Migotliwy swiat
- Автор: Грин Александр Степанович
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Pozna
- Переводчик: Antoni Malinowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Migotliwy swiat». Краткое содержание книги:
Kim jest — nie wiemy. Jaki ma cel — też nie wiemy. Ale znane są nam jego możliwości. Proszę spojrzeć z góry na to wszystko, co przyzwyczailiśmy się widzieć w horyzontalnej projekcji. Otwarte pozostają wnętrza fortów, doków, przystani, koszar, fabryk broni — wszystkich zasłon wznoszonych przez państwo, wszystkich budowli, planów, zamiarów, liczb i rachub; w tej sytuacji nie mają sensu żadne tajemnice i gwarancje. Załóżmy, na przykład, że ma złe zamiary, bo o dobre trudno kogokolwiek podejrzewać. W tej sytuacji przestępstwo przekroczy wszelkie prawdopodobieństwo. Oprócz niebezpieczeństw, na które wskazałem, nikt i nic nie ma możliwości obrony; nieuchwytny Ktoś może kierować losem, życiem, własnością wszystkich bez wyjątku, ryzykując w ostatecznym wypadku tylko zmianą miejsca pobytu.
Zjawisko to należy opanować stosując bezwzględną izolację, a może nawet poprzez likwidację. W tym wszystkim jest jeszcze inny, bardziej istotny aspekt. Nauka zatoczywszy łuk na którym częściowo zostały rozwiązane lub też brutalnie obnażone w imię swobodnego rozwoju umysłów najtrudniejsze problemy naszych czasów, cofnęła religię do stanu prymitywnego — ta zaś stała się udziałem prostych ludzi; niewiara okazała się powszechnym i codziennym zjawiskiem, utraciła jakikolwiek sens, który wcześniej nadawał jej przynajmniej charakter buntu; krótko mówiąc, niewiara — to życie. Ale po rozważeniu i przeanalizowaniu tego wszystkiego nauka w tym wypadku ponownie stanęła w obliczu sił, które nie poddając się analizie, są w swej istocie wszystkim. Zostawmy prostakom nazywanie tego „energią” albo jakimkolwiek innym słowem, spełniającym rolę gumowej piłki, którą pragnie się przebić granitową skałę…
Mówiąc to wszystko zastanawiał się nad okolicznościami dziwnego w sprawie Ayshera odstępstwa wywołanego prośbą dziewczyny. W myślach postanowił pozwolić Runie na to spotkanie, ale chciał także uzupełnić swoją zgodą tajną instrukcją dla naczelnika, która nadałaby temu wszystkiemu charakter szczególnej konieczności o państwowym znaczeniu; miał nadzieję, że właśnie w taki sposób dowie się co nieco, jeśli nie wszystkiego.
— …granitową skałę. Istotne jest, że religia i nauka ponownie spotkały się w tym samym miejscu, z którego początkowo rozeszły się w różne strony; ściślej — religia czekała tutaj na naukę, i teraz obie przyglądają się sobie wzajemnie.
Zastanówmy się, co się stanie, gdy w jałową pustkę współczesnej duszy wedrze się ten obraz, ten wstrząsający dziw — człowiek latający nad miastami, który na przekór wszelkim prawom przyrody wykazuje ich monstrualne, tysiącletnie oszustwo. Łatwo powiedzieć, że świat nauki ruszy do ataku, ażeby wszystko to objaśnić. Żadne wyjaśnienie nie zlikwiduje nadprzyrodzonej aureoli widowiska. Przeciwnie — wywoła łatwozapalny stan myśli i uczuć, podobny do ekstatycznych nastrojów wypraw krzyżowych. Tu jest pole do religijnych spekulacji na gigantyczną skalę. Spowodowane nimi poruszenie może przynieść w rezultacie katastrofalne skutki. Wszystkie partie, każda na swój sposób, wykorzystają tego Ayshera, doprowadzając do konfrontacji całą masę najbardziej sprzecznych interesów. Powstaną albo odrodzą się sekty; fascynacja niezwykłym zjawiskiem otworzy bramy dla wszelkiego rodzaju nieobliczalnej fantazji; legendy, podania, doniesienia, przepowiednie i proroctwa pomieszają wszystkie karty państwowego pasjansa, który zwie się Równowagą. Myślę, że wystarczająco dużo powiedziałem, dlaczego ten człowiek został uwięziony. Pomówmy teraz o twoim zamiarze, wyjaśnij mi swoje intencje. — Są bliskie pańskiej miłości do unikalnych książek. Wszystko, co niezwykłe, pociąga mnie. Był pewien człowiek, który skupował echo, wykupował miejscowości, gdzie rozlegało się wielokrotnie, wyraźnie i pięknie. Pragnę widzieć Ayshera i rozmawiać z nim z powodów nie mniej ważkich, aniżeli te, które każą szukać miłości lub popychają do bohaterskich czynów. To coś, czego nie da się ogarnąć rozumem; coś, co tkwi tylko w duszy. Jakże inaczej mogę to panu objaśnić? To — ja sama. Proszę wyobrazić sobie, że istnieje taki człowiek, który nigdy nie słyszał słowa „ocean”, nigdy go nie widział, nigdy nie podejrzewał istnienia tego błękitnego obszaru. Powiedziano mu: Jest ocean, tutaj, tuż obok, przejdź się w pobliżu, a zobaczysz go. Co w tym momencie mogłoby powstrzymać tego człowieka?
— Wystarczy — powiedział minister — twoje wzruszenie jest szczere, a słowa godne ciebie. Pozwolenie daję, ale też stawiam dwa warunki: musisz milczeć o naszej rozmowie, a czas spotkania nie może przekroczyć pół godziny. Jeśli pozwolisz, od razu napiszę rozkaz, który zawieziesz.
— Mój Boże! — powiedziała śmiejąc się i ściskając go. — Jakie warunki? Wszystko jestem gotowa spełnić. Proszę napisać. Już późna noc. Jadę natychmiast.
Minister napisał długi, dokładny rozkaz, zapieczętował go i przekazał Runie, która nie tracąc czasu, pojechała natychmiast do więzienia.
XI
Tę noc, gdy Drud wzburzył tajemnicze wody ludzkich dusz, Runa spędziła w męczącej bezsenności. Nad ranem już nie pamiętała, co robiła do czasu, gdy miasto rozjaśnione zorzą poranną przebudziło się do życia. Wydawało się jej, że chodziła po oświetlonych, pustych pokojach bez żadnego celu, w stanie, gdy myśli rodzą się spontanicznie, jedna zapala drugą, wzniecając ogromny pożar, podobnie jak rzucony z urwiska kamień popycha i pociąga za sobą inne kamienie, które spadając lawiną są już obce pierwotnemu ruchowi ręki. W jej sercu zrodził się cel, który w przeciągu jednej nocy wyzwolił wszystkie jej siły dotychczas nie ogarnione, szokujące ją samą, zdolne z lekkością unieść ciężary, jakich sobie nawet nie wyobrażała. Tak właśnie człowiek nie będąc tego świadomym długo stoi odwrócony plecami do tajemniczego i upragnionego celu; patrząc z boku wydaje się, że drzemie lub zabawia się błahostkami, ale nagle, odwróciwszy głowę, wita z okrzykiem zachwytu cudowną bliskość skarbu, i koncentrując w sobie całe uniesienie, błyskawicznie zagarnia zdobycz. Ona żyła już potężną wizją, niszczącą wszystkie rachuby losu.
Runa, podjeżdżając do więzienia, ze zdziwieniem odkryła, czego to dokonała w ciągu tych dwudziestu czterech godzin. Nie była zmęczona; chociaż konie mknęły szybko, ciągle chciała jakby unieść się, rzucić się do przodu, bo, jak się jej wydawało, coś jak gdyby przynaglało ją do pośpiechu. Dojechała na miejsce w ciągu piętnastu minut.
Oto i — więzienie! Tu, na głuchym placu snuły się cienie psów; lampy ciasnej bramy zaduszonej wieżyczkami oświecały okratowane okienko, w którym zamajaczyły wąsy i lakierowany daszek czapki. Długo zgrzytał zamek; jego skomplikowany mechanizm zdawał się wskazywać, że ta brama obita calową żelazną blachą otwiera się raz na tysiąc lat. Wkroczyła w nią czując się jak Roland rozcinający mieczem skałę. Strażnik, odrzuciwszy ceratowy kapiszon płaszcza, poprowadził ją przez ogromne podwórze: z przodu pobłyskiwały mętnie okna sześciopiętrowego budynku, przypominającego górę usianą tlącymi się ogniskami.
Dom naczelnika znajdował się w ogrodzie przylegającym do więzienia. Jego okna świeciły przytulnie, na zasłonach ślizgały się niewyraźne cienie. Runę poprowadziła służąca, zapewne zaszokowana jej niezwykłym pojawieniem o tak późnej porze. Otworzywszy drzwi do przedpokoju, niemal popchnęła ją na krzesło i szybko oddaliła się z listem do przyległych pokoi, skąd dolatywał spokojny harmider ożywionych głosów. To naczelnik spędzał czas w gronie rodzinnym.