Migotliwy swiat
- Автор: Грин Александр Степанович
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Pozna
- Переводчик: Antoni Malinowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Migotliwy swiat». Краткое содержание книги:
Podała mu rękę, lecz przypomniała swoje kłamstwo i odwróciła twarz.
— Cień był — powiedziała — ale tylko we mnie. Między nami nie było cienia. Żegnam pana. Lepiej tego już określić nie można, przyczyna dobra tkwi w panu. Proszę iść, niech pan będzie szczęśliwy i wie, że odłamki szkła mogą stać się brylantami, jeśli na nie spojrzy ten, kto w tak dziwny sposób opuścił pana.
Gość wstał, podniósł do ust nerwową, pachnącą rękę, odwrócił się i wyszedł tak, jak wszedł, patrząc wciąż prosto przed siebie. Runa odsunąwszy kotarę, odprowadzała go wzrokiem. Kiedy znikł, zadumała się.
XV
Zapadł mrok, ale Runa nie okazywała najmniejszego zaniepokojenia czy smutku; nie szła na górę. Wiedziała w jakiś dotychczas niejasny sposób, że Drud zjawi się na górze; wiedziała także, że o swoim przybyciu powiadomi ją jakimś szczególnym znakiem. Zmęczona oczekiwaniem usiadła i zaczęła czytać książkę.
Jakie to dziwne, gdy pieścimy całą duszą coś, co jeszcze nie nastąpiło, odnajdując i uprzedzając to w książce mówiącej o czymś zupełnie innym. W takich chwilach jakakolwiek książka jest napisana w tajemniczym języku; jej tekst, jej bogata i subtelna argumentacja, i barwna akcja — wszystko to śpi nieruchomo. Coś swojego pływa po wierszach pełnych napięcia, pozostawiając wzrokowi linie i uskoki znaków odtąd nieznanych. Czasem tylko zostaje zrozumiałe jakieś poszczególne słowo, ale wówczas tym bardziej stłamszona dusza rzuca się do ucieczki przypominając zdrajcę, który uświadomił sobie coś takiego jak honor. To zanika, to ponownie rozlega się cykanie zegarka — tak właśnie od czasu do czasu może stać się zrozumiały tekst, ale szybko nadbiegająca fala tęsknoty wzywa do rzucenia się z zamkniętymi oczami ku bliskiej już przyszłości, przywołując ją łoskotem bijącego serca.
Długi jest taki dzień i wyciska na człowieku wieczne piętno. Runa, czytając lub właściwie trzymając książkę na kolanach, patrzyła w dal, poza siebie — tak właśnie spędziła jedną, a potem i drugą godzinę. W połowie trzeciej godziny oczekiwania nieznany muzyk zaczął grać rapsodię; przerwał i ponownie zagrał. Wówczas wszystko okazało się na swoim miejscu — jaśniej zapłonęło światło, głośniejszy stał się hałas uliczny, i dziewczyna, powstrzymując się, ażeby nie biec, udała się na górę.
Światło sączyło się na dywan. Przecinał je cień człowieka. Runa zatrzymała się, zapominając wszystko, co chciała powiedzieć, ale ścisnąwszy ręce nie ruszyła dalej, dopóki się nie opanowała.
Gdy jej się to udało, weszła. Zaraz, też wpatrując się w nią z uśmiechem zbliżył się Drud. Był w zwykłym, czarnym ubraniu, wyglądał jak najprzeciętniejszy człowiek; dziewczyna czuła się bardziej przytomnie i pewnie aniżeli za pierwszym razem, chociaż podobnie jak w więzieniu znalazła się na granicy oszałamiającego światła. Jednak w ogarniających nas stanach jest jakaś ślepa, ratunkowa linia, poza nią już nic nie jest widoczne, tylko mgła, od której uciekamy w krąg bieżących wydarzeń.
Drud zapytał:
— Czy nie zwątpiła pani? Jeśli mnie kto przywołuje, przychodzę zawsze; przyszedłem więc, zapaliłem światło i zacząłem grać.
Runa gestem wskazała krzesło i sama także usiadła powoli, nie mogąc oderwać wzroku od jego oczu jak wędrowiec, który z daleka dostrzegł ogień. Powiedziała mimowolnie, prosto i dobitnie:
— Jak ja czekałam, ja, która nigdy nikogo nie oczekiwałam!
— Jesteśmy razem — ciągnął, ponieważ te słowa chciała i ona dodać. — Wiele myślałem o pani. Odrzućmy to, co nie jest istotne; o najważniejszym należy mówić od razu, bo może zasnąć jak fala oblana z okrętu oliwą. Przyszedłem zaspokoić swoją ciekawość i wysłuchać panią; czekałem na ten dzień. Tak, czekałem na ten dzień — w zamyśleniu powtórzył — dlatego że odnalazłem cudowną siłę. Nie powinniśmy się wzajemnie krępować; niech nasza wewnętrzna więź będzie zwiewna. Proszę mówić, słucham.
Wstała, wyciągnęła ręce jak w szoku.
— Przysięgam, że dzień ten jest dla mnie równy zmartwychwstaniu lub śmierci.
I nagle Gall jak błyskawica przemknął przez jej duszę. Nie wiedziała jeszcze, co oznacza to nieoczekiwane pojawienie się tego obrazu. Zrodziło się w niej prawdziwe pragnienie nienasyconej władzy, przypominające lawinę. W zapamiętaniu zwróciła się sama do siebie: „Runa! Runa” i szepcząc swoje imię jak Boga, usiadła z uśmiechem rzeźbiącym na jej cudownym obliczu odbicie tego stanu.
W tym momencie do pokoju wszedł biały wodołaz o ludzkich oczach; skierował je na Druda, powęszył, zawył i cofając się zaczął skomleć.
Drud cicho powiedział:
— Leżeć. Leż i słuchaj.
Wówczas olbrzymi pies, jak gdyby rozumiejąc słowa, potulnie położył się między nim a Runą i zwiesił język.
— Myślałem o pani wiele i dobrze- powiedział Drud.
Pełna zewnętrznego spokoju Runa przypatrywała się jego twarzy; zatrzymała wzrok na niefrasobliwej linii ust, zdecydowanym podbródku, ciemnych wąsach, masywnym czole pełnym wzniosłej ciężkości i zajrzała w jego oczy, w których ciemniejąc taiło się coś niepojętego. I wtedy w czasie nie większym niż mgnienie oka nagle cały powiew i echo iluzji, którym zawsze oddajemy jakąś część naszego żywota, z przekonującą siłą bliskiego krzyku spojrzało w jej oblicze wiązką oczu przepięknych i subtelnych, pochodzących z krainy rajskich kwiatów, aniołów i czarodziejek. Runa chwyciwszy wachlarz, gwałtownie zamknęła go; szelest masy perłowej odgonił dziwny stan. Powiedziała:
— Należy, by pan zapanował nad światem. Jeśli celu takiego dotychczas pan nie ma, to wcześniej czy później pojawi się; lepiej będzie, jeśli teraz zgodzi się pan ze mną. A więc wyobrażam sobie, że nie w cyrku i nie w innych miejscach zrodzonych z kaprysu, ale z pełną świadomością wielkiego celu obwieści pan o sobie dzięki długiej i powietrznej podróży, zmierzając do zaszokowania i pociągnięcia za sobą ludzi. To, co stało się w cyrku, będzie wszędzie. Ameryka ocknie się od złota i przekrzyczy wszystkich; Europa odmłodzi się; szaleńczo zawyje Azja; dzikie plemiona zapalą święte ogniska i złożą hołd nieznanemu. Przetoczy się grzmot i łoskot; regułą będą bezsenne noce, wariaci w swoim odosobnieniu zaczną wyłamywać kraty, dorośli przemienia się w dzieci, a dzieci będą starały się panu dorównać.
Jeśli teraz, póki zjawisko jest nowe, władze nie zawahałyby się rozmiażdżyć pana, to po dwóch, trzech miesiącach powszechnego szału znajdzie się pan pod ochroną społeczeństwa. Zrodzą się niezmierzone nadzieje. Złożą im daninę ludzie o dziwnych skłonnościach duszy — we wszystkich sferach i dziedzinach egzystencji. A pan na pewien czas znowu zniknie, dopóki nie rozniesie się fama, gdzie się pan znajduje.
Zgodnie z pańską sytuacją, celem i charakterem będzie pan musiał prowadzić taki tryb życia, który działałby na wyobraźnię — centralną siłę duszy. Znajdę i dam panu pieniądze. Naczelnik wie o pańskim bogactwie, ale ono może być znikome. Dlatego gigantyczny pałac nad brzegiem morza może w pełni zaspokoić oczekiwania wszystkich. Powinien być obliczony na olbrzymie tłumy, procesje, ludność z różnych miast, bez ciasnoty, pełen luksusów i kolorów, pałac wysoki jak niebo ze śpiewającą głębią królewskich amfilad.
Wówczas zaczną do pana przybywać ludzie z wszystkich krajów, ras i narodowości. „Drud” będzie dźwięczało jak „duch”. Pielgrzymi, poszukiwacze sensu życia, wszelkiego rodzaju marzyciele, tajemnicze istoty, wszyscy rozczarowani, cierpiący z powodu splinu i tęsknicy kandydaci na samobójców, niezrównoważeni i półwariaci, subtelni wyznawcy religii kwiatów i ptaków, sumienni uczeni, ofiary wszystkich kataklizmów, kombinatorzy i poszukiwacze przygód, wynalazcy i romantycy, żebracy i nędzarze, wreszcie kobiety, całe legiony kobiet z porażonym wzrokiem i z bagażem uniesień, których w normalnym życiu nie miały gdzie wyrazić. I będzie to wielka pana armia.