Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 142 143 144 145 146 147 148 149 150 ... 210
Перейти на страницу:

— Nie, nie trze­ba. Je­stem go­to­wa.

— Pój­dziesz z tym war­ko­czem?

— Tak. I za­mknij­cie się obie. Wy­cho­dzi­my.

Cza­ar­dan stał już w kom­ple­cie na ze­wnątrz. Wszy­scy za­ło­ży­li naj­mniej zno­szo­ne ubra­nia, Ko­ci­mięt­ka chy­ba na­praw­dę przy­ciął i przy­cze­sał wąsy. Poza tym wy­glą­da­li tro­chę dziw­nie bez pan­ce­rzy i heł­mów. La­skol­nyk ski­nął jej tyl­ko gło­wą i wska­zał na kil­ku żoł­nie­rzy w żół­tych ja­kach.

— Na­sza eskor­ta. I zo­staw sza­blę, có­ruch­na, mamy iść bez bro­ni.

Od­pię­ła pas i wrzu­ci­ła go do na­mio­tu. Bez bro­ni. Psia­krew.

Ru­szy­li całą ósem­ką, pro­wa­dze­ni przez zbroj­nych. Obóz był roz­le­gły, a im wy­zna­czo­no miej­sce na noc­leg na jego sa­mym skra­ju. Naj­wy­raź­niej imię Gen­no La­skol­ny­ka mia­ło tu mniej­sze zna­cze­nie niż w Im­pe­rium.

Lea trą­ci­ła ją w bok.

— Te­raz się prze­ko­na­my.

— O czym?

— Czy na­praw­dę rzą­dzi nimi is­sar­ska dzi­ku­ska. Mat­ka mi o nich opo­wia­da­ła. Za­sła­nia­ją twa­rze, żeby nie było wi­dać, jak wiel­kie mają zęby, i ży­wią się cia­ła­mi za­bi­tych wro­gów.

— Lea — La­skol­nyk mruk­nął pod no­sem, na­wet nie od­wra­ca­jąc gło­wy.

— Tak, kha-dar?

— Nie od­zy­wasz się bez po­trze­by, a je­śli zo­sta­niesz o coś za­py­ta­na, od­po­wia­dasz pro­sto i grzecz­nie. Wiem, ja­kie prze­są­dy mają ple­mio­na Ma­łych Ste­pów, i nie ży­czę so­bie, że­byś coś pal­nę­ła.

— To nie prze­są­dy. Mat­ka mó­wi­ła mi…

— To roz­kaz.

— Tak jest, kha-dar.

Mi­ja­li ko­lej­ne rzę­dy na­mio­tów, wiel­kie ko­tły zwie­sza­ją­ce się nad ogni­ska­mi, pa­wę­że i dłu­gą broń na sto­ja­kach. Więk­szość cze­ka­ją­cych na po­si­łek żoł­nie­rzy wciąż mia­ła na so­bie łu­sko­we pan­ce­rze, na­go­len­ni­ki i wy­so­kie heł­my. W mi­go­tli­wym świe­tle ogni i po­chod­ni ko­no­wer­ska cięż­ka pie­cho­ta spra­wia­ła wra­że­nie oży­wio­nych gra­ni­to­wych po­są­gów, któ­re tyl­ko cze­ka­ją, by ru­szyć i zmiaż­dżyć wro­ga.

— Wy­glą­da­ją na twar­dych su­kin­sy­nów, praw­da, kha-dar?

— I tacy są, Sar­den. Czy­ta­łem ra­por­ty Kciu­ka.

— Bę­dzie trud­no, co? Zna­czy… na­szym pod mia­stem.

— Zo­ba­czy­my. A te­raz ci­sza. Zbli­ża­my się.

Zbli­ża­li. Ka­ile­an zer­k­nę­ła zza ple­ców Jan­ne­go i mu­sia­ła przy­znać, że naj­wy­raź­niej wład­czy­ni Ko­no­we­ryn wie­dzia­ła, co do­bre. Jej na­miot miał wiel­kość spo­re­go za­jaz­du i za­pew­ne po­dob­ną licz­bę „po­koi” we­wnątrz. Ota­czał go pier­ścień po­chod­ni i kor­don żoł­nie­rzy po­dob­nych do tych, któ­rzy im to­wa­rzy­szy­li.

A je­den z nich bez żad­nych ce­re­gie­li od­chy­lił kla­pę na­mio­tu i po­wie­dział do nich bez­błęd­nym me­ekhem:

— De­ana d’Klle­an, Pani Oka, Pło­mień Aga­ra cze­ka. Wejdź­cie.

W środ­ku pło­nę­ły lam­py oliw­ne, przy­kry­te szkla­ny­mi klo­sza­mi i roz­sie­wa­ją­ce ko­rzen­ne za­pa­chy. Mło­da słu­żą­ca ukło­ni­ła się w mil­cze­niu i po­pro­wa­dzi­ła ich do głów­ne­go po­miesz­cze­nia, gdzie cze­kał stół za­sta­wio­ny sre­brem i oto­czo­ny tu­zi­nem krze­seł.

Gdy we­szli, wy­so­ka ko­bie­ta ubra­na w luź­ną suk­nię w od­cie­niu bla­de­go różu wsta­ła i ski­nę­ła im gło­wą na po­wi­ta­nie. Nie, Ka­ile­an po­pra­wi­ła się za­raz, nie im, tyl­ko La­skol­ny­ko­wi, choć trud­no było stwier­dzić, gdzie ona pa­trzy, bo twarz kry­ła za ma­to­wą za­sło­ną, zza któ­rej le­d­wo bły­ska­ły oczy. W po­sta­wie tej ko­bie­ty – w dwóch krót­kich sza­blach, któ­rych pasy opi­na­ły jej ta­lię, w spo­so­bie, w jaki sta­ła – było coś dzi­kie­go i groź­ne­go. Plot­ki o tym, że po­tra­fi wła­dać bro­nią i nie stro­ni od się­ga­nia po że­la­zo, mu­sia­ły za­wie­rać ziar­no praw­dy.

— Czu­ję się za­szczy­co­na, mo­gąc go­ścić sław­ne­go ge­ne­ra­ła Gen­no La­skol­ny­ka, po­grom­cę wschod­nich bar­ba­rzyń­ców — po­wie­dzia­ła go­spo­dy­ni.

Ka­ile­an drgnę­ła za­sko­czo­na. Nie tym, że wład­czy­ni Ko­no­we­ryn po­słu­gu­je się mową Im­pe­rium, lecz tym, że mówi nią tak do­sko­na­le. Prze­cież na­wet Ka­ile­an, gdy­by zna­la­zła się w cen­tral­nych pro­win­cjach, od razu zo­sta­ła­by roz­po­zna­na po ak­cen­cie jako dzi­ku­ska ze Wscho­du. Ta ko­bie­ta mó­wi­ła bez­błęd­nie. Jak uro­dzo­na w ser­cu Me­ekha­nu szlach­cian­ka.

Kha-dar ukło­nił się uprzej­mie i do­ko­nał krót­kiej pre­zen­ta­cji cza­ar­da­nu. Za­kry­ta tka­ni­ną twarz Pani Oka ob­ra­ca­ła się ku każ­de­mu z jego człon­ków i ob­da­ro­wy­wa­ła go lek­kim ski­nie­niem.

— Miło mi — rzu­ci­ła na ko­niec. — Sia­daj­cie, pro­szę.

Za­ję­li miej­sca i przez chwi­lę pa­trzy­li tyl­ko na pu­ste ta­le­rze i kie­li­chy. Na Wscho­dzie go­ści za­pra­sza­ło się do sto­łu, któ­ry już ugi­nał się od ja­dła. De­ana d’Klle­an mu­sia­ła do­brze od­czy­tać ich miny, bo ode­zwa­ła się z wy­raź­nym za­kło­po­ta­niem w gło­sie:

— Je­ste­ście zdro­że­ni i spra­gnie­ni. Tu­taj po­sił­ki za­czy­na się od po­da­nia go­ściom wody i wina… — Za­kla­ska­ła w dło­nie i wo­kół sto­łu za­krę­ci­ły się słu­żą­ce z ka­raf­ka­mi i dzban­ka­mi.

Trzy kie­li­chy sto­ją­ce przed Ka­ile­an zo­sta­ły na­peł­nio­ne z wdzię­kiem, któ­ry świad­czył o zna­ko­mi­tym wy­szko­le­niu służ­by. Woda, wino ja­sne jak miód i ciem­ne ni­czym krew. Do wy­bo­ru, do ko­lo­ru.

— Wy­bacz­cie, że nie do­trzy­mam wam to­wa­rzy­stwa przy po­sił­ku — po­wie­dzia­ła go­spo­dy­ni. — Zwy­cza­je mo­je­go ludu za­bra­nia­ją mi od­kry­wa­nia twa­rzy.

Na te sło­wa La­skol­nyk wstał i przy­kła­da­jąc rękę do ser­ca, skło­nił się ni­sko.

— Zwy­cza­je Is­sa­ram nie są mi obce, pani. Dla­te­go nie mu­sisz nas prze­pra­szać. Po­zwo­lę so­bie jed­nak wznieść pierw­szy to­ast. Za Pa­nią Oka, tę, któ­ra zo­sta­ła wy­bra­na przez Aga­ra od Ognia, wład­czy­nię klej­no­tu Da­le­kie­go Po­łu­dnia, Bia­łe­go Ko­no­we­ryn.

Uniósł kie­lich wy­peł­nio­ny zło­tym trun­kiem. Ka­ile­an wsta­ła tak jak resz­ta i upi­ła łyk z krysz­ta­ło­we­go kie­li­cha. De­li­kat­ny, lek­ko kwa­sko­wa­ty po­smak kwia­tów i owo­ców po­draż­nił jej ję­zyk. To wino było lek­kie jak chmur­ka. Trze­ba bę­dzie z nim uwa­żać.

— Dzię­ku­ję. — De­ana d’Klle­an nie­znacz­nym mach­nię­ciem ręki po­dzię­ko­wa­ła za to­ast. — Mu­szę przy­znać, że słusz­nie mnie przed tobą ostrze­ga­no, ge­ne­ra­le.

— Ostrze­ga­no?

— Ow­szem. Mó­wio­no, że pod ma­ską twar­de­go żoł­nie­rza kry­je się zręcz­ny dwo­rza­nin i po­li­tyk.

Wład­czy­ni Ko­no­we­ryn za­kla­ska­ła po­now­nie i na stół za­czę­to wno­sić pa­ru­ją­ce pół­mi­ski. Ko­ron­ne miej­sce za­ję­ło ja­gnię pie­czo­ne w ca­ło­ści, lecz wo­kół nie­go już wkrót­ce roz­sia­dły się na­czy­nia z dro­biem, wie­przo­wi­ną, ry­ba­mi i pasz­te­ta­mi. Oraz ka­szą, ry­żem, so­cze­wi­cą po­da­wa­ną na przy­naj­mniej pięć spo­so­bów i ja­kimś tu­zi­nem so­sów. Ka­ile­an wes­tchnę­ła i zro­zu­mia­ła, że za­bra­nie Ber­de­tha ze sobą było błę­dem; te­raz mia­ła wra­że­nie, że każ­da ko­lej­na po­tra­wa roz­sa­dzi jej nos iście bo­skim aro­ma­tem, i le­d­wo na­dą­ża­ła z prze­ły­ka­niem śli­ny.

1 ... 142 143 144 145 146 147 148 149 150 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)