Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 141 142 143 144 145 146 147 148 149 ... 210
Перейти на страницу:

A bi­twa zbli­ża­ła się nie­uchron­nie. Pod wie­czór po­win­ni do­trzeć do miej­sca, gdzie Tos me­an­dro­wa­ła wście­kle, two­rząc dwa wiel­kie za­krę­ty, na­zy­wa­ne po­wszech­nie „tył­kiem”. Tam na­po­ją zwie­rzę­ta i lu­dzi, od­pocz­ną i je­śli uda im się utrzy­mać tem­po wę­drów­ki, za trzy dni znaj­dą się pod Po­mwe.

De­ana po­zdro­wi­ła mach­nię­ciem ręki kil­ku to­wa­rzy­szą­cych jej Sło­wi­ków. Ko­nie żoł­nie­rzy na­dal bo­czy­ły się i par­ska­ły, nie­za­do­wo­lo­ne z to­wa­rzy­stwa sło­nia, ale jeźdź­cy pa­no­wa­li nad nimi bez pro­ble­mów. Resz­ta jej przy­bocz­nych je­cha­ła kil­ka­dzie­siąt kro­ków za Ma­ahi­rem, od cza­su do cza­su prze­krzy­ku­jąc się i wy­mie­nia­jąc obe­lgi z pie­szy­mi. Na­słu­chi­wa­ła tych „dys­ku­sji” uważ­nie, cięż­kie sło­wa i zło­śli­we ge­sty la­ta­ły tam i z po­wro­tem, prze­ry­wa­ne re­gu­lar­ny­mi sal­wa­mi śmie­chu. Mo­ra­le ar­mii sta­ło wy­so­ko, a tra­dy­cyj­na ry­wa­li­za­cja mię­dzy Ro­da­mi Woj­ny ustę­po­wa­ła po­czu­ciu pew­ne­go bra­ter­stwa. I Ba­wo­ły, i Sło­wi­ki wy­wo­dzi­li się z żoł­nie­rzy-nie­wol­ni­ków, a ich wróg był te­raz gdzie in­dziej.

To bar­dzo do­brze.

Od dwóch dni w cza­sie każ­dej na­ra­dy pró­bo­wa­no usta­lić ja­kąś stra­te­gię na nad­cho­dzą­cą bi­twę, kło­pot jed­nak po­le­gał na tym, że poza ogól­ną li­czeb­no­ścią bun­tow­ni­ków nie wie­dzie­li zbyt wie­le. Ile i jaką pie­cho­tę miał Krwa­wy Ka­hel­le? Ilu strzel­ców i kon­nych? Czy pod­cią­gnął pod mia­sto ta­bor, jak zro­bił to w cza­sie po­przed­niej bi­twy, czy też nie?

Ostat­nie ra­por­ty z Po­mwe mó­wi­ły, że od­dzia­ły Uawa­ri Nahs, któ­re bra­ły udział w ma­sa­kro­wa­niu ge­ghij­skiej ar­mii na ra­zie nie po­ja­wi­ły się pod mia­stem. Gdzie są te­raz? Co ro­bią? Ilu ich jest? Czy po­rzu­ci­ły me­ekhań­skich sprzy­mie­rzeń­ców i po­wę­dro­wa­ły na oj­czy­ste rów­ni­ny, czy też prze­ciw­nie, zbie­ra­ją siły na nad­cho­dzą­cą bi­twę? De­ana do­brze pa­mię­ta­ła De­me­nayę – Kró­lo­wą Nie­wol­ni­ków, i je­śli męż­czyź­ni z jej ludu na­praw­dę byli tak samo wiel­cy jak ona, na­le­ża­ło li­czyć się z ich siłą.

Kłót­nie i dys­ku­sje trwa­ły cały czas. De­ana po­dzi­wia­ła za­wzię­tość, z jaką obaj af’ge­mi­dzi i część wyż­szych ofi­ce­rów bio­rą­cych udział w na­ra­dach prze­rzu­ca­li się woj­sko­wą ter­mi­no­lo­gią, swo­bo­dę, z jaką kre­śli­li na ma­pach śmia­łe ma­new­ry i za­ska­ku­ją­ce kontr­ata­ki. Szyb­ko za­uwa­ży­ła, że w cza­sie tych pa­pie­ro­wych starć ar­mia bun­tow­ni­ków za­wsze za­cho­wy­wa­ła się tak, jak ży­czy­li so­bie tego ko­no­wer­scy do­wód­cy, od­dzia­ły nie­wol­ni­ków ule­ga­ły uni­ce­stwie­niu albo ucie­ka­ły w pa­ni­ce wte­dy, gdy było to jej ofi­ce­rom na rękę, i ni­g­dy nie pró­bo­wa­ły kontr­ata­ko­wać ani za­sta­wiać pu­ła­pek.

Woj­na na ma­pie za­wsze jest peł­na ła­twych zwy­cięstw.

Nie wtrą­ca­ła się w te kłót­nie. Czu­ła, że wszy­scy ci męż­czyź­ni po­trze­bu­ją ich, że w ja­kiś spo­sób po­ma­ga im to roz­ła­do­wać na­pię­cie. W cza­sie praw­dzi­wej bi­twy nie bę­dzie cza­su na próż­ne roz­wa­ża­nia, zo­sta­ną tyl­ko ból i krew.

Od czo­ła roz­cią­gnię­tej na milę ar­mii ga­lo­po­wał jeź­dziec, wy­ma­chu­jąc czer­wo­ną szma­tą. Po­sła­niec z waż­ny­mi wie­ścia­mi.

— Pani!

Kon­ny spiął wierz­chow­ca kil­ka kro­ków od Ma­ahi­ra tak gwał­tow­nie, aż zwie­rzę za­rża­ło nie­za­do­wo­lo­ne i pra­wie przy­sia­dło na za­dzie. Po czym za­wró­cił w miej­scu i zrów­nał się ze sło­niem.

— Pani. Zna­leź­li­śmy ich.

— Kogo? — Wi­zja ar­mii nie­wol­ni­ków, któ­ra wy­szła z lasu, by wy­dać im bi­twę, zmro­zi­ła jej krew w ży­łach.

— Me­ekhań­czy­ków. Ge­ne­ra­ła La­skol­ny­ka i resz­tę. To zna­czy — po­sła­niec wy­da­wał się za­kło­po­ta­ny — oni…

— Cze­ka­li na was?

— Tak, pani. Cze­ka­li. I pro­szą o zgo­dę na au­dien­cję.

Za­sta­no­wi­ła się. Do roz­bi­cia wie­czor­ne­go obo­zo­wi­ska mie­li jesz­cze co naj­mniej dwie go­dzi­ny. List z me­ekhań­skiej am­ba­sa­dy, któ­ry mia­ła wrę­czyć sław­ne­mu do­wód­cy, je­chał gdzieś na wo­zach wraz z na­mio­tem i resz­tą jej rze­czy. Nie za­trzy­ma mar­szu ca­łej ar­mii, by go zna­leźć.

— Prze­każ, że spo­tkam się z nim wie­czo­rem, jak już roz­bi­je­my obóz. Z nim i z jego ludź­mi. Za­pra­szam ich na ko­la­cję. Nie mu­szą za­kła­dać uro­czy­stych stro­jów.

* * *

— Go­to­wa? Wszy­scy cze­ka­ją.

Da­ghe­na wsa­dzi­ła gło­wę do na­mio­tu i zmie­rzy­ła ją kry­tycz­nym spoj­rze­niem. Ka­ile­an spoj­rza­ła na nią wro­go. Ta cho­le­ra już zdą­ży­ła się wy­szy­ko­wać?

— Jed­no sło­wo, Dag — wy­ce­dzi­ła przez zęby. — Jed­no sło­wo, a przy­się­gam, że cię wal­nę i pój­dziesz na tę całą ucztę z pod­bi­tym okiem. I nie rób mi tu prze­cią­gu, bo wszy­scy za­raz za­czną się ga­pić.

Ka­ile­an pró­bo­wa­ła wła­śnie za­ło­żyć naj­czyst­szą ko­szu­lę, jaką mia­ła, gdy w wej­ściu do na­mio­tu uka­za­ła się też twarz Lei. Dziew­czy­na zdą­ży­ła już się umyć, wpleść we wło­sy garść ko­lo­ro­wych pa­cior­ków i ma­znąć oczy kred­ką. Kred­ką! Bo­go­wie, w tych swo­ich ju­kach ona na­praw­dę wozi wszyst­ko.

— Albo cyc­ki ci zma­la­ły, albo ro­bisz się co­raz młod­sza — stwier­dzi­ła Lea po­waż­nie. — Po­win­naś chy­ba wię­cej jeść.

— Za­mknij się, bo nie rę­czę za sie­bie. — Ka­ile­an wy­gra­ła wresz­cie wal­kę z opor­ny­mi gu­zi­ka­mi, się­gnę­ła po gor­set i za­czę­ła ko­lej­ną bi­twę, z ta­siem­ką, któ­ra za cho­le­rę nie chcia­ła dać się prze­pleść przez ha­ft­ki. — Resz­ta już go­to­wa?

— Oczy­wi­ście. Wiesz, jak to jest z chło­pa­mi, za­ło­żą czy­ste onu­ce, wy­cze­szą reszt­ki ostat­nie­go obia­du z wą­sów i już są go­to­wi. — Da­ghe­na za­pre­zen­to­wa­ła olśnie­wa­ją­cy uśmiech. — A je­śli mowa o cze­sa­niu, po­ży­czyć ci zgrze­bło?

Ka­ile­an za­wią­za­ła zgrab­ną ko­kard­kę pod biu­stem, kon­sta­tu­jąc z pew­nym nie­po­ko­jem, że Lea chy­ba ma ra­cję – przez ostat­ni mie­siąc zde­cy­do­wa­nie zro­bi­ła się jak­by młod­sza.

1 ... 141 142 143 144 145 146 147 148 149 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)