Migotliwy swiat
- Автор: Грин Александр Степанович
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Pozna
- Переводчик: Antoni Malinowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Migotliwy swiat». Краткое содержание книги:
— Wiem — potulnie zauważył — że ta forma ci się nie podoba, ale teraz wszyscy tak piszą. Jakie jest twoje wrażenie?
— Żadne.
— Jak to? Zupełnie żadnego wrażenia?
— Tak, to znaczy w tym sensie, jakiego oczekujesz. Przeżywasz to wszystko jak zakochany głuchoniemy. Twoje wiersze są podobne do tępej piły, szarpią duszę nie rozdzielając jej. Tworzyć, to znaczy rozdzielać, wprowadzać coś swojego w obręb obcej duszy. Zważ, czytając Merimeego, już nie wyjmę Carmen z jej olśniewającego gniazda — ono pozostało na zawsze; artysta rozciął duszę i wstawił w nią brylant. W jaki sposób to osiągnął? Otóż zabrał to wszystko z mojej duszy, co przypominało ten porywający, dumny obraz, mimo że to wszystko sprowadzało się do błysku spojrzeń, rozrzuconych wśród tłumów, wspomnień muzycznych, ornamentu, pejzażu, nastroju lub snu, byle tylko wrażenie było podobne do Cyganki Carmen. Z okruchów wypieka się chleb. Z ziarenek piasku dojrzewają winogrona. Ivanhoe, Ahaswer, Quasimodo, Carmen i wiele innych posągów zostało wciśniętych przez twórców w zagrody naszych dusz. Jak kurczy się mgławica, tworząc planetę, tak też wyrasta obraz, który tężeje, przeciąga się, strzela palcami i budzi się do życia w rozciętej duszy uspokoiwszy wyobraźnię tęskniącą za nim bez ładu i składu.
Jeśli pióro, którym piszesz, nie jest piórem łabędzia lub orła — to wszystko odbija się na tobie, Stubbs, jeśli papier nie jest żywym, subtelnym i wzniosłym przyjacielem, to także odbija się na tobie, Stubbs; jeśli brak ci świadomości, że wszystko to co zamyśliłeś i wykonałeś, mogłoby być jeszcze stokroć doskonalsze niż teraz, — możesz położyć się i usnąć, a snem twoim będzie proste życie. I wtedy zawołasz: „Pod fałdą odzienia twego przejdę życie i umrę; dziękuję ci, Boże, za wszystko”.
Ale dosyć już tego chłostania. Zapamiętaj: „depeszę natchnioną lirą” wysyłają pisarze sztabowi do praczek. „Żywotna” — to określenie używane w stosunku do kotów. Oprócz tego wszystko to, co powiedziałem, sam wyczuwasz, ale nie chcesz zrozumieć z uwagi na niewiedzę i przekorę.
Stubbs, wysłuchawszy Druda, odłożył z ponurą miną zeszyt, wymył kubki, postawił na zabrudzony stół i wydłubał z beczki plaster solonej świniny. Rozcinając ją wielkim nożem, obmyślał coś, a potem roześmiał się dobrodusznie.
Drud zastanowił się głośno, czy nie jego bezlitosna tyrada podziałała tak korzystnie na gorące serce poety.
— Zgadłeś — powiedział Stubbs z blaskiem zwycięstwa w wilgotnych oczach. — Widzę po prostu, że mało znasz się na poezji.
— Rzeczywiście, nigdy nie pisałem wierszy. Ale mimo wszystko posłuchaj mojej rady: gdy tutaj w tym twoim gołębniku zjawi się uśmiechnięta postać kobiety, to z całkowitą pogardą dla geniuszu weźmie twoje spodnie i przyszyje do nich guziki, a ty stracisz przez to mniej czasu. Będziesz owijać ją ciepłą kołdrą i smarować masłem chleb. Oto czego bym ci życzył. Daj mi jeszcze cukru.
Stubbs zrobił wielkie oczy i nagle spochmurniał.
— Kobiety zabijają twórczość — wymamrotał — te istoty biorą nas w swoje ręce i niszczą. — Stubbs, odganiając chmarę jasnowłosych zjaw, które zleciały się jak muchy do cukru, gdy tylko zaczęto o nich mówić, wzburzył dłonią włosy, a potem wyciągnął rękę. — Proszę, wsłuchaj się! To chyba niezłe: Grzmiąc podziemnym łoskotem, demon rozcina skały; granitem swym i kindżałem fetuje nowe mieszkanie. O gdyby…
— Stój! — powiedział Drud; w tym momencie wiatr, uderzając w okno z nieoczekiwaną siłą, omal nie zgasił lampy; zaszeleściły stronice olbrzymiego zeszytu Stubbsa i coś podobnego do dźwięku ucichającego kamertonu zadźwięczało w kącie.
— Co tam tak subtelnie i delikatnie dźwięczy? — spytał Drud. — Czy to nie harfę zgubił Eol?
Stubbs powiedział:
— Najpierw objaśnię, a potem pokażę. Podczas długich nocnych godzin wymyśliłem i zrobiłem maszynę dla radowania słuchu. Po Bożym Narodzeniu, Nowym Roku, dniu urodzin i wielu innych dniach nie tak znów ważnych, ale mających niewytłumaczalny związek ze stanem duszy, pozostaje wiele pustych butelek. Proszę popatrzeć — oto fortepian Stubbsa. Mówiąc to, wyciągnął zza zasłony poziomo ustawioną drewnianą ramę; pod jej górną listwą wisiał na sznurkach cały szereg maleńkich i dużych butelek; ich dna były odcięte. Ta muzykalna konstrukcja, kołysząc się w rękach Stubbsa, dźwięczała; latarnik wziął pałeczkę i przejechał nią po rzędzie butelek w prawo i w lewo; rozległ się akord, podobny do dźwięku pośredniego między śmiechem i zawodzeniem, jaki wydaje znerwicowany człowiek, jeśli się go mocno połaskocze.
— Co ci zagrać? — spytał Stubbs, wywijając swoją pałeczką „dzyń-dzyń” i,di-di-do-don”. Dźwięk był niegłęboki i przyjemny, jak prosty uśmiech. — Co więc zagrać? Taniec lub pieśń albo, jeśli chcesz, melodię operową? Stopniowo rozszerzyłem swój repertuar do osiemnastu — dwudziestu kawałków; moje ulubione melodie to „Wiatr w górach”, „Fandango”, „Santa Lucia” i jeszcze coś niecoś, na przykład walc „Pachnący kwiatek”.
— Spróbujmy „Fandango” — powiedział Drud, sadowiąc się na krześle z fajką w zębach. — Zaczynaj, a ja będę pogwizdywać i w ten sposób będziemy mieli flet, lirę i dzwonki.
Stubbs przerzucał pałeczkę pośród śpiewających butelek szybkimi niezmordowanymi ruchami ręki i zaczął odtwarzać piękną melodię, pełną radosnego triumfu życia. Ale już po pierwszych taktach specyfika instrumentu, stworzonego nie dla liryki, lecz dramatu, zmusiła koncertujących do zaniechania podjętej melodii.
— Spróbujmy coś innego. — Drud zaczął cicho gwizdać, przysłuchując się… — O, to, to będzie tak samo brzmiało z orkiestrą.
— Proszę zagwizdać raz jeszcze. — Stubbs przechylił głowę, nasłuchując, wreszcie uchwycił motyw. — Aha! Na średnim rejestrze. Zadzwonił pałeczką. Drud podał ton, gwiżdżąc z przejęciem, był to zwinny, elektryzujący gwizd o miękkiej tonacji. Gwizdał wspaniale. Stubbs był także w transie. Grali walca z „Fausta”. Oto przesunął się cichy cień Małgorzaty; w ślad za nią podążał w zamyśleniu delikatnie uśmiechający się młodzieniec we wspaniałym ubraniu i z próżną duszą.
— To jest świetne, dobrze! — krzyknął Stubbs, gdy skończyli. — Teraz zapalimy. Co następne?
Śmiejąc, paląc i niepokojąc się, żeby Drud nie powrócił z cichej krainy muzyki ku ponurej rzeczywistości, Stubbs pośpiesznie przygrywał, podtrzymując w nim dziecięcą chęć przedłużenia radosnej zabawy. W ten sposób przechodząc od jednej melodii do drugiej, rozpoczęli i przegrali piosenkę „Ben-Belt”, którą śpiewa Trylby u Dumourieza, „Długą drogę do Tipperary”, „Krzyż Południowy”, drugi walc Godarda, „Stray frak” Berangera i „Santa Lucia”.
Niebawem zaczęło świtać; pierwszy wysiłek dnia, który rozpoczął swoją drogę pośród burzliwego oceanu nocy, otaczał żółtą plamę lampy szarym, porannym rozgardiaszem; widoczne były już z okna fale i piana morska. Wiatr ucichał.
Drud jak gdyby ocknął się. Ze smutkiem rozejrzał się wokół i wstał:
— No jeszcze raz, zanim się rozstaniemy: „Santa Lucia”.
Stubbs przetarł oczy; szkło zaczęło wydzwaniać:
Drud cicho pogwizdywał. Już wiedział i to, co powiedziano w następnym kuplecie: