął stalowy pręt, wyglądał na równie niewzruszonego co Bashere.
Przez cały czas Rand stosował się do tej samej zasady. Ufał Bashere i sądził, że być może potrafi zaufać Gregorinowi, żaden z pozostałych na pewno nie odważy się zwrócić przeciwko niemu, mając wokół siebie tylu obcych i tak niewielu przyjaciół. Obserwując, jak po kolei znikają wśród wzgórza, Rand zaśmiał się cicho. Będą dla niego walczyć i będą walczyć dobrze, ponieważ nie mieli innego wyjścia. Podobnie jak on.
„Szaleństwo” — wysyczał Lews Therin. Rand ze złością stłumił jego głos.
Oczywiście nie został sam. Tihera i Marcolin dysponowali większością sił Obrońców oraz Towarzyszy, którzy stali konnymi szeregami wśród oliwnych drzew na wzgórzach ograniczających z flanki grzbiet, gdzie zatrzymał swego wierzchowca. Pozostali odeszli, stanowiąc ubezpieczenie na wypadek jakiejś niespodzianki. Kompania odzianych w niebieskie kaftany Legionistów czekała cierpliwie w zagłębieniu poniżej, strzeżona czujnym okiem Masonda, równie liczną ariergardę oddziału stanowili ludzie noszący wciąż te same ubrania, w których poddali mu się na trakcie w Illian. Próbowali naśladować spokój Legionistów — ostatecznie sami teraz byli Legionistami — ale bez większego powodzenia.
Rand zerknął na Ailil i Anaiyellę. Tairenianka uśmiechnęła się doń sztucznie, ale nawet ten uśmiech wyszedł jej słabo. Twarz drugiej kobiety mogła równie dobrze być wykuta z lodu. Nie potrafił im tego zapomnieć, ani im, ani Denharadowi, ani ich zbrojnym. Kolumna jego wojsk, poruszająca się w centrum, będzie najliczniejsza i zdecydowanie najsilniejsza. Zdecydowanie.
Flinn oraz ludzie, których Rand wybrał po bitwie pod Studniami Dumai, jechali w górę stoku, na wprost niego. Łysiejący starszy mężczyzna jak zawsze prowadził, mimo że już wszyscy, prócz Adleya i Narishmy, nosili teraz w kołnierzach tak Smoka jak i Miecz, Dashiva zaś zasłużył sobie nań pierwszy. Po części było tak dlatego, że młodsi mężczyźni okazywali Flinnowi szacunek, mając na względzie jego lata doświadczeń w Andorańskiej Gwardii Królewskiej. I po części również dlatego, że Dashiva zdawał się o to nie dbać. Na najrozmaitsze zachowania ludzi reagował chyba tylko lekkim rozbawieniem. Przynajmniej kiedy je dostrzegał, kiedy zechciał oderwać się bodaj na moment od prowadzonej pod nosem rozmowy z samym sobą. Najczęściej jednak zdawał się ledwie świadom istnienia wszystkiego, co było dalej niż koniec jego nosa.
Z tego też powodu Rand przeżył lekki wstrząs, kiedy Dashiva niezgrabnie wbił obcasy w zapadłe boki swego wierzchowca i wysforował przed pozostałych. Ta prosta twarz, na której jakże często zastygał wyraz roztargnienia albo rozbawienia własnymi myślami, teraz była wykrzywiona zmartwieniem. A już co najmniej szokujący był fakt, że gdy tylko dotarł do Randa, pochwycił saidina i natychmiast splótł wokół nich osłonę uniemożliwiającą podsłuchiwanie. Lews Therin choć raz oszczędzał oddech — jeśli można rzec, że bezcielesny głos potrzebuje oddechu dla swych słów — i nie mamrotał o zabijaniu; sięgnął natomiast bez słowa w kierunku Źródła, próbując je wyszarpnąć Randowi. A potem równie nagle zamilkł i zniknął.
- Saidin jest tutaj jakiś podejrzany, coś jest z nim nie tak — powiedział Dashiva, w niezwykły dla siebie, pozbawiony typowej mglistości sposób. W rzeczy samej, jego słowa brzmiały całkiem... rzeczowo. I przebijało też przez nie zniecierpliwienie. Jakby to przemawiał nauczyciel upominający szczególnie tępego ucznia. Posunął się nawet do tego, że dźgał powietrze przed Randem wyprostowanym palcem. — Nie mam pojęcia, o co chodzi. Nic nie jest w stanie zwichrować saidina, a gdyby to było możliwe, poczulibyśmy to jeszcze w górach. Cóż, wczoraj dawało się coś wyczuć, ale wrażenie było tak nieznaczne, że... Dzisiaj jednak czuję to całkowicie wyraźnie. Saidin zachowuje się tak, jakby... żył własnym życiem. Wiem, wiem. Saidin nie jest żywy. Ale... tutaj pulsuje w nim jakieś tętno. Trudno nad nim zapanować.
Rand z wysiłkiem rozwarł palce, kurczowo ściskające Berło Smoka. Nie od dziś był pewien, że Dashiva jest równie szalony jak sam Lews Therin. Zazwyczaj jednak tamten w większym stopniu panował nad sobą, jakkolwiek skomplikowana byłaby to kontrola.
— Przenoszę dłużej od ciebie, Dashiva. Po prostu skaza bardziej daje ci się we znaki. — Nie potrafił jednak złagodzić wymowy tych słów. Światłości, przecież nie mogli jeszcze wszyscy oszaleć, ani on, ani oni! — Zajmij swoje stanowisko. Niedługo wyruszamy. — Zwiadowcy mieli wkrótce powrócić. Na terenie znacznie mniej pofałdowanym niż wcześniej, aczkolwiek wciąż przecież nie całkiem płaskim, nawet z tak ograniczonym polem widzenia, sprawdzenie obszaru o promieniu dziesięciu mil nie powinno zająć dużo czasu, jeśli się Podróżuje.