Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
— Jak zawędrowałeś na Północ?
— Najpierw przez Morze Awyjskie, nasłuchując, jak Nesbordczycy kują nową broń i szykują się do wypraw na południe. Potem szlakiem łowców skór przeszedłem Loharry, po czym skręciłem na wschód, wzdłuż granicy gór i lodu. Za ciężkie pieniądze wynająłem psi zaprzęg i dwóch myśliwych… Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem tych… — Dwoma palcami pokazał kły wystające z dolnej szczęki. — Aherowie. Na Południu słyszy się o nich tylko legendy.
— A na Północy wbijamy sobie nawzajem żelazo w bebechy. Chociaż więcej problemów jest ze zwykłymi bandytami. Ile czasu jechałeś?
To było podstępne pytanie. Jaka właściwie odległość dzieliła zachodni kraniec gór od obozowiska, w którym dostał łódź?
— Dość, by odmrozić sobie jajka — udzielił wymijającej odpowiedzi. — I to kilka razy. Jak wy tu wytrzymujecie?
— Nosimy ciepłe gacie.
— Ja też takie miałem, dopóki nie trafiliśmy na tamto obozowisko. To samo, które widzieliście i wy.
Strażnik uniósł brwi.
— Zaatakowali was?
Coś w jego głosie kazało Altsinowi uważać. Pamiętał obóz i otaczającą go aurę rozpaczy i śmierci. Nie było w niej jednak nienawiści i przemocy. Historyjka o bandzie dzikusów napadających na podróżnych wymagała korekty.
— Tak… a właściwie nie. Przyjęli nas dobrze… widziałeś ten obóz, prawda? Nasze psy… było rano, jeden z moich przewodników dawał im jeść, gdy kilku aherów rzuciło się na kawałki ryb, którymi je karmił. Nie wiem, co się właściwie stało, po prostu nagle ten idiota stał z nożem w ręce, a dwóch martwych dzikusów leżało u jego stóp. Potem reszta rzuciła się w naszą stronę. I na nasze psy. Powalili przewodnika na śnieg i w kilka chwil rozszarpali zwierzęta, zębami i pazurami… a ja… No co mam ci powiedzieć? — Altsin machnął ręką, jakby odpędzał od siebie natrętnego owada. — Że walczyłem do końca i bohatersko poległem? Chyba nie uwierzysz. Wyskoczyłem z namiotu, tak jak mnie widzisz, i pobiegłem przed siebie. Rzuciłem czar, wiatr powalił wszystko na mojej drodze i pognałem tam, gdzie widziałem łodzie. Na lądzie złapaliby mnie dość szybko, tylko na wodzie miałem szansę.
Złodziej postukał w wykonane z kości ożebrowanie statku.
— To jest całkiem przemyślna konstrukcja. I dość szybka, jeśli wspomoże się ją magicznym wiatrem. Ale zostałem tylko z tym, co mam na grzbiecie, zapasowe ubrania, żywność, kocioł do gotowania… wszystko przepadło. Potem płynąłem na wschód…
— Po co na wschód? — przerwał mu Gessen.
Altsin wzruszył ramionami, na to też przygotował sobie już odpowiedź.
— Najpierw spróbowałem na zachód, oczywiście. Ale pod wiatr i przeciw prądowi, w łodzi bez kila i z tym prymitywnym sterem, robiłem może węzeł na godzinę, i to używając magii niemal bez przerwy. Omal mi łeb nie pękł. Nie jestem bogiem, do cholery. Więc zawróciłem na wschód i płynąłem z prądem, aż usłyszałem twoje mamrotanie. Masz szczęście, że nad wodą głos niesie się daleko.
Gessen posłał mu dziwne spojrzenie, jakby ten temat go drażnił.
— Modliłem się. Nie pierwszy raz, ale nigdy jeszcze tak… — nie dokończył. — A gdy zauważyłem twoją łódź, w pierwszej chwili wydawało mi się, że przybył po mnie sam Reagwyr.
No proszę… Złodziej omal nie wyszczerzył się od ucha do ucha. Zamiast tego zapytał:
— Jesteś wyznawcą Pana Bitew?
— Wyznawcą? — Żołnierz zmarszczył brwi. — Nie. Raczej nie. Nie jestem zbyt religijny, nie wytatuowałem sobie Durwona ani nic w tym stylu. W górach lepiej liczyć na dobry topór, solidną linę i suche ubranie na zmianę. I towarzyszy z oddziału. Nie, nie czczę Pana Bitew, ja… wziąłem go sobie po prostu na patrona.
— Patrona?
— Patrona. Klękasz przed Matką, ale innym bogom możesz się przecież pokłonić. Tak działa świat.
— Ja wolę kłaniać się Bliźniętom Mórz — kolejne kłamstewko przeszło mu przez gardło bez najmniejszego wysiłku. — Ale słyszałem, że górale najczęściej wybierają Setrena jako boga wojowników.
Gessen skinął głową i uśmiechnął się z uznaniem, jakby Altsin właśnie rzucił jakąś bardzo mądrą uwagę.
— No właśnie. Prawie wszyscy w Straży wolą Byka. Więc gdy dochodzi do bitki, to cała kupa ludzi modli się do niego w tej samej chwili. A jak tylu naraz zawraca Rogatemu łeb, to nie ma szans, żeby wysłuchał wszystkich. Lepiej więc prosić o wsparcie Pana Bitew.
Cóż, trudno było odmówić temu rozumowaniu logiki.
— Sprytne.
— Też tak myślę. — Żołnierz mrugnął kpiąco i Altsin musiał przyznać, że podoba mu się takie zdroworozsądkowe, pozbawione fanatyzmu podejście do religii. — Ale jeśli ty służysz Bliźniętom, to może im powinienem złożyć ofiarę w podzięce za ratunek?
Niepokój ukłuł złodzieja ostro, jakby ktoś nagle dźgnął go szydłem. Nie. Nie ma mowy. Żaden z wyznawców Reagwyra nie będzie składał podziękowań tym ciapowatym, rozmamłanym…
Jego uśmiech musiał wyglądać niepokojąco, bo Gessen pochylił się do przodu i z wyraźną troską zapytał:
— Wszystko w porządku?
— Tak. W jak najlepszym…
Więc tak wyglądała zazdrość boga. Jakby małe dziecko musiało oddać innemu ukochaną zabawkę. Nawet po tylu tysiącleciach, po obłędzie i straceniu prawa do nazywania się bogiem ludzi, bo bogowie powinni być bytami z choć odrobiną prawości, a nie bydlakami kąpiącymi pół świata we krwi, Bitewna Pięść wciąż odczuwał zwykłą, parszywą zawiść na myśl o tym, że „jego” czciciel mógłby okazywać wdzięczność innemu Nieśmiertelnemu.
Nie, nie Bitewna Pięść. Te emocje były tak intensywne i żywe, jakby dotyczyły Altsina osobiście. Objęcie duszy boga niosło o wiele więcej niż tylko dary i potęgę.
No, skurwielu, prawie zaklął przez zaciśnięte zęby, w tym przypadku twoje uczucia się nie liczą. Pokażę ci, czym jest szczodrość i wspaniałomyślność.
— Lampka wypełniona wielorybim tranem z dodatkiem wonnych żywic powinna sprawić im radość — powiedział, choć miał wrażenie, że słowa są wielkimi, rozpalonymi do białości kulami żelaza, które musi z siebie wypluć. — A właściwie dwie, jedna dla Ganra, a druga dla jego siostry. Ganr woli sandarak, a Aelurdi zadowoli się szczyptą sproszkowanego bursztynu. Zamiast tego możesz jej zresztą ofiarować jakiś drobiazg z bursztynu, pierścionek, kolczyk, bransoletę. Wystarczy, że powiesisz go w kapliczce Bliźniąt albo ciśniesz w morze. Choć zapewniam cię, że kapłani woleliby to pierwsze rozwiązanie.