Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
— Nie, nie trzeba. Jestem gotowa.
— Pójdziesz z tym warkoczem?
— Tak. I zamknijcie się obie. Wychodzimy.
Czaardan stał już w komplecie na zewnątrz. Wszyscy założyli najmniej znoszone ubrania, Kocimiętka chyba naprawdę przyciął i przyczesał wąsy. Poza tym wyglądali trochę dziwnie bez pancerzy i hełmów. Laskolnyk skinął jej tylko głową i wskazał na kilku żołnierzy w żółtych jakach.
— Nasza eskorta. I zostaw szablę, córuchna, mamy iść bez broni.
Odpięła pas i wrzuciła go do namiotu. Bez broni. Psiakrew.
Ruszyli całą ósemką, prowadzeni przez zbrojnych. Obóz był rozległy, a im wyznaczono miejsce na nocleg na jego samym skraju. Najwyraźniej imię Genno Laskolnyka miało tu mniejsze znaczenie niż w Imperium.
Lea trąciła ją w bok.
— Teraz się przekonamy.
— O czym?
— Czy naprawdę rządzi nimi issarska dzikuska. Matka mi o nich opowiadała. Zasłaniają twarze, żeby nie było widać, jak wielkie mają zęby, i żywią się ciałami zabitych wrogów.
— Lea — Laskolnyk mruknął pod nosem, nawet nie odwracając głowy.
— Tak, kha-dar?
— Nie odzywasz się bez potrzeby, a jeśli zostaniesz o coś zapytana, odpowiadasz prosto i grzecznie. Wiem, jakie przesądy mają plemiona Małych Stepów, i nie życzę sobie, żebyś coś palnęła.
— To nie przesądy. Matka mówiła mi…
— To rozkaz.
— Tak jest, kha-dar.
Mijali kolejne rzędy namiotów, wielkie kotły zwieszające się nad ogniskami, pawęże i długą broń na stojakach. Większość czekających na posiłek żołnierzy wciąż miała na sobie łuskowe pancerze, nagolenniki i wysokie hełmy. W migotliwym świetle ogni i pochodni konowerska ciężka piechota sprawiała wrażenie ożywionych granitowych posągów, które tylko czekają, by ruszyć i zmiażdżyć wroga.
— Wyglądają na twardych sukinsynów, prawda, kha-dar?
— I tacy są, Sarden. Czytałem raporty Kciuka.
— Będzie trudno, co? Znaczy… naszym pod miastem.
— Zobaczymy. A teraz cisza. Zbliżamy się.
Zbliżali. Kailean zerknęła zza pleców Jannego i musiała przyznać, że najwyraźniej władczyni Konoweryn wiedziała, co dobre. Jej namiot miał wielkość sporego zajazdu i zapewne podobną liczbę „pokoi” wewnątrz. Otaczał go pierścień pochodni i kordon żołnierzy podobnych do tych, którzy im towarzyszyli.
A jeden z nich bez żadnych ceregieli odchylił klapę namiotu i powiedział do nich bezbłędnym meekhem:
— Deana d’Kllean, Pani Oka, Płomień Agara czeka. Wejdźcie.
W środku płonęły lampy oliwne, przykryte szklanymi kloszami i rozsiewające korzenne zapachy. Młoda służąca ukłoniła się w milczeniu i poprowadziła ich do głównego pomieszczenia, gdzie czekał stół zastawiony srebrem i otoczony tuzinem krzeseł.
Gdy weszli, wysoka kobieta ubrana w luźną suknię w odcieniu bladego różu wstała i skinęła im głową na powitanie. Nie, Kailean poprawiła się zaraz, nie im, tylko Laskolnykowi, choć trudno było stwierdzić, gdzie ona patrzy, bo twarz kryła za matową zasłoną, zza której ledwo błyskały oczy. W postawie tej kobiety – w dwóch krótkich szablach, których pasy opinały jej talię, w sposobie, w jaki stała – było coś dzikiego i groźnego. Plotki o tym, że potrafi władać bronią i nie stroni od sięgania po żelazo, musiały zawierać ziarno prawdy.
— Czuję się zaszczycona, mogąc gościć sławnego generała Genno Laskolnyka, pogromcę wschodnich barbarzyńców — powiedziała gospodyni.
Kailean drgnęła zaskoczona. Nie tym, że władczyni Konoweryn posługuje się mową Imperium, lecz tym, że mówi nią tak doskonale. Przecież nawet Kailean, gdyby znalazła się w centralnych prowincjach, od razu zostałaby rozpoznana po akcencie jako dzikuska ze Wschodu. Ta kobieta mówiła bezbłędnie. Jak urodzona w sercu Meekhanu szlachcianka.
Kha-dar ukłonił się uprzejmie i dokonał krótkiej prezentacji czaardanu. Zakryta tkaniną twarz Pani Oka obracała się ku każdemu z jego członków i obdarowywała go lekkim skinieniem.
— Miło mi — rzuciła na koniec. — Siadajcie, proszę.
Zajęli miejsca i przez chwilę patrzyli tylko na puste talerze i kielichy. Na Wschodzie gości zapraszało się do stołu, który już uginał się od jadła. Deana d’Kllean musiała dobrze odczytać ich miny, bo odezwała się z wyraźnym zakłopotaniem w głosie:
— Jesteście zdrożeni i spragnieni. Tutaj posiłki zaczyna się od podania gościom wody i wina… — Zaklaskała w dłonie i wokół stołu zakręciły się służące z karafkami i dzbankami.
Trzy kielichy stojące przed Kailean zostały napełnione z wdziękiem, który świadczył o znakomitym wyszkoleniu służby. Woda, wino jasne jak miód i ciemne niczym krew. Do wyboru, do koloru.
— Wybaczcie, że nie dotrzymam wam towarzystwa przy posiłku — powiedziała gospodyni. — Zwyczaje mojego ludu zabraniają mi odkrywania twarzy.
Na te słowa Laskolnyk wstał i przykładając rękę do serca, skłonił się nisko.
— Zwyczaje Issaram nie są mi obce, pani. Dlatego nie musisz nas przepraszać. Pozwolę sobie jednak wznieść pierwszy toast. Za Panią Oka, tę, która została wybrana przez Agara od Ognia, władczynię klejnotu Dalekiego Południa, Białego Konoweryn.
Uniósł kielich wypełniony złotym trunkiem. Kailean wstała tak jak reszta i upiła łyk z kryształowego kielicha. Delikatny, lekko kwaskowaty posmak kwiatów i owoców podrażnił jej język. To wino było lekkie jak chmurka. Trzeba będzie z nim uważać.
— Dziękuję. — Deana d’Kllean nieznacznym machnięciem ręki podziękowała za toast. — Muszę przyznać, że słusznie mnie przed tobą ostrzegano, generale.
— Ostrzegano?
— Owszem. Mówiono, że pod maską twardego żołnierza kryje się zręczny dworzanin i polityk.
Władczyni Konoweryn zaklaskała ponownie i na stół zaczęto wnosić parujące półmiski. Koronne miejsce zajęło jagnię pieczone w całości, lecz wokół niego już wkrótce rozsiadły się naczynia z drobiem, wieprzowiną, rybami i pasztetami. Oraz kaszą, ryżem, soczewicą podawaną na przynajmniej pięć sposobów i jakimś tuzinem sosów. Kailean westchnęła i zrozumiała, że zabranie Berdetha ze sobą było błędem; teraz miała wrażenie, że każda kolejna potrawa rozsadzi jej nos iście boskim aromatem, i ledwo nadążała z przełykaniem śliny.