Desiderium Intimum
- Автор: Gobuss, Lindt Ariel
- Язык: польский
- Жанр: Фанфик
Электронная книга - «Desiderium Intimum». Краткое содержание книги:
Kiedy jedno zdarzenie zmienia całe Twoje życie...
niedobrze. Miał tylko nadzieję, że odcina się je martwym osobnikom. Czerwone,
przekrwione oczy, które zauważył wcześniej, należały do żmijoptaków. A obok w
słoiku znajdowały się ich języki.
Och, Severus niedługo wróci i będą... Nie, nie, miał skupić się na oglądaniu.
Nigdy jeszcze nie używali na lekcjach takich składników, a przecież robili już bardzo
wiele różnych eliksirów, niektóre bardzo potężne. Jednak wciąż ich najdziwniejszym
elementem były odchody ibisa. A tego wszystkiego tutaj... albo używano do produkcji
eliksirów eksperymentalnych albo tak złożonych i skomplikowanych, że potrafili je
uwarzyć tylko mistrzowie tacy, jak Snape, albo też... jakichś czarnomagicznych
mikstur.
Jego uwagę przyciągnął blask. Z tyłu półki stało coś, co wydzielało ciepłe, niemal
słodkie, tęczowe światło. Zafascynowany sięgnął pomiędzy słoiki, odsuwając na bok
jakieś czarne, splecione macki i butelkę z fioletowym, wirującym płynem. Jego oczom
ukazała się niewielka fiolka w której igrały ze sobą wszystkie barwy tęczy, iskrząc
kiedy się stykały, przenikały i przeplatały. Ich hipnotyzujący taniec sprawił, że Harry
nie potrafił powstrzymać swojego pragnienia dotknięcia fiolki, poczucia ciepła,
przeniknięcia tym światłem. Nie wiedział dlaczego, ale wydawało mu się, że ma ono
moc usuwania wszelkich zmartwień. Wyciągnął dłoń, patrząc na grę barw i nie
potrafiąc oderwać od niej wzroku. Miał wrażenie, że słyszy słodki śpiew, że kiedy
tylko dotknie szklanej powierzchni, poczuje w sobie niemożliwe do opisania
szczęście.
Jego palce zetknęły się z fiolką, a wtedy wszystko nagle pociemniało. W zamkniętej
przestrzeni pojawiło się przerażające oblicze. Usłyszał ryk. Przed oczami błysnęła
sugestia zakrwawionych, połamanych kłów, pragnących zmiażdżyć jego czaszkę.
Przerażony, z trudem oderwał palce i cofnął się. Zbyt gwałtownie. Usłyszał dwa
następujące po sobie uderzenia - odgłosy rozbijanego szkła. Potrząsnął głową, aby
pozbyć się ciemnych plam, które wykwitły mu przed oczami, po czym spojrzał w dół.
Jego serce, które już teraz biło szalonym rytmem, przyspieszyło jeszcze bardziej,
kiedy zobaczył, co zrobił. Potrącił i zrzucił na podłogę słoik z mackami i butelkę
fioletowego płynu. Kawałki szkła leżały rozrzucone na kamiennej posadzce. W jednej
ze skorup lśniła resztka fioletowej mikstury, a w kałuży ciemnego płynu leżały czarne,
splątane... odnóża, albo coś w tym rodzaju. Wyglądało to trochę jak macki
kałamarnicy.
Och nie! Severus go zamorduje! I to gołymi rękami! Wszystko pójdzie na marne! A
miało być tak pięknie! I co teraz? Co ma zrobić? Potrafi magicznie naprawić coś
rozbitego, ale jak sprawić, żeby rozlany płyn wrócił na swoje miejsce? Dlaczego nikt
ich tego nie nauczył, do diabła?!
Drżącymi dłońmi wyjął różdżkę i rzucając "Reparo", szybko naprawił pierwszy słoik.
Sięgnął w czarne, pozwijane kłębowisko, aby je w nim umieścić. Ale kiedy jego palce
dotknęły lśniącej, wilgotnej powierzchni, wydarzyło się coś niespodziewanego.
Ożyło.
Krzyknął i odskoczył do tyłu, czując, jak jego rękę oplatają lepkie macki, zaciskając
się na niej niczym imadło. Poczuł przejmujący ból. Były tak lodowate, iż w ułamku
sekundy jego palce stały się sine i nie był w stanie nimi poruszyć. Miał wrażenie, że
cała ręka mu drętwieje. Stracił w niej czucie. Pojękując z odczuwanego,
rozchodzącego się po całym ciele bólu, próbował zerwać z siebie macki, ale one
niemal wbiły się w jego ciało.
- Diffindo! - krzyknął, celując w nie różdżką. Niestety, zaklęcie nie zadziałało. -
Diffindo! - spróbował ponownie, tym razem głośniej, ale macki nadal się trzymały, tak
jakby zaklęcie rozcinające nie mogło wyrządzić im żadnej krzywdy, jakby
samodzielnie od razu się leczyły, ponieważ Harry z trudem dostrzegł niewielkie
pęknięcia, które jednak szybko ponownie się zrastały. Do jego serca wlał się strach.
Nie wiedział, co to jest, nie wiedział, jak z tym walczyć i czuł, jak lodowate,
paraliżujące zimno wędruje po jego skórze, zamrażając krążącą w żyłach krew i
drżące z wysiłku mięśnie.
Paraliż postępował błyskawicznie, sięgał już prawie barku. Upadł na podłogę, czując,
że traci czucie w nogach. Był tak przerażony, że z trudem mógł oddychać. Chciał
krzyczeć, ale nie potrafił wydobyć z siebie głosu.
Co się działo? Co to było? Co zrobić?
Na wpół leżąc na wpół siedząc oparty o półki, czując, jak jego ciało drętwieje z
sekundy na sekundę, sięgnął drugą, trzęsącą się spazmatycznie ręką do kieszeni.
Teraz nie obchodziły go już żadne konsekwencje. To był jedyny ratunek. Zacisnął na
kamieniu mrowiące już palce i wysłał:
Severusie, upuściłem coś i... ale ja nie chciałem, przepraszam! I to mnie złapało.
Czarne macki. Czuję zimno, nie mogę się poruszyć. Całe moje ciało zdrętwiało. Nie
wiem, co robić. Pomóż mi!
Zimno sięgało już jego serca i płuc. Ręka z kamieniem opadła na podłogę, ale nie
wypuścił go z dłoni. Musiał go trzymać, za wszelką cenę. Czuł się coraz bardziej
senny, ale przerażenie było silniejsze. Miał coraz większe problemy z oddychaniem,
jakby coś ściskało jego płuca i nie pozwalało mu brać głębokich, spokojnych
oddechów, jedynie szybkie i coraz płytsze. Serce również zaczęło bić coraz wolniej, a
druga ręka zdrętwiała całkowicie. Paraliżujący chłód sięgnął szyi i przesuwał się w
górę. Zajmował po kolei usta, twarz, oczy.
Harry miał wrażenie, że zaraz zacznie się dusić, nie mógł krzyknąć ani mrugnąć.
Mógł tylko dryfować ku napierającej ciemności, wpatrywać się w drzwi i... czekać.
Proszę, przyjdź. Proszę, proszę, proszę...
Czuł coraz większe zawroty głowy, serce biło już tak wolno, iż niemal go nie słyszał.
Stuk...
Biło jeszcze. Musi się na tym skupić. Na słuchaniu. Jeżeli będzie słuchał, to znaczy,
że jeszcze żyje. Nie może odpłynąć.
Stuk...
Dlaczego to zrobił? Dlaczego zawsze musi być taki ciekawski? Dlaczego nigdy nie
słucha? Dlaczego?
Stuk...
Obiecuje, że jeżeli tylko przeżyje, już nigdy nie będzie dotykał niczego, czego nie
zna. Obiecuje. Jeżeli tylko...
Stuk...
Był taki senny... Nie odczuwał już nic, poza piekącym zimnem. Nie chce. Nie chce
odchodzić. Nie chce stracić Severusa. Nie chce...
Stuk. Stuk. Stuk. Stuk.
Co to było? To nie jego serce. To... na korytarzu.
Ktoś biegł.
* "On fire" by Switchfoot
--- rozdział 029---
29. On fire
Część 2
Drzwi uderzyły o futrynę. Stojące na półkach butelki zagrzechotały. Snape wpadł do
pomieszczenia z rozwianymi włosami, z powiewającą za nim peleryną i obłędem w
oczach.
To Severus. Naprawdę tu był!
Harry uśmiechnąłby się, gdyby mógł.
Mężczyzna ruszył w jego kierunku, w biegu wyjmując różdżkę, którą skierował na
owiniętą mackami rękę i krzyknął drżącym głosem:
- Impervius!
Harry usłyszał plaśnięcie, jakby coś opadło na podłogę, ale nie był w stanie tego ani
zobaczyć, ani poczuć. Mógł tylko patrzeć na zmierzającego ku niemu Severusa i
zastanawiać się, dlaczego w jego oczach jest tyle... strachu. I gniewu.
A tak... przecież umierał.
Zaczął mieć problemy z myśleniem, jak gdyby jego mózg także ulegał paraliżowi.