Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
– Poinformujcie ludzi na dole, że mają być gotowi – rzekł Ituralde, popatrując przez swoje zwierciadło. – Przygotujcie kłody.
Służba przekazała rozkazy oczekującym oddziałom poprzez bramę. Straszliwa armia stworów parła naprzód, ściskając olbrzymie miecze, powykręcane kije i drągi służące do strącania ludzi z koni. Przechodząc przez przesmyk, bestie podniosły straszliwą wrzawę, zaś pomiędzy chmurami raz po raz błyskały pioruny.
„Najpierw kłody” – pomyślał Ituralde.
Kiedy Trolloki doszły do połowy przesmyku, Aielowie odwiązali stosy naoliwionych pni drzew – w lasach było wiele martwych drzew, a Ituralde nie miał problemu z przetransportowaniem ich przez bramy – i podpalili je.
Setki płonących kłód potoczyły się w dół, ku przesmykowi, spadając na Trolloki. Naoliwione kłody sprawiały, że ciała bestii zajmowały się ogniem. Stwory wyły, jęczały i piszczały, w zależności od miejsca, w które je trafiono. Ituralde uniósł zwierciadło i obserwował je, czując wielką satysfakcję.
To była nowość. W przeszłości nigdy nie odczuwał satysfakcji, widząc, jak jego wrogowie umierają. Oczywiście był zadowolony, jeśli plan zadziałał. Prawdę rzekłszy, celem walki było ujrzenie wrogów martwych, a swoich ludzi żyjących – ale nigdy nie odczuwał z tego powodu radości. Im dłużej walczyłeś, tym bardziej postrzegałeś wrogów jako podobnych sobie. Sztandary zmieniały się, lecz szeregowcy byli zawsze tacy sami. Pragnęli zwyciężyć, ale zazwyczaj bardziej interesował ich smaczny posiłek, koc do spania i buty bez dziur.
Tym razem było inaczej. Ituralde pragnął widzieć bestie martwe. Wręcz tego pożądał. Gdyby nie Trolloki, nie musiałby przechodzić wszystkich cierpień w Maradonie. Gdyby nie one, jego ręka nie zadrżałaby na dźwięk rogów obwieszczających wojnę. Trolloki zniszczyły go.
W rewanżu on zniszczy je.
Trolloki z trudem przedostawały się przez zwały kłód. Wiele z nich płonęło, a Myrddraale zmuszały je do dalszego marszu za pomocą batów. Wiele stworów wydawało się mieć ochotę pożreć ciała poległych. Obrzydliwy zapach sprawiał, że bestie zaczynały być głodne. Upieczone ciała. Dla Trolloków miały zapach świeżego chleba.
Przeklęci zdołali popchnąć je do przodu, ale już wkrótce natknęły się na kolejną zasadzkę przygotowaną przez Ituralde. To, co zrobiono, było podstępem. Nie było możliwe wbicie włóczni ani też wykopanie rowów w litej skale, chyba że doprowadziło się przenoszących do całkowitego wyczerpania. Ituralde mógł usypać stosy kamieni albo ziemi, ale Trolloki były wielkie, a sterty, które mogły powstrzymać ludzi, nie były tak efektywne w przypadku Trolloków. Poza tym, usypanie stert ziemi lub kamieni wymagałoby zaangażowania ludzi, którzy potrzebni byli do przygotowywania fortyfikacji w dolinie.
Ituralde wcześnie nauczył się, że w trakcie walk obronnych ważne jest, by fortyfikacje były stopniowo coraz trudniejsze. Można było przetrwać dłużej, jeśli powstrzymało się wroga przed nabraniem impetu.
W końcu skutecznym rozwiązaniem okazało się coś nieskomplikowanego. Jeżyny.
Ituralde pamiętał ich gęste, suche i martwe zarośla w Arad Doman. Jego ojciec był rolnikiem i zawsze narzekał na kolczasty gąszcz. Cóż, jeśli ludziom czegoś teraz nie brakowało, to uschniętych roślin. Drugą rzeczą była ludność. Tysiące odpowiedziały na prośbę Smoka i przyłączyły się do armii, ale wielu z Zaprzysiężonych Smokowi miało niewiele doświadczenia wojennego.
Kiedy nadejdzie czas, Ituralde oczywiście pośle ich do walki. Na razie jednak rozkazał im zająć się wycinaniem ogromnych, kolczastych krzaków. Związano je i umieszczono w przesmyku. Wiązki miały grubość dwudziestu stóp a wysokie były na osiem. Kolczaste bele nietrudno było porozmieszczać – o wiele łatwiej niż kamienie czy ziemię – a ich nagromadzenie sprawiało, że Trolloki nie mogły ich tak po prostu zepchnąć ze swej drogi. Pierwsze szeregi bestii, które natknęły się na krzaki, próbowały to zrobić, ale skończyło się na tym, że w ich cielska wbiły się pięciocalowe kolce. Tylne szeregi napierały, co powodowało, że Trolloki idące na czele pochodu, zmuszone do odwrotu, wpadały na tylne szeregi.
Większa część sił Trolloków znalazła się w impasie, zdana na łaskę Ituralde.
A on nie miał litości dla Pomiotu Cienia.
Ituralde dał sygnał i obecny przy nim Asha’man – Awlsten, jeden z tych, którzy służyli mu pod Maradonem – wystrzelił w powietrze smugę jasnoczerwonego światła. Po obu stronach przesmyku pojawili się inni Aielowie i zaczęli zrzucać głazy oraz płonące kłody na schwytane w pułapkę Trolloki. Runął deszcz strzał i kamieni. W zasadzie w stronę bestii poleciało wszystko, co dało się wystrzelić, rzucić lub spuścić.
Atak przypuszczony przez ludzi Ituralde miał miejsce daleko w dole przesmyku, w samym środku hordy Trolloków. To sprawiło, że połowa musiała się cofnąć i uciekać, podczas gdy inne parły do przodu, chcąc się wydostać. Zmiatały swoich pobratymców znajdujących się z przodu, rzucając wprost na krzaki jeżyn.
Niektóre stwory niosły tarcze i próbowały się nimi osłaniać przed śmiertelnym gradem. Trolloki, które zbiły się w grupy, tworzyły coś w rodzaju muru z tarcz. Wtedy uderzyli przenoszący Ituralde, rozrywając bestie na części.
Do tego zadania nie mógł włączyć dużej liczby przenoszących – większa część z nich powróciła do doliny, by tworzyć bramy potrzebne do transportu zapasów i uważać na przenoszących wspierających wroga. Już po raz drugi natknęli się na Władców Strachu. Tą operacją dowodziły Aviendha i Cadsuane Sedai.
Niektóre Trolloki próbowały strzelać do obrońców znajdujących się na górze, ale liczba ofiar narastała w związku z tym, że idący na czele armii Pomiot Cienia usiłował wyrąbać sobie drogę poprzez kolczaste zasieki. To był powolny marsz.
Ituralde obserwował, zachowując zimną krew i kamienny wyraz twarzy, podczas gdy Myrddraale smaganiem usiłowały zmusić bestie do biegu. To sprawiło, że walczące z kolcami stwory, które szły na czele pochodu, nadziewały się na ciernie i były tratowane.
Ku wschodniemu końcowi przesmyku popłynął strumień krwi, a Trolloki zaczęły się ślizgać. Pięć albo sześć przednich szeregów parło do przodu, łamiąc kolce, które utkwiły w ciałach stworów.
Jednakże przedarcie się zabrało bestiom około godziny. Pozostawiły ciała tysięcy poległych, po czym natknęły się na kolejne zasieki, gęstsze i wyższe niż pierwsze. Ituralde umieścił ich siedem w pewnych odstępach. Drugie zasieki były największe i dały pożądany efekt. Na ich widok Trolloki zatrzymały się na krótko. Potem chciały zawrócić. Zbiorowe zaskoczenie przyniosło rezultaty. Znajdujące się z tyłu Trolloki wyły i krzyczały, prąc naprzód. Te z przodu warczały, próbując przedrzeć się przez krzaki. Niektóre stały jak odurzone. Ze wszystkich stron nadlatywały strzały, spadały kamienie i płonące kłody.
– Cudownie – wyszeptał Alsalam.
Ituralde stwierdził, że jego ramię już nie drży. Opuścił zwierciadło.
– Chodźmy.
– Bitwa jeszcze się nie zakończyła! – zaprotestował król.
– Zakończyła się – odrzekł Ituralde, odwracając się. – Na razie.
Miał rację. Cała armia Trolloków za ich plecami rozpierzchła się – słyszał, że to się dzieje – i uciekała na wschód, jak najdalej od doliny.
„Zyskaliśmy jeden dzień” – pomyślał Ituralde. Powrócą rankiem, przygotowani. Będą mieli więcej tarcz i lepszą broń, za pomocą której zetną kolce.
Ale nadal będzie lała się ich krew. Będzie się lała strumieniami.