Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 140 141 142 143 144 145 146 147 148 ... 210
Перейти на страницу:

Przez chwi­lę czuł się ni­czym naj­więk­szy ską­piec świa­ta zmu­szo­ny do od­da­nia peł­nej zło­ta sa­kiew­ki. A po­tem przy­szła taka ulga, jak­by ktoś zdjął mu z ple­ców ty­siąc­fun­to­wy głaz. Żeby ukryć to, co się z nim dzie­je, zło­dziej po­chy­lił się i lek­ko do­tknął gło­wy nie­przy­tom­ne­go męż­czy­zny. Jesz­cze wie­czo­rem go­rącz­ka zda­wa­ła się wy­pa­lać go od środ­ka i po­cił się ob­fi­cie, ale te­raz czo­ło żoł­nie­rza było le­d­wo cie­płe i su­che.

— Twój to­wa­rzysz ma się le­piej.

— Jo­dła za­wsze był twar­dy. Po­wi­nie­neś wi­dzieć, co wy­pra­wiał, gdy tra­fi­li­śmy do… Nie, nie­waż­ne, to za dłu­ga opo­wieść. Jak nie umarł do tej pory, bę­dzie żył. Choć pew­nie obu­dzi się głod­ny.

Alt­sin zer­k­nął przez ra­mię w stro­nę, gdzie słoń­ce wła­śnie za­czę­ło ma­lo­wać nie­bo czer­wie­nią.

— Są­dzisz, że resz­ta two­je­go od­dzia­łu pły­nie na tym czymś… na tej czar­nej wy­spie?

— Są­dzę, że to był sta­tek. — Ges­sen wy­ka­zał się prze­ni­kli­wo­ścią, o któ­rą zło­dziej ni­g­dy by nie po­dej­rze­wał zwy­kłe­go żoł­nie­rza. — Duży sta­tek.

— Skąd ten po­mysł?

— Bo góry są z ka­mie­nia, a ka­mień nie pły­wa, cza­row­ni­ku. A gdy dry­fo­wa­li­śmy na krze, przez kil­ka pierw­szych go­dzin uno­si­ły się wo­kół nas róż­ne rze­czy. Wy­ło­wi­łem z wody coś ta­kie­go. — Żoł­nierz się­gnął do kie­sze­ni ka­fta­na i rzu­cił Alt­si­no­wi czar­ny dro­biazg wiel­ko­ści po­ło­wy dło­ni. — To drew­no z tego stat­ku.

Zło­dziej zła­pał dre­wien­ko i po­czuł się, jak­by w ręce wpa­dła mu za­klę­ta w czerń bły­ska­wi­ca. Mro­wie­nie prze­szy­ło go od stóp do głów, przez chwi­lę nie mógł zła­pać od­de­chu.

Jego do­my­sły na te­mat tego, czym jest moc, któ­ra wal­czy­ła z Pa­nią Lodu, aż do tej pory były tyl­ko zga­dy­wa­niem. Och, Oum rzu­cał licz­ne alu­zje i aż się trząsł, le­d­wo tłu­miąc emo­cje, ale na­wet gdy Alt­sin opusz­czał Amo­ne­rię, drzew­ny bo­żek nie zdra­dził, ja­kich wie­ści wła­ści­wie ocze­ku­je. Ale te­raz zło­dziej trzy­mał w ręku praw­dzi­wy do­wód.

To był ten sam ro­dzaj drew­na, z któ­re­go zbu­do­wa­ne było „cia­ło” boż­ka Se­ehij­czy­ków. Ten sam drob­ny, nie­mal nie­wi­docz­ny układ sło­jów, taka sama nie­zwy­kła twar­dość. Tyl­ko ko­lor był inny – za­miast za­schnię­tej krwi ma­to­wa czerń.

— Uśmie­chasz się, jak­byś wy­rzu­cił garść szó­stek w ko­ści, cza­row­ni­ku.

W gło­sie Ges­se­na nie było nic poza naj­czyst­szym za­in­te­re­so­wa­niem, ale Alt­sin nie dał się na­brać. Ten żoł­nierz wal­czył i słu­żył od zbyt wie­lu lat, by ufać każ­de­mu, kogo spo­tka, na­wet je­śli ten ktoś wła­śnie oca­lił mu ży­cie. Może i ku­pił hi­sto­ryj­kę o wy­pra­wie ma­gów z Po­łu­dnia, ale na­dal od­ru­cho­wo szu­kał w niej dziur. Pod tym wzglę­dem byli bar­dzo po­dob­ni do sie­bie.

Alt­sin uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej. Tak jak zro­bił­by to mag, któ­ry do­strzegł ży­cio­wą szan­sę.

— W nie­któ­rych miej­scach na za­chod­nim wy­brze­żu na­dal po­wta­rza się garść le­gend o stat­kach wiel­kich jak mia­sta, któ­re kie­dyś od­pły­nę­ły na pro­mie­niach słoń­ca w dal — za­czął. — Albo baj­ki o chłop­cu, któ­ry za­ko­chał się w dziew­czy­nie z ta­kie­go okrę­tu, a gdy ta zni­kła, ska­mie­niał z roz­pa­czy i tkwi na nad­mor­skiej ska­le ob­ro­śnię­ty pą­kla­mi, cze­ka­jąc na jej po­wrót. Są też opo­wie­ści o tym, że kie­dyś te okrę­ty po­wró­cą z ła­dow­nia­mi wy­peł­nio­ny­mi zło­tem skra­dzio­nym słoń­cu i na­sta­ną cza­sy po­wszech­nej szczę­śli­wo­ści i do­bro­by­tu.

Tak na­praw­dę to tyl­ko opo­wieść o chłop­cu za­mie­nio­nym w ka­mień i cze­ka­ją­cym na swo­ją mi­łość była praw­dzi­wą nad­mor­ską le­gen­dą, choć nie od­no­si­ła się bez­po­śred­nio do Nie­śmier­tel­nej Flo­ty. I pra­wie każ­de mia­sto i wio­ska na wy­brze­żu mia­ła swo­je­go „za­ko­cha­ne­go”, czy­li ja­kiś przy­po­mi­na­ją­cy ludz­ką syl­wet­kę ka­mień tkwią­cy w wo­dzie. Ale zło­dziej się nie bał, że żoł­nierz za­rzu­ci mu kłam­stwo. Kto mógł­by znać wszyst­kie le­gen­dy i ba­śnie dłu­gie­go na ty­siąc mil wy­brze­ża?

— Na­sza gil­dia in­te­re­su­je się ta­ki­mi hi­sto­ria­mi — do­dał. — Bo je­śli to je­den z tych stat­ków… je­śli jest praw­dzi­wy… czło­wie­ku…

— Co? Zo­sta­niesz ar­cy­mi­strzem?

— Srać na gil­dię. Ja mu­szę go zo­ba­czyć. Jego albo co­kol­wiek, czym to jest.

Wy­mie­ni­li szcze­re uśmie­chy, po czym Alt­sin stęk­nął i pod­niósł się na nogi.

— Puść mnie do ste­ru. Zo­ba­czy­my, czy dam radę coś jesz­cze wy­ci­snąć z tej łód­ki.

Rozdział 30

Ma­ahir uniósł łeb, roz­ło­żył uszy i wy­dał z sie­bie prze­cią­głe, wy­zy­wa­ją­ce trą­bie­nie. Sa­miy po­kle­pał go czu­le po gło­wie i po­wie­dział:

— Na­dal jest zły, bo nie może ma­sze­ro­wać z in­ny­mi sło­nia­mi.

De­ana po­pra­wi­ła się na le­żan­ce, prze­cią­gnę­ła, aż coś trza­snę­ło jej w ra­mio­nach.

— To on nie wie, jaki za­szczyt go spo­ty­ka, że może no­sić na grzbie­cie Pło­mień Aga­ra?

Chło­pak od­wró­cił się i pu­ścił jej oczko.

— Sło­nie szcza­ją na za­szczy­ty. Praw­dę po­wie­dziaw­szy, są tak wiel­kie, że szcza­ją na wszyst­ko. Ale le­piej, że nie ma­sze­ru­je z resz­tą, bo jest tam kil­ka mło­dych sam­ców, któ­re chęt­nie rzu­ci­ły­by mu wy­zwa­nie, i mie­li­by­śmy nie­ustan­ne kło­po­ty. Sa­mi­ce le­piej kon­tro­lu­ją sta­do.

— Mi to mó­wisz?

Kor­nak uśmiech­nął się na mo­ment, ale za­raz spo­waż­niał.

— Wie­le z nich nie wró­ci do domu.

— Idzie­my na woj­nę, Sa­miy. Nie chcia­łam jej, ale nie mam wy­bo­ru. I do­brze wiem, jak wie­le sło­ni może zo­stać za­bi­tych albo ran­nych. Tak jak wiem, że jesz­cze wię­cej lu­dzi spo­tka ten sam los. Jak so­bie ra­dzi Brim­gorn? — Dziw­nie było pro­sić dzie­się­cio­lat­ka, by oce­niał męż­czy­znę, któ­ry mógł­by być jego dziad­kiem, ale De­ana ufa­ła opi­niom chłop­ca.

Sa­miy wzru­szył ra­mio­na­mi. Za ta­kie ge­sty go ko­cha­ła, kor­nak był je­dy­ną oso­bą w ca­łym obo­zie, któ­ra ośmie­la­ła się za­cho­wy­wać w ten spo­sób w jej to­wa­rzy­stwie. Jak­by mia­ła przy so­bie od­mło­dzo­ną wer­sję tru­ci­cie­la z jego zło­śli­wo­ścia­mi i bez­czel­no­ścią.

— Jest mą­dry. Zna się na sło­niach jak nie­wie­lu in­nych. I wie, jak wy­ko­rzy­stać je w trak­cie bi­twy, a nu­awa­chi mu ufa­ją.

— To do­brze. — De­ana unio­sła się z pół­le­żą­cej po­zy­cji i ro­zej­rza­ła wo­kół.

Ma­ahir wę­dro­wał po­środ­ku ko­lum­ny Ba­wo­łów. Od­dzia­ły cięż­kiej pie­cho­ty, li­czą­ce po stu dwu­dzie­stu lu­dzi, ma­sze­ro­wa­ły kar­nie przed nim, za nim i wo­kół nie­go. Wczo­raj po­sta­no­wio­no, że ar­mia po­rzu­ci na je­den dzień dro­gę, któ­ra choć utwar­dzo­na, była krę­ta i tak wą­ska, że woj­ska Ko­no­we­ryn mu­sia­ły­by roz­cią­gnąć się na niej w dłu­gie­go na dzie­sięć mil węża. Ide­al­na sy­tu­acja na za­sadz­kę. Za­miast tego we­szli na sze­ro­ką rów­ni­nę, wy­su­szo­ną i twar­dą, po któ­rej wozy mo­gły po­ru­szać się nie­wie­le wol­niej niż po dro­dze, a trzy­dzie­ści pięć ty­się­cy lu­dzi mo­gło przy­jąć szyk znacz­nie lep­szy do obro­ny i ata­ku. Ba­wo­ły po­środ­ku, Sło­wi­ki na obu skrzy­dłach i w da­le­kiej awan­gar­dzie, sło­nie i od­dzia­ły na­jem­ni­ków z tyłu. Krę­pa, zwar­ta for­ma­cja, któ­ra umoż­li­wia­ła szyb­kie roz­bi­ja­nie i zwi­ja­nie obo­zów i dzię­ki któ­rej mo­gli­by szyb­ko sta­nąć do bi­twy.

1 ... 140 141 142 143 144 145 146 147 148 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)