Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 138 139 140 141 142 143 144 145 146 ... 210
Перейти на страницу:

Alt­sin słu­chał uważ­nie, nie spusz­cza­jąc wzro­ku z twa­rzy żoł­nie­rza. Niby tam­ten nie miał żad­ne­go po­wo­du, by go okła­my­wać, ale… Cał­ko­wi­ta szcze­rość jest u lu­dzi rów­nie czę­sto spo­ty­ka­na co trze­cia ręka.

Ale opo­wieść roz­bit­ka była pro­sta i w grun­cie rze­czy cho­ler­nie prze­ko­nu­ją­ca. Ich od­dział do­stał roz­kaz, by strzec naj­da­lej wy­su­nię­tej na pół­noc prze­łę­czy. Od­kry­li obo­zo­wi­sko ahe­rów, któ­rzy naj­wy­raź­niej szy­ko­wa­li się do zło­że­nia wi­zy­ty Im­pe­rium – to wy­ja­śnia­ło, dla­cze­go na prze­łę­czy sta­ły set­ki lu­dzi – po czym zo­sta­li po­sta­wie­ni przez naj­po­tęż­niej­sze­go aher­skie­go sza­ma­na w sy­tu­acji bez wyj­ścia. Imię, któ­re pa­dło – Bo­re­hed, było tym sa­mym, któ­re Alt­sin usły­szał w obo­zo­wi­sku. I zło­dziej mógł na­wet zro­zu­mieć, dla­cze­go do­wód­ca Gór­skiej Stra­ży zde­cy­do­wał się na sza­leń­czą mi­sję, za­miast ry­zy­ko­wać wal­kę; z pięć­dzie­się­cio­ma ludź­mi nie za bar­dzo miał po­zy­cję do ne­go­cja­cji. Na­to­miast póź­niej hi­sto­ria Ges­se­na sta­wa­ła się cha­otycz­na i dziw­na. To zna­czy, by­ła­by taka, gdy­by nie po­twier­dza­ła po­dej­rzeń Alt­si­na co do na­tu­ry po­tę­gi, któ­ra tak wku­rzy­ła Pa­nią Lodu.

Jak wró­ci, bę­dzie mu­siał bar­dzo po­waż­nie po­ga­dać z Oumem.

Ale na ra­zie, żeby nie wy­paść z roli, mu­siał uda­wać za­sko­cze­nie i scep­ty­cyzm.

— Pły­wa­ją­ca góra? Je­steś pe­wien?

Żoł­nierz po­ki­wał gło­wą.

— Tak. Czar­na jak noc, wiel­ka jak mia­sto. Dłu­ga na pół mili, albo i wię­cej. Wy­ło­ni­ła się z mgły, kru­sząc lód i pę­dząc na nas. Na­sze psy nie były dość szyb­kie, by uciec, więc za­ata­ko­wa­li­śmy.

— Co zro­bi­li­ście?

— Za­ata­ko­wa­li­śmy tę górę. Jej grzbiet był po­chy­ły — Ges­sen po­ka­zał dło­nią jak bar­dzo — więc… no wiesz… moż­na było na nie­go wje­chać. No to spró­bo­wa­li­śmy, tak jak i resz­ta. Nam się nie uda­ło.

Tyl­ko tyle, kil­ka słów na naj­bar­dziej nie­zwy­kłą opo­wieść, jaką Alt­sin sły­szał od dłuż­sze­go cza­su. Pal li­cho bo­gów i ich sta­re grze­chy i ta­jem­ni­ce. Ci żoł­nie­rze ru­szy­li do sztur­mu na pły­ną­cą mię­dzy kra­mi ru­cho­mą górę.

Sza­leń­cy. Cu­dow­ni sza­leń­cy.

— I co po­tem?

— Na­sze psy i sa­nie wpa­dły do wody, a my zna­leź­li­śmy się na krze. Dry­fo­wa­li­śmy. Dni i noce. Lód to­pił się cho­ler­nie szyb­ko, szcze­li­ny mię­dzy kra­mi ro­sły w oczach, raz uda­ło nam się prze­sko­czyć na więk­szy ka­wa­łek, ale woda po­rwa­ła go i wy­nio­sła na otwar­te mo­rze. Więc cze­ka­li­śmy…

— Na śmierć?

— Na co­kol­wiek.

Ges­sen spoj­rzał na zło­dzie­ja z gry­ma­sem, któ­ry mógł zna­czyć wszyst­ko. Gniew, dumę, roz­ba­wie­nie.

— Uto­nię­cie to kiep­ska śmierć dla gó­ra­la. Więc trzy­ma­li­śmy się tej kry, na­wet gdy nie­wie­le z niej zo­sta­ło i woda za­czę­ła mo­czyć nam tył­ki. Ale, jak wi­dać, war­to było cze­kać.

Żoł­nierz prze­rwał, spoj­rzał na Alt­si­na uważ­nie, a jego gry­mas zmie­nił się w uprzej­my uśmiech.

— Wy­bacz cie­ka­wość, ale co cza­row­nik z da­le­kie­go mia­sta robi tu­taj, na Pół­no­cy?

Uprzej­mość uprzej­mo­ścią, lecz te­raz, gdy straż­nik od­po­czął i na­brał sił, mu­siał za­da­wać so­bie cho­ler­nie dużo py­tań.

Zło­dziej po­słał mu zmę­czo­ne i po­iry­to­wa­ne spoj­rze­nie. Jak za­pew­ne zro­bił­by to ja­kiś aro­ganc­ki mag.

— Nie wy­star­czy ci, że wy­cią­gną­łem was z wody?

— Po­win­no wy­star­czyć. Ale mój oj­ciec mó­wił do­kład­nie to samo do każ­de­go zło­wio­ne­go ło­so­sia. Więc zro­zum cie­ka­wość…

Uśmiech Ges­se­na na­dal był uprzej­my, lecz z jego oczu wy­zie­ra­ła ostroż­ność.

Alt­sin wes­tchnął.

— Pró­bu­ję się do­wie­dzieć, jak wiel­kie kło­po­ty cze­ka­ją na­sze stat­ki w nad­cho­dzą­cych la­tach. Ile pi­rac­kich ło­dzi po­że­glu­je na po­łu­dnie i jak wiel­ką flo­tę po­win­no wy­sta­wić mia­sto, by je po­wstrzy­mać. A naj­waż­niej­sze: co się tu do cho­le­ry sta­ło i czy z tego po­wo­du Nes­bord­czy­cy za­czną w tym roku spra­wiać więk­sze kło­po­ty niż zwy­kle.

— Nie ro­zu­miem.

— Cze­go? — Przy­szła pora na ko­lej­ny frag­ment jego ba­jecz­ki, choć tym ra­zem skła­da­ją­cy się w ca­ło­ści z praw­dy. — Gil­dia Gam­lesh zaj­mu­je się spra­wa­mi mo­rza, bo Ar-Mit­tar z mo­rza żyje. I od lat ob­ser­wu­je­my nes­bordz­ki marsz na po­łu­dnie. Wy­pły­wa­ją z wysp i fior­dów na Mo­rzu Awyj­skim, cza­sem han­dlu­jąc, a cza­sem ra­bu­jąc co się da, a nie­kie­dy na­wet za­kła­da­jąc nowe osa­dy i pod­bi­ja­jąc nowe zie­mie. Gdy lato jest dłu­gie, a Pani Lodu nie sza­le­je zbyt­nio, Nes­bord­czy­cy po­lu­ją na lisy, foki, mor­sy i wie­lo­ry­by, po czym pły­ną na Po­łu­dnie z fu­tra­mi, skó­ra­mi i becz­ka­mi tra­nu. Po dro­dze han­dlu­jąc z kim się da. Ale jak zima jest dłu­ga, a po­lo­wa­nia kiep­skie… Je­dy­ne, co wio­zą ich ło­dzie, to stal i sznu­ry do pę­ta­nia jeń­ców.

Alt­sin splu­nął w dłoń i wy­tarł śli­nę o maszt. Na zdu­mio­ne spoj­rze­nie żoł­nie­rza od­po­wie­dział kwa­śnym uśmie­chem.

— Nie pluj do mo­rza, bo ob­ra­zisz Bliź­nię­ta — wy­ja­śnił.

Bo­go­wie, ta rola – cza­row­nik z por­to­we­go mia­sta, ma­ją­cy ma­ry­nar­skie na­wy­ki i ma­ry­nar­skie spoj­rze­nie na świat – wcią­ga­ła go z każ­dym zda­niem i ge­stem. Uśmiech­nął się w du­chu. Na­praw­dę mi­ną­łeś się z po­wo­ła­niem, su­kin­sy­nu.

— To, co się tu dzia­ło — zło­dziej za­to­czył ręką wo­kół — przy­cią­gnę­ło uwa­gę nie tyl­ko na­szej gil­dii. Kup­cy han­dlu­ją­cy z pół­noc­ny­mi księ­stwa­mi do­no­si­li od dłuż­sze­go cza­su, że na mo­rzu nie wi­dać nes­bordz­kich ło­dzi z fu­tra­mi i wie­lo­ry­bim tłusz­czem. Czy­li nad­cho­dzi­ły kło­po­ty. Wy­sła­no nas trzech, że­by­śmy spraw­dzi­li, co się dzie­je na Pół­no­cy, i szyb­ko od­kry­li­śmy, że nie cho­dzi o zwy­kłą prze­dłu­ża­ją­cą się zimę. Pani Lodu wal­czy­ła z kimś… czymś za­cie­kle. Moi to­wa­rzy­sze… — Alt­sin prze­wró­cił oczy­ma i wy­ko­nał lek­ce­wa­żą­cy gest ręką — …uzna­li, że trze­ba jak naj­szyb­ciej do­star­czyć te wie­ści do Ar-Mit­tar. A ja po­sta­no­wi­łem spraw­dzić, co się wła­ści­wie dzie­je.

— Cie­ka­wość to pa­skud­na ce­cha.

— Może. Nie za­sta­na­wia­łem się nad tym. Poza tym, żoł­nie­rzu, sam po­wi­nie­neś wie­dzieć, jak cza­sem wy­glą­da­ją spra­wy. Trzech lu­dzi idzie na zwiad, dwóch wra­ca z ni­czym, a trze­ci przy­pro­wa­dza jeń­ca i garść pism zdo­by­tych na wro­gu. Kogo cze­ka awans?

— To za­le­ży od tego, jak gów­nia­na jest ar­mia, w któ­rej słu­ży.

— Ra­cja. Ale w gil­dii ma­gów… cza­sem jak w ar­mii, mu­sisz się wy­ka­zać. Gdy nie masz ko­nek­sji…

Ostroż­nie, upo­mniał się z lek­kim roz­ba­wie­niem. Nie roz­wi­jaj tu po­sta­ci zbun­to­wa­ne­go sa­mot­ni­ka, któ­re­go nikt nie do­ce­nia. Do­bre kłam­stwo jest jak naj­prost­sze.

Jed­nak Ges­sen wy­glą­dał na cał­kiem prze­ko­na­ne­go jego ba­jecz­ką.

1 ... 138 139 140 141 142 143 144 145 146 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)