Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
A bitwa zbliżała się nieuchronnie. Pod wieczór powinni dotrzeć do miejsca, gdzie Tos meandrowała wściekle, tworząc dwa wielkie zakręty, nazywane powszechnie „tyłkiem”. Tam napoją zwierzęta i ludzi, odpoczną i jeśli uda im się utrzymać tempo wędrówki, za trzy dni znajdą się pod Pomwe.
Deana pozdrowiła machnięciem ręki kilku towarzyszących jej Słowików. Konie żołnierzy nadal boczyły się i parskały, niezadowolone z towarzystwa słonia, ale jeźdźcy panowali nad nimi bez problemów. Reszta jej przybocznych jechała kilkadziesiąt kroków za Maahirem, od czasu do czasu przekrzykując się i wymieniając obelgi z pieszymi. Nasłuchiwała tych „dyskusji” uważnie, ciężkie słowa i złośliwe gesty latały tam i z powrotem, przerywane regularnymi salwami śmiechu. Morale armii stało wysoko, a tradycyjna rywalizacja między Rodami Wojny ustępowała poczuciu pewnego braterstwa. I Bawoły, i Słowiki wywodzili się z żołnierzy-niewolników, a ich wróg był teraz gdzie indziej.
To bardzo dobrze.
Od dwóch dni w czasie każdej narady próbowano ustalić jakąś strategię na nadchodzącą bitwę, kłopot jednak polegał na tym, że poza ogólną liczebnością buntowników nie wiedzieli zbyt wiele. Ile i jaką piechotę miał Krwawy Kahelle? Ilu strzelców i konnych? Czy podciągnął pod miasto tabor, jak zrobił to w czasie poprzedniej bitwy, czy też nie?
Ostatnie raporty z Pomwe mówiły, że oddziały Uawari Nahs, które brały udział w masakrowaniu geghijskiej armii na razie nie pojawiły się pod miastem. Gdzie są teraz? Co robią? Ilu ich jest? Czy porzuciły meekhańskich sprzymierzeńców i powędrowały na ojczyste równiny, czy też przeciwnie, zbierają siły na nadchodzącą bitwę? Deana dobrze pamiętała Demenayę – Królową Niewolników, i jeśli mężczyźni z jej ludu naprawdę byli tak samo wielcy jak ona, należało liczyć się z ich siłą.
Kłótnie i dyskusje trwały cały czas. Deana podziwiała zawziętość, z jaką obaj af’gemidzi i część wyższych oficerów biorących udział w naradach przerzucali się wojskową terminologią, swobodę, z jaką kreślili na mapach śmiałe manewry i zaskakujące kontrataki. Szybko zauważyła, że w czasie tych papierowych starć armia buntowników zawsze zachowywała się tak, jak życzyli sobie tego konowerscy dowódcy, oddziały niewolników ulegały unicestwieniu albo uciekały w panice wtedy, gdy było to jej oficerom na rękę, i nigdy nie próbowały kontratakować ani zastawiać pułapek.
Wojna na mapie zawsze jest pełna łatwych zwycięstw.
Nie wtrącała się w te kłótnie. Czuła, że wszyscy ci mężczyźni potrzebują ich, że w jakiś sposób pomaga im to rozładować napięcie. W czasie prawdziwej bitwy nie będzie czasu na próżne rozważania, zostaną tylko ból i krew.
Od czoła rozciągniętej na milę armii galopował jeździec, wymachując czerwoną szmatą. Posłaniec z ważnymi wieściami.
— Pani!
Konny spiął wierzchowca kilka kroków od Maahira tak gwałtownie, aż zwierzę zarżało niezadowolone i prawie przysiadło na zadzie. Po czym zawrócił w miejscu i zrównał się ze słoniem.
— Pani. Znaleźliśmy ich.
— Kogo? — Wizja armii niewolników, która wyszła z lasu, by wydać im bitwę, zmroziła jej krew w żyłach.
— Meekhańczyków. Generała Laskolnyka i resztę. To znaczy — posłaniec wydawał się zakłopotany — oni…
— Czekali na was?
— Tak, pani. Czekali. I proszą o zgodę na audiencję.
Zastanowiła się. Do rozbicia wieczornego obozowiska mieli jeszcze co najmniej dwie godziny. List z meekhańskiej ambasady, który miała wręczyć sławnemu dowódcy, jechał gdzieś na wozach wraz z namiotem i resztą jej rzeczy. Nie zatrzyma marszu całej armii, by go znaleźć.
— Przekaż, że spotkam się z nim wieczorem, jak już rozbijemy obóz. Z nim i z jego ludźmi. Zapraszam ich na kolację. Nie muszą zakładać uroczystych strojów.
* * *
— Gotowa? Wszyscy czekają.
Daghena wsadziła głowę do namiotu i zmierzyła ją krytycznym spojrzeniem. Kailean spojrzała na nią wrogo. Ta cholera już zdążyła się wyszykować?
— Jedno słowo, Dag — wycedziła przez zęby. — Jedno słowo, a przysięgam, że cię walnę i pójdziesz na tę całą ucztę z podbitym okiem. I nie rób mi tu przeciągu, bo wszyscy zaraz zaczną się gapić.
Kailean próbowała właśnie założyć najczystszą koszulę, jaką miała, gdy w wejściu do namiotu ukazała się też twarz Lei. Dziewczyna zdążyła już się umyć, wpleść we włosy garść kolorowych paciorków i maznąć oczy kredką. Kredką! Bogowie, w tych swoich jukach ona naprawdę wozi wszystko.
— Albo cycki ci zmalały, albo robisz się coraz młodsza — stwierdziła Lea poważnie. — Powinnaś chyba więcej jeść.
— Zamknij się, bo nie ręczę za siebie. — Kailean wygrała wreszcie walkę z opornymi guzikami, sięgnęła po gorset i zaczęła kolejną bitwę, z tasiemką, która za cholerę nie chciała dać się przepleść przez haftki. — Reszta już gotowa?
— Oczywiście. Wiesz, jak to jest z chłopami, założą czyste onuce, wyczeszą resztki ostatniego obiadu z wąsów i już są gotowi. — Daghena zaprezentowała olśniewający uśmiech. — A jeśli mowa o czesaniu, pożyczyć ci zgrzebło?
Kailean zawiązała zgrabną kokardkę pod biustem, konstatując z pewnym niepokojem, że Lea chyba ma rację – przez ostatni miesiąc zdecydowanie zrobiła się jakby młodsza.