Migotliwy swiat
- Автор: Грин Александр Степанович
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Pozna
- Переводчик: Antoni Malinowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Migotliwy swiat». Краткое содержание книги:
Drud zrozumiał, ale z ostrożności nie powiedział niczego, tylko kiwnąwszy, ścisnął drżącą, zimną rękę. Kamień pierścienia wbił się w jego dłoń. Naczelnik sztywno ukłonił się dziewczynie i ruszył ku drzwiom; na progu zatrzymał się:
— Uprzedzam was, pięćdziesiąty trzeci, że nie powinniście wykorzystywać tej sytuacji w żadnych celach, które naruszyłyby regulamin więzienny. W przeciwnym wypadku będą zastosowane jeszcze bardziej surowe środki dyscyplinarne.
— Tak, nie ucieknę w ciągu tych dwudziestu minut — powiedział Drud. — Rozumiemy się.
Naczelnik w milczeniu spojrzał na niego, chrząknął i wyszedł. Drzwi szczelnie zamknęły się.
Teraz dziewczyna już bez przeszkód mogła z odległości dwóch kroków przyjrzeć się człowiekowi, który zasugerował jej wielkie marzenie. Był w więziennym ubraniu ze zgrzebnej flaneli w paski; miał splątane włosy i wychudłą twarz. W głęboko zapadłych oczach czaił się cień, przykrywający nieuchwytne migotanie ogromnych źrenic, w których, wydawało się, porusza się nieprzebrany tłum lub faluje wzburzone morze, albo też budzi się z nocnego życia pustynia. Oczy te narzucały obserwatorowi skojarzenia nie mające ani nazwy, ani miary. Tak zapewne patrzy królik w oczy lwa lub dziecko w twarz dorosłego. Runę przeszył chłód, ale bez trudu szybko opanowała się. Przez cały czas spotkania czuła się jednak jak pod wielkim dzwonem poddana ogłuszającej władzy jego wibracji.
— Głucha noc — powiedział Drud. — Pani, tu, na podstawie pozwolenia? Kim pani jest? Po co?
— Mówmy ciszej. Nie mamy dużo czasu. Proszę nie pytać, sama wszystko opowiem.
— Ale jeszcze pani nie wierzę — Drud pokiwał głową. — Wszystko to jest niezwykłe. Pani jest zbyt piękna. Może to kolejny podstęp? Jaki? Na czym polega? Sam nie wiem. Ludzie są bardzo pomysłowi. Ale… niech pani mówi; nie chcę zabierać pani czasu swoimi przypuszczeniami. Jaka to tajemnica?
— Nie ma tajemnic. Jestem szczera. Chcę uczynić pana wolnym.
— Wolnym — powiedział Drud przystępując do niej na tyle, na ile pozwalał łańcuch.
— Pani użyła nie tego słowa. Jestem zawsze wolny, nawet tu. — Coś obmyślał, bezdźwięcznie poruszając ustami. — Ale tu nie chcę więcej przebywać. Uśpiono mnie. Przebudziłem się zakuty w żelazie.
— Wiem wszystko.
— Słucham panią.
Runa wyciągnęła z fałdów sukni maleńkie zawiniątko grubości ołówka i rozerwała. W jej ręku błysnęły dwa ostrza, dwie stalowe, cienkie jak łodyżka piłki — szczyt najnowszej techniki. Te wyroby, zahartowane w skomplikowany sposób, używane w Azji, przepiłowują stal tak łatwo jak drewno, w kilka minut zaledwie.
— Dostałam je przypadkowo, prawie cudem i to w ostatniej chwili przed wyjazdem; osoba, która mi je wręczyła, zapewniała, że nie ma lepszego narzędzia tego rodzaju.
Drud wziął podarek, patrząc na Runę tak uważnie, że aż stropiła się.
— Biorę — powiedział — dziękuję, jestem zaskoczony. Kim pani jest, cudowny gościu?
— Należę do tej grupy ludzi, która jest silna dzięki stosunkom i bogactwom; wszystko jest mi na ziemi dostępne. Byłam w cyrku. Od tego pamiętnego wieczoru, niech pan o tym pamięta i rozbuduje w sobie to, czego nie zdążę opowiedzieć — minęły dwie noce, ale one są warte stulecia. Przyszłam do pana powodowana jego niezwykłą siłą; los mnie tu przywiódł. Jestem z tych, którzy wierzą w siebie. Nie mam drobnych planów, mizernych zamiarów, skrytych czy podstępnych myśli. Chcę poznać pana w nieskrępowanej i wyczerpującej rozmowie tam, gdzie ją pan wyznaczy. Czuję, że obudził pan we mnie jedną z tych sił, którymi dysponuje; cel jeszcze nie jest jasny, ale wielki. Zapewne ma pan cele, które nie są mi znane — wszystko należy wyjaśnić podczas następnego spotkania. Wiele chciałabym powiedzieć, ale teraz nie znajduję ani odpowiednich słów, ani gestów. Pojawią się one później. Najważniejsze to — chciałabym wiedzieć, gdzie mogła bym odnaleźć pana.
Roznamiętniała się powoli od wewnątrz, jak obłok ulegający z wolna blaskowi słońca. Jej piękność znalazła teraz swój najwyższy wyraz w pozie, którą przybrała, w bezgranicznie śmiałym spojrzeniu i czystym, dźwięczącym głosie. Wydawało się, że to obrazy poematu, wysłuchanego w mrocznej samotności, coraz bardziej subtelne, coraz bardziej promiennie ogarniają duszę, zniewalając ją jasnym wcieleniem cudownych tajemnic; i Drud zrozumiał, że w tym świecie, który porzucił, nie spotkał bardziej zniewalającej siły kobiecego uniesienia.
Chciała znowu mówić, ale powstrzymał ją ruchem skutych rąk.
— A więc to pani — z przekonaniem powiedział, to pani i nikt inny krzyknął wówczas do mnie. Nie dosłyszałem słów. Runa Beguem — kobieta niosąca wyzwolenie, z taką odwagą niosąca wyzwolenie, może żądać wszystkiego, nawet życia. Chociaż jest coś ważniejszego. Ale czas biegnie. Spotkamy się. Jutro zniknę, a wieczorem zjawię się u pani; te łańcuchy, które upodobniają mnie do psa lub niebezpiecznego wariata, były jedyną przeszkodą, ale pani pokonała ją. O tak! Tu mnie pilnują. Specjalnie postawiony wartownik jest zawsze przy drzwiach i ma rozkaz mnie zabić, jeśli zajdzie konieczność. Ale… co pani zamyśliła? Jedno jest pewne: wystarczy tylko zapragnąć, a ja znam drogę, i cała ludzkość wkroczyłaby w krainę Kwitnących promieni, zmiatając przeszłość spod nóg swoich bez żadnego westchnienia.
— Zrobiłam wszystko, co mogłam, dowiedziałam się, co trzeba, teraz odchodzę, ale nie zostawiam pana samego. Niech pan ucieka. Do widzenia!
— Niech Bóg błogosławi panią — powiedział Drud — to nie słowa wdzięczności, ale życzenie mego serca.
Uśmiechnęła się całym obliczem, jak człowiek, którego radość wypełniła całą istotę. Nie będąc w stanie wyciągnąć ręki, Drud uniósł obie — związane i rozdzielone kajdanami. Uścisnął wyciągnięte ręce Runy, miękko potrząsnął i dziewczyna oddaliła się.
W tym momencie, jak gdyby oboje odgadli kończący się czas wizyty, skrzypnęły i otworzyły się drzwi; na progu zjawił się naczelnik, chowając zegarek:
— Czas minął, odprowadzę panią.
Runa skinęła głową. Wyszła z więzienia i powróciła do swego powozu.
Gdy długo spogląda się na jasno płonący ogień, a potem odwróci spojrzenie w ciemność, to zachowuje ono utrwalony blask węgli, jego zwiewne jaśnienie. Runa powracając pośród budynków i ulic nie przestawała widzieć więzienia.
XII
Na czuwającego w śpiącym domu czyha sen, który osacza i dusi. Ten obcy sen przypomina nurt, w którym stoi człowiek przeciwstawiający się naporowi wody. A prąd wody napiera, kołysze, mami i pociąga; jeśli zrobisz krok, to zostaniesz od razu wchłonięty. „Oni śpią — myśli ten, kto czuwa. — Wszyscy śpią” — mówi ziewając, i ta leniwa, zawistna myśl, która powtarza się wiele razy w obrazie przytulnej, ciepłej pościeli, wtłacza w odrętwienie, członki stają się ociężałe i wrażliwe, ruchy nieskoordynowane; stłamszona świadomość błąka się bez celu gdziekolwiek i byle jak: albo wokół skrzypienia podeszwy, pulsowania krwi w skroniach, albo zacznie rozważać o wieczności, praprzyczynie wszelkich przyczyn. Głowa trzyma się na szyi — to jasne, bo jeszcze ciąży, a oczy już się kleją; chce się zdrzemnąć czyli przejść w ten ciekawy i mało zbadany stan, gdy sen i jawa zamierają we wzajemnej kojącej walce.