Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
Elayne nie przyglądała się wymianie strzał – była zbyt skoncentrowana na smokach – ale dostrzegła, że szeregi jej armii zostały rażone strzałami o czarnych piórach, pod naporem których ludzie padali, krwawiąc.
Trolloki uderzyły we frontowe szeregi kuszników i włóczników, które właśnie robiły miejsce dla halabardników. Nikt nie walczył ze stworami za pomocą mieczy i buzdyganów, przynajmniej nie wtedy, gdy poruszano się pieszo.
– Jedźmy – powiedziała Elayne, kierując Cień Księżyca do przodu.
Birgitte podążyła za nią. Elayne wyczuła jej niechętną rezygnację. Pojechały w dół zbocza, mijając oddziały czekające w rezerwie i włączyły się do bitwy.
Rodel Ituralde prawie zapomniał, co to znaczy mieć wystarczające zasoby pod swoją komendą.
Minęło już sporo czasu od chwili, gdy dowodził legionami ludzi i chorągwiami łuczników. Choć raz jego ludzie nie głodowali, a Uzdrowiciele, wytwórcy strzał i dobrzy kowale gotowi byli pomagać jego oddziałom i naprawiać sprzęt każdego wieczoru. Jakże cudownie było poprosić o coś – nieważne, jak bardzo zwykła to była rzecz – i otrzymać to w ciągu godziny!
Wciąż zanosiło się na to, że przegra. Napotykał na niekończące się hordy przeciwników, tuziny Władców Strachu i nawet na paru Przeklętych. Doprowadził swoje siły do tej ślepej doliny, oblegając klejnot ziem Czarnego – jego podnóżek, czarną górę. A teraz słońce zniknęło, choć Aes Sedai zapewniały, że to przeminie.
Ituralde pyknął z fajki, jadąc na koniu wzdłuż górskiego grzbietu, który był północnym krańcem doliny. Tak, przegrywał. Ale dysponując tymi siłami, przegra w pięknym stylu.
Jechał dalej, dotarłszy do punktu znajdującego się nad przesmykiem prowadzącym do Thakan’dar. Dolina, położona w samym sercu Spustoszonych Ziem, rozciągała się ze wschodu na zachód, przy czym Shayol Ghul znajdowało się na zachodzie, zaś przełęcz po wschodniej stronie doliny. W miejsce to można było dotrzeć po godzinach ciężkiej wspinaczki – albo jednym szybkim krokiem przez bramę. Miejsce było przydatne, tak. Idealne, by śledzić jego obrońców.
Przejście do Shayol Ghul przypominało wielki kanion, szczyt, który nie był dostępny od wschodniej strony, chyba że użyło się bramy. Dzięki niej Ituralde mógł dotrzeć na szczyt i popatrzeć z góry na kanion, który był prawdopodobnie na tyle szeroki, by mogło pomaszerować pięćdziesięciu ludzi idących ramię w ramię. Idealne wąskie gardło. Ituralde mógłby umieścić na górze łuczników, którzy raziliby strzałami wrogów przemierzających przesmyk.
Przez panującą na niebie czerń wreszcie, niczym roztopione żelazo, przebiło się słońce. A więc Aes Sedai miały rację. Jednakże błyskawice wciąż powracały, jak gdyby chciały pochłonąć całe niebo.
Ponieważ Shayol Ghul znajdowało się w Spustoszonych Ziemiach, powietrze było wciąż na tyle przeszywająco zimne, że Ituralde nałożył zimowy wełniany płaszcz, a jego oddech przybierał białą barwę. Nad doliną wisiała mgła, co prawda rzadsza niż wówczas, gdy jeszcze trwała praca w kuźniach.
Opuścił wylot kanionu i wycofał się w kierunku swoich towarzyszy. Poszukiwaczki Wiatru i inni wysoko postawieni członkowie Ludu Morza stali w długich płaszczach, które – targując się ostro, oczywiście – uzyskali przed wyruszeniem na północ. Kolorowe szaty przebijały spod spodu. One oraz wiele ornamentów na ich twarzach stanowiły dziwny kontrast z matowymi ciemnobrązowymi płaszczami.
Ituralde był Domani. Brał już udział w kontaktach z Ludem Morza. Jeśli okażą się choć w połowie tak wytrwali podczas bitwy, jak byli w negocjacjach, byłby naprawdę szczęśliwy, mając ich u swego boku. Nalegali na to, by znaleźć się dokładnie w tym miejscu, tak by móc zobaczyć dolinę i przesmyk do niej wiodący.
Kobieta stojąca na przedzie samą Mistrzynię Statków we własnej osobie. Zaida din Parede Blackwing. Niska kobieta miała ciemną skórę. W jej ciemnych krótkich włosach widoczne były pasma siwizny.
– Poszukiwaczki Wiatru wysłały do ciebie wiadomość, Rodelu Ituralde – powiedziała. – Atak już się rozpoczął.
– Atak?
– Przynoszący Wiatry – rzekła Zaida, popatrując na niebo, gdzie z łoskotem przesuwały się i burzyły ciemne chmury. – Ojciec Burz. Zniszczyłby cię siłą swego gniewu.
– Twoi ludzie jakoś sobie z tym radzą, prawda?
– Poszukiwaczki Wiatru używają do tego celu Czary Wiatrów – odrzekła Zaida. – Gdyby tak nie było, on zniszczyłby nas nawałnicami.
Wciąż obserwowała niebo, podobnie jak wielu z jej towarzyszy. Ituralde towarzyszyło mniej więcej stu członków Ludu Morza, nie licząc Poszukiwaczek Wiatru. Większa część pozostałych pracowała w zaopatrzeniu armii, dostarczając na cztery bitewne fronty strzały, jedzenie i wszelki sprzęt. Wydawali się szczególnie zainteresowani wozami napędzanymi parą, choć Ituralde nie mógł pojąć dlaczego. Urządzenia nie mają wiele wspólnego z końmi.
– Konfrontacja z Czarnym będzie jak spotkanie dwóch porywów wiatru – powiedziała Zaida. – Będziemy śpiewać o tym dniu pieśni. – Spojrzała na Ituralde. – Musisz chronić Coramoora – dodała surowo, jak gdyby go łajając.
– Wykonam swoje zadanie – odrzekł Ituralde, ruszając. – A wy wykonajcie swoje.
– Ta transakcja została przypieczętowana dawno temu, Rodelu Ituralde – zawołała w ślad za nim.
Skinął głową, kontynuując swój marsz wzdłuż krawędzi. Żołnierze stojący na posterunkach obserwacyjnych zasalutowali, gdy przechodził. Przynajmniej ci, którzy nie byli Aielami. Było ich na górze mnóstwo. Tutaj byli potrzebni ze swymi łukami. Ituralde odesłał większość Tairenian na dół, gdzie ich piki i kije będą najbardziej przydatne. Dzięki nim zdobędą drogę do Shayol Ghul.
Rozległ się daleki dźwięku rogu Aielów. Sygnał od zwiadowców. Trolloki wkroczyły do przesmyku. Nadszedł czas.
Pogalopował skrajem krawędzi ku dolinie, a w ślad za nim inni dowódcy oraz król Alsalam. Kiedy dotarli do miejsca, w którym znajdował się główny punkt obserwacyjny, z którego doskonale widać było przesmyk, Ituralde wyjął zwierciadło.
Ujrzał przesuwające się Cienie. Po chwili zobaczył hordy Trolloków prące naprzód i szaleńczo smagane biczami. Przez chwilę znowu był w Maradonie, widząc swoich ludzi – dobrych ludzi – jak padają jeden za drugim. Tratowanych na fortyfikacjach wzgórz, zabijanych na ulicach miasta. Eksplozję na murach.
Jeden akt desperacji po drugim. Zabijał tylu, ilu mógł. Był niczym krzyczący człowiek, który okłada kijem wilki rozrywające go na strzępy, i mający nadzieję, że przynajmniej jednego z nich pociągnie za sobą w ostateczną ciemność.
Ręka, w której trzymał zwierciadło, zadrżała. Zmusił się, by powrócić do teraźniejszości i broniących się ludzi. Było tak, jak gdyby przegrywając bitwę, tracił swoje całe życie. To wymagało ofiary. Nocą słyszał nadchodzące Trolloki. Parskanie, węszenie, stukot podków o kamienie. Wspomnienia z Maradonu.
– Spokojnie, stary przyjacielu – rzekł król Alsalam, podjeżdżając ku niemu. Miał łagodny głos. Zawsze potrafił uspokoić innych. Ituralde był pewien, że kupcy z Arad Doman właśnie dlatego go wybrali. Kiedy chodziło o wojnę lub handel, rozpętywały się potężne nawałnice – Domani traktowali te dwie kwestie jako jedną bestię. Ale Alsalam… potrafił uspokoić oszalałego kupca, który właśnie stracił na morzu całą swą flotę.
Ituralde skinął głową. Obrona doliny. To na niej powinien się skoncentrować. Utrzyma ją, nie pozwalając Trollokom przedrzeć się do Thakan’dar. Niech to szlag, utrzyma się przez miesiące, jeśli tego będzie potrzebował Smok Odrodzony. Każda inna walka – każda inna bitwa, w której walczył – będzie bez znaczenia, jeśli w tej Ituralde poniesie klęskę. Nadszedł czas, by zastosować każdy fortel, jaki znał, każdą strategię. Każdy moment zwłoki mógł kosztować Randa al’Thora czas, którego potrzebował.