Migotliwy swiat
- Автор: Грин Александр Степанович
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Pozna
- Переводчик: Antoni Malinowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Migotliwy swiat». Краткое содержание книги:
XVI
Dwaj chłopcy żyli i bawili się razem, potem wyrośli i rozstali się, a gdy ponownie spotkali się, już dzieliło ich całe życie.
Jeden z tych chłopców, którego teraz nazywamy Drudem lub „Podwójną Gwiazdą”, przebudziwszy się pośród nocy, zbliżył się do okna, oddychając mokrym wiatrem przenikającym przez mgłę. Na dole, wokół latarni morskiej, pośród przyćmionego odblasku, napływały ku czarnej ścianie, pokryte zieloną pianą zwały fal i piętrząc się przed potężną kolumną wieży, padały u jej podstawy lawiną wody przemieszaną hukiem wystrzałów. W mroku czerwony lub żółty błysk lampy, przesłaniając gwiazdy, wskazywał ruch parostatków. Wyjące syreny potęgowały chwile grozy i szału. Z lewej strony mroku pobłyskiwały rozproszone światła oddalonego miasta.
Gdy coś nam doskwiera, to widok, który tłumi chwilowo ból, czyni go bardziej dotkliwym wówczas, gdy człowiek przestając rozmyślać ponownie koncentruje się na swojej ranie. Drud uginał się pod naporem przygniatających go myśli jak tragarz pod ledwie dźwiganym ciężarem; cierpiał i żeby nie wsłuchiwać się w siebie, zaczął chodzić.
Stubbs, dozorca Latarni Lisskiej, skończył już zajmować się lampami, to znaczy już je napełnił olejem rzepikowym i zszedł do niższych pomieszczeń.
— O! — zawołał. — Już pan wstał?
Drud odwrócił się, patrząc smutnymi oczami na swojego współtowarzysza dziecięcych zabaw.
— Jesteś smutny, a może chory? — zapytał sadowiąc latarnika na łóżku obok siebie. — Porozmawiajmy jak niegdyś bywało.
— Jak niegdyś? — powtórzył Stubbs ze smutkiem. — Niegdyś siadałem, słuchałem, dziwiłem się, śmiałem się i spędzałem bezsenne noce w mroku, rozmalowanym po twoich opowiadaniach najbardziej jaskrawymi farbami. Już czas na kolację. — Wziął z kąta drewno i przykucnął przy kominku rozdmuchując ogień.
Drud zbliżył się do niego, czuł się paskudnie. Zauważywszy, że drewno należy rozpalać od dołu, zręcznie ułożył polano i ogień rozpalił się jasnym płomieniem.
— Stubbs — zaczął mówić — od tego dnia, gdy leżałem umierając, a ty siedziałeś przy mnie i odmierzałeś po kropli na łyżce wątpliwy wynalazek doktora Marmaduka, minęło wiele czasu, lecz niewiele dobrych minut. Usiądźmy i zapalmy jak ongiś indiańską fajkę pokoju.
Na początku opowiemy o Stubbsie, o jego wyglądzie. Był to człowiek niewielkiego wzrostu, o długich włosach, przypominających wachlarz na zakurzonym kołnierzu starego munduru; jego wystrzępione spodnie, spod których ledwie widoczne były rude czubki butów, zamiatały podłogę frędzlami.. Chudą twarz o wyostrzonych rysach wyszczuplały zaczerwienione policzki z wystającymi kośćmi; wątły, lecz szeroki w ramionach, jak się zdawało, przypominał w krzywym zwierciadle tych, co w odróżnieniu od dryblasów, są istotami spłaszczonymi. Ale miał wspaniałe kocie oczy.
— A więc, fajka pokoju…
— Gdzież ona? — Stubbs, udając obojętność, powoli obejrzał półki i wszystkie kąty pokoju. — Znalazłem. Tak długo jej nie paliłem, że z munsztuka zalatuje coś kwaśnego. A jaki tytoń?
— Weź ten w blaszanym pudełku. Usiądź przy mnie. Poczekaj, nie ruszaj zapałek. A co to za książka? Tam w rogu.
— To — odrzekł Stubbs — książeczka dość poważna; sama tam wpadła.
Drud wziął książkę. — „Sztuka jako forma rozwoju społecznego” — głośno przeczytał i wyrwał z dzieła garść stronic, mówiąc przy tym: — Tego rodzaju książki są dobre do wszystkiego oprócz podstawowego celu — potem zapalił kartkami fajkę. Zaciągnąwszy się kilka razy, z powagą wręczył ją milczącemu Stubbsowi. Ten był jeszcze nadęty, ale już z iskrami zadowolenia w oczach; zaczął też wypytywać o pobyt w więzieniu.
— Przychodził prokurator — powiedział Drud, patrząc w ogień. — Denerwował się, zadał kilka bzdurnych pytań. Nie odpowiedziałem, w końcu wygoniłem go. Była jeszcze… — Drud wypuścił gęsty kłęb dymu. — Ale latarnia mimo wszystko jest dobra, co, Stubbs, jednak i tak jutro muszę odejść.
— Znowu — ze smutkiem zauważył latarnik.
— Mam powody, żeby nieco się rozerwać. Więcej radości, Stubbs! Wiesz już o tym, jaka euforia zapanowała w cyrku. Coś podobnego zrobiłem w różnych punktach ziemi, przeczytasz o tym w gazetach.
— Wyobrażam sobie! — rzekł Stubbs. — W gruncie rzeczy mało mówię, to z przyzwyczajenia, ale jak tylko przypomnę sobie, kim jesteś, to pode mną jakby zapalało się krzesło.
Drud zmarszczył brwi i ukrył uśmiech w wąsach.
— Czy słońce cię nie zadziwia? — spytał bardzo poważnie. — A to uderzenie fali? A ty sam, gdy ze zdziwieniem odnajdujesz własne odbicie w głębiach swego serca i mówisz: „to ja, ja, ja”, i wsłuchujesz się w tę złudną chwilę, i zamykasz w szczelinie swej źrenicy stumilowy szmat nieba i morza — czyż wówczas jesteś tak głupio i zarozumiale spokojny?
— Dobrze, dobrze — mitygował go Stubbs. — A co powiesz, gdy spytam, czyś się nie zakochał?
Wymówił te słowa z odcieniem tak szczerego i naiwnego zatroskania, że Drud wybaczył mu tę spostrzegawczość.
— Chyba nie… — wymamrotał popychając nogą polano. — Kontrast był zbyt szokujący. Całe sedno tkwi w kontraście. Czy zrozumiałeś z tego cokolwiek? — Wszystko! — ze strachem wyszeptał Stubbs. — Kawa gotowa.
— Dość o tym; powiedz, przestałeś pisać wiersze czy nie?
— Nie — odrzekł Stubbs dobitnie; jego oczy zabłysły przy tym żywo i z pożądaniem. Niejeden raz widział siebie na cokole żeliwnego pomnika, jak wyciąga wieszczą rękę ponad rozsłonecznionym placem. Ale w jego poczciwej duszy poezja leżała plackiem, bo z braku miejsca nie mogła się poruszyć. Podobnie jak grad, zrodzony z naelektryzowanych chmur i wichru, dźwięcznie stuka po tamburynie, a głucho bębni po beczce. — Nie, pod tym względem nie będzie między nami zgody. Wiersze pisze, coraz łatwiej, mam nawet, że się tak wyrażę, nie tyle genialne, co doskonałe strofy.
Gdy tylko zaczął mówić o wierszach — mógł je pisać o każdej porze dnia, wierząc w ich ponadczasowe wartości — był przekonany, że Drud drażni się z nim, co spowodowało, że jego kości policzkowe spąsowiały, głos zadźwięczał, a ręce wpiły się we włosy i odrzuciły je ku górze, jak jakiś gorejący krzak.
— Chcę ci przeczytać „Telegrafistę z podziemi”.
— Wyobraź sobie, że chcę usłyszeć — śmiejąc się kiwnął głową Drud — tak, i to jak najszybciej.
Z nieukrywanym zadowoleniem Stubbs. wytaszczył ze skrzyni całą stertę zeszytów. Kartkując je mruczał: — Ale to jeszcze niedopracowane, w pierwszej redakcji, tu, niczego sobie — i temu podobne uwagi, świadczące o ogarniającym go amoku. W końcu zatrzymał się na rękopisie upstrzonym kleksami.
— Proszę posłuchać — powiedział Stubbs.
— Słucham — odrzekł Drud.
Latarnik zaczął mówić śpiewnie: W znoju wiosennym i wietrznym
— Teraz — powiedział Drud — poczytaj coś innego.
Stubbs posłusznie zatrzymał się.