Migotliwy swiat
- Автор: Грин Александр Степанович
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Pozna
- Переводчик: Antoni Malinowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Migotliwy swiat». Краткое содержание книги:
W końcu zatrzymał się oddychając z rzężeniem i bólem. Wstrzymał oddech, by wiatr skowyczący w jego uszach nie mógł rozerwać serca. Spojrzał w dół. Niewiele jaśniało tam ogni — rozrzuconych tu i ówdzie, pobłyskujących i rzadkich; to mrok cicho nastąpił na nie czarną nogą.
Drud rozpiłował kajdanki, łańcuch i pas; potem rzucił w dół żelazo, które opadało ze świstem, a w ślad za nim okrzyk: „Przydasz się tam na łaty!” Podarek ten, oddalając się z szybkością rosnącą w postępie arytmetycznym, rycząc i wyjąc jak bomba, doleciał do więzienia i rozkruszył komin.
XIII
Rankiem następnego dnia drgnęły i rozbiły się trzy serca. Wartownik zbiegł; naczelnik podał się do dymisji; minister, nie panując nad sobą, zaciskał pięści. Grzmot zburzył więzienie.
— Piwnica Auerbacha — powiedział w końcu minister. — Nikt w to nie uwierzy, więzienie i tak jest iluzją dla wielu.
Kalkulował dobrze: to co nieudowodnione — nie istnieje; to, co opowiadają żołnierze, tylko utwierdza powszechne o nich mniemanie oparte od dawien dawna na historyjkach o zupie z siekiery i niezliczonej liczbie głów nieprzyjaciół. Minister, winiąc Runę, udał się do niej, ze strachem oczekując chwili, gdy jego oczy zetkną się ze spojrzeniem dziewczyny, od tej chwili jednak nieosiągalnej. Powiedziano mu, że jej nie ma, że wróci pod koniec tygodnia z nieoczekiwanego wyjazdu. Gdy odjechał, Runa spojrzała przez okno.. Wydawało się, że jego kareta prześlizguje się niemrawo pośród szalonego ruchu ulic. Ze stoickim spokojem Runa odeszła od okna i zaczęła bawić się z psem.
Dzień ten uważała za przełomowy w życiu i oczekiwała na zbliżający się wieczór ze świadomością jasno określonego celu. Stała się szczególnie wymagająca dla siebie i wszystkiego, co ją otaczało; długo wpatrywała się w lustro, nie śpiesząc się wybrała suknię; często zatrzymywała się i w roztargnieniu wpatrywała się w przykuwający jej uwagę jakiś przypadkowy przedmiot, jak gdyby tym samym chciała wciągnąć go w to, co przeżywała. Od czasu do czasu otrzymywała wizytówki, ale wrzucała je do koszyka z brązu i odpowiadała: „Nie jestem zupełnie zdrowa”. Czas mijał powoli, lecz Runa nie nudziła się. Usiadła przy stoliku w buduarze, w rogu kartki w zamyśleniu narysowała twarz z uśmiechem patrzącą przez kraty. Potem otworzyła dziennik — tom o pozłoconych kartkach i rzeźbionej w starym srebrze obwolucie. Uważnie przekartkowała wszystko to, co dotychczas zapisała, i przekreśliła stronice ołówkiem; na następnej czystej kartce napisała gwałtownie jedyne zdanie: „Od 17 maja 1887 do 23 czerwca 1913 r. nic się nie wydarzyło”.
Tym samym wyrzuciła za drzwi i przekreśliła całe swoje życie, począwszy od dziecięcego bełkotu do owego strasznego dnia w „Solaille”. Wszystko z powodu oczekiwania.
Dzień mijał spokojnie. W jego nurcie człowiek płynął jak w łódce bez wioseł, ze spokojną duszą, pewny, że już dotarł tam, dokąd niesie go prąd rzeki.
Gdy zapadł zmrok, a było to już po obiedzie, który Runa ledwie tknęła, gdyż męczyło ją pragnienie zaspokajane od czasu do czasu wodą i herbatą z winem, lokaj przyniósł jeszcze jedną wizytówkę. Tym razem rozkazała: „Prosić!”. Powiedziała to bez niepokoju, ale w napięciu pokrytym uśmiechem.
XIV
Lokaj wprowadził naczelnika.
Jego twarz, chociaż jeszcze nie minęła doba, wyglądała tak, jak gdyby przeżywał ostatnio wiele nieszczęść. Ciężko, prostymi żołnierskimi krokami zbliżał się, patrzył prosto w twarz Runy, której ciemne oczy po dziecięcemu, swobodnie i lekko zareagowały na jego widok. Ukłonił się, wyprostował, ujął podaną mu rękę, automatycznie uścisnął ją, wypuścił i usiadł naprzeciw gospodyni. Wszystko to wykonał jak gdyby mechanicznie.
— Przyszedłem — zaczął i kontynuował głośniej — wyrazić moją bezgraniczną wdzięczność. — Naczelnik umilkł. — Wszystko było takie dziwne. Ale trudno mi to ocenić. — Wstał, ukłonił się raz jeszcze, i mimowolny, zapewne nieświadomy uśmiech nadzwyczajnego zadowolenia pojawił się na chwilę pod jego na poły siwymi wąsami; zaraz jednak twarz mu ponownie stężałą, jak gdyby uśmiechnął się sam do siebie, ot tak, rozmawiając sam ze sobą. — Tak, tego dnia nie zapomnę. Całe życie moje i moich dzieci jest uratowane, zabezpieczone, urządzone. Nie muszę teraz pracować. Ale jest pewna okoliczność. Pozwoliłem pani na spotkanie beze mnie, zgodnie z pani prośbą, nie prosząc i nie żądając niczego. Proszę to teraz potwierdzić. — Ależ ja nie rozumiem. — Runa zmarszczyła brwi i lekkim ruchem ręki dała do zrozumienia, że mowa petenta zdziwiła ją. — Nikt nas nie podsłuchuje, proszę więc mówić otwarcie. Mogę od razu potwierdzić, tak, dziękuję panu, jestem na zawsze panu zobowiązana.
— Teraz sytuacja zmieniła się. To ja jestem pani zobowiązany albo, jeśli pani nie zgadza się z tym, powiem, że już jesteśmy skwitowani.
Wygładził wąsy, skierował roztargnione spojrzenie na diadem błyszczący we włosach Runy i dostrzegł w jego blasku odbicie swojego szczęścia, co natchnęło go do dalszych zwierzeń.
— Zdarzyło się to o trzeciej godzinie po południu. Chciałem zamknąć okno w gabinecie, gdy moje spojrzenie padło na stół, gdzie leżał rozkaz pozbawiający mnie stanowiska z powodów, które wyjaśnić nie jest trudno. Pięć godzin składałem zeznania i bardzo się zmęczyłem. Co mogłem im powiedzieć? Człowiek przebił dach i odleciał, ale zgodzi się pani, że to żadne wyjaśnienie. Sam nie mogę w to uwierzyć i biorąc pod uwagę niejasne okoliczności, rezygnuję z racji rozumu. Co tu wyjaśniać? Jak rozumieć? Czemu wierzyć? To zagadkowa historia. Proszę wybaczyć mi tę dygresję. Zatem pod papierem leżał płaski, wełniany woreczek o wadze trzydziestu dwu funtów pełen złotych monet ułożonych w słupki i zapakowanych w biały zalakowany papier. Oprócz tego znajdowała się tam zamszowa torebka, w rogach której były trzy brylanty o wadze stu dziesięciu karatów. Nie było wątpliwości, że podarek był przeznaczony dla mnie, bo dołączono także tę oto karteczkę. — Naczelnik podał wyciągnięty z mankietu karteluszek, na którym dużymi i niestarannymi literami napisano: „Niech pan będzie także wolny”. Runa przeczytała i oddała kartkę; jej zdziwienie minęło dzięki oczywistemu rozwiązaniu zagadki. Naczelnik kontynuował:
— Tak. Oczywiście ten cud jest dziełem pani rąk. Sto dziesięć karatów. Ich wartość obecnie, mimo że upadła, wedle kursu wynosi dwieście pięćdziesiąt tysięcy plus trzydzieści pięć w złocie, czyli razem prawie trzysta tysięcy, to znaczy niemal jedna trzecia miliona. Zrobiłem te wyliczenia nocą, bo nie mogłem usnąć. Proszę mi je wybaczyć. Są rezultatem minionych silnych wrażeń.
— To nie ja — Powiedziała Runa, śmiejąc się i ciesząc, że człowiek ten jest szczęśliwy. — Jednak niech pan wie, gdyby to się nie zdarzyło, to i ja zrobiłabym dla pana wszystko.
Naczelnik mrugając powiekami, uważnie spojrzał na nią, uśmiechnął się, poczerwieniał i wyciągnął rękę z blaskiem w oczach zmuszającym do uświadomienia, że gorycz jest także i w jego sercu.
— Proszę wybaczyć, że pierwszy wyciągam rękę do pani, do damy i dziewczyny; nie jest to przyjęte, ale muszę pani rękę uścisnąć. Zawsze wierzę tym, którzy mówią i patrzą prosto w oczy. Cieszę się, że tak jest. Teraz jestem zupełnie spokojny, między nami nie było cienia.