Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Trzej muszkieterowie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Trzej muszkieterowie

Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:

Najsłynniejsza powieść Aleksandra Dumasa ojca, której akcja toczy się w XVII wieku za panowania Ludwika XIII. Bohater książki, ubogi gaskoński szlachcic d’Artagnan i jego trzej przyjaciele: Atos, Portos i Aramis przeżywają mnóstwo zaskakujących przygód w świecie pełnym intryg, pojedynków, zdrad, miłosnych namiętności... Ze wszystkich opresji wychodzą obronną ręką, bowiem postępują wedle skutecznej zasady: “Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”.
1 ... 142 143 144 145 146 147 148 149 150 ... 167
Перейти на страницу:

Jedno spojrzenie rzucone na Milady dało mu poznać, co się dzieje w jej duszy.

— Tak — powiedział — nie zabijesz mnie dzisiaj, nie masz broni, a zresztą mam się na baczności. Zabrałaś się już do mojego biednego Feltona; był pod twoim piekielnym wpływem, ale chcę go uratować, nie zobaczy cię więcej, wszystko skończone. Przygotuj swoje rzeczy, jutro wyjeżdżasz. Naznaczyłem wyjazd na dwudziestego czwartego, ale doszedłem do wniosku, że im prędzej, tym lepiej. Jutro w południe otrzymam rozkaz zesłania podpisany przez Buckinghama. Jeśli, zanim znajdziesz się na statku, powiesz do kogokolwiek choćby słowo, mój sierżant zastrzeli cię, otrzymał już rozkaz; jeśli na statku odezwiesz się słowem bez zezwolenia kapitana, kapitan każe cię strącić do morza, rzecz już umówiona. Do widzenia, tyle miałem ci dziś do powiedzenia. Jutro odwiedzę cię, żeby się z tobą pożegnać!

Co powiedziawszy, baron wyszedł.

Milady wysłuchała całej tej groźnej tyrady z uśmiechem pogardy na ustach, ale z wściekłością w sercu.

Podano kolację. Milady czuła, że trzeba jej sił, nie wiedziała, co może się stać podczas nadchodzącej groźnej nocy: wielkie chmury toczyły się po niebie, a dalekie błyskawice zapowiadały burzę.

Około dziesiątej wieczorem zaczęła się burza. Milady poczuła ulgę widząc, że natura podziela niepokój jej duszy; pioruny huczały w powietrzu jak gniew w jej sercu; wydawało jej się, że burza przechodząc targa włosy nad jej czołem tak samo, jak zgina gałęzie drzew i unosi ich liście; wyła jak huragan i jej głos ginął w wielkim głosie przyrody, która również zdawała się jęczeć z rozpaczy.

Nagle usłyszała pukanie do okna i w świetle błyskawicy ujrzała twarz mężczyzny za kratą.

Podbiegła do okna i otworzyła je.

— Feltonie! — zawołała. — Jestem uratowana!

— Tak — rzekł Feston — ale cicho, cicho! Trzeba mi czasu na przepiłowanie krat. Patrz tylko, żeby nie zauważyli przez okienko.

— Oto dowód, że Bóg jest z nami, Feltonie — odpowiedziała Milady. — Zabili okienko deską.

— To dobrze, Bóg zmącił im rozum! — rzekł Felton.

— Ale co mam zrobić? — zapytała Milady.

— Nic, nic; zamknij tylko okno. Idź spać albo przynajmniej połóż się do łóżka w ubraniu; kiedy skończę, zapukam w szybę. Ale czy zdołasz pójść ze mną?

— O, tak!

— Twoja rana?

— Boli, ale nie przeszkadza mi chodzić.

— Bądź więc gotowa na pierwszy znak.

Milady zamknęła okno, zgasiła lampę i położyła się na łóżku, jak jej zalecił Felton. Wśród jęków burzy słyszała zgrzyt piły o kratę, w świetle błyskawic widziała cień Feltona za oknem.

Spędziła godzinę nie oddychając, drżąca, czoło miała zroszone potem, serce ściśnięte straszliwą obawą przy każdym odgłosie z korytarza.

Są takie godziny, co trwają lata.

Po godzinie Felton znowu zapukał.

Milady wyskoczyła z łóżka i pośpieszyła otworzyć. W kracie było o dwa pręty mniej, tak że powstał otwór, którym mógł przedostać się człowiek.

— Czy jesteś gotowa? — zapytał Felton.

— Tak. Czy mam coś zabrać?

— Złoto, jeśli je masz.

— Tak, na szczęście mi go nie zabrano.

— Tym lepiej, ja wydałem wszystko, co miałem, na barkę.

— Bierz — rzekła Milady podając Feltonowi worek pełen luidorów.

Felton wziął worek i rzucił go na dół.

— A teraz czy zechcesz zejść?

— Jestem gotowa.

Milady weszła na fotel i wychyliła się przez okno; ujrzała, że młody oficer wisi na sznurowej drabince nad przepaścią.

Po raz pierwszy odruch strachu przypomniał jej, że jest kobietą. Ta przepaść przerażała ją.

— Obawiałem się tego — rzekł Felton.

— To nic, to nic — powiedziała Milady. — Zejdę z zamkniętymi oczami.

— Czy masz do mnie zaufanie? — rzekł Felton.

— Jak możesz pytać!

— Daj mi obie ręce; skrzyżuj je. Dobrze.

Felton związał jej przeguby chustką, a na chustce zawiązał sznur.

— Co czynisz? — zapytała Milady ze zdumieniem.

— Obejmij mnie ramieniem za szyję i nie bój się niczego.

— Ależ stracisz przeze mnie równowagę i zabijemy się oboje.

— Bądź spokojna, jestem marynarzem.

Nie było sekundy do stracenia; Milady objęła Feltona za szyję ramionami i wyśliznęła się przez otwór.

Felton zaczął zstępować po drabince powoli, stopień za stopniem. Mimo ciężaru dwóch ciał podmuch huraganu kołysał ją w powietrzu.

Nagle Felton zatrzymał się.

— Cicho! — rzekł. — Słyszę kroki.

— Jesteśmy zgubieni!

Zapadła cisza na kilka chwil.

— Nie — rzekł Felton — to nic.

— Ale co to za odgłosy?

— To patrol robi obchód.

— Którędy prowadzi ich droga?

— Tuż pod nami.

— Zobaczą nas.

— Nie, jeśli nie będzie błyskawic.

— Potrącą dół drabinki.

— Na szczęście jest za krótka o sześć stóp.

— Oto oni, mój Boże!

— Cicho!

Oboje zawiśli bez ruchu, zatajając oddech, dwadzieścia stóp nad ziemią; tymczasem żołnierze przechodzili dołem śmiejąc się i rozmawiając.

Była to straszliwa chwila dla zbiegów.

Patrol przeszedł; usłyszeli oddalające się kroki i zamierające głosy.

— Teraz jesteśmy uratowani — rzekł Felton.

Milady westchnęła i zemdlała.

Felton schodził dalej. U dołu drabinki, kiedy nie czuł już oparcia pod stopami, czepiał się muru rękoma; wreszcie na ostatnim stopniu zawisnął na rękach i znalazł się na ziemi. Schylił się, podniósł worek ze złotem i chwycił go zębami.

Potem wziął Milady w ramiona i ruszył szybko w przeciwnym kierunku niż patrol. Niebawem zboczył z drogi patrolu, zszedł po skałach i znalazłszy się na brzegu morza zagwizdał.

Odpowiedziano mu takim samym sygnałem; w pięć minut później ukazała się barka z czterema ludźmi.

Barka zbliżyła się do brzegu na taką odległość, na jaką pozwalała wysokość wody; Felton wszedł do wody aż po pas, nie chcąc powierzyć nikomu swego cennego ciężaru.

Na szczęście burza cichła z wolna, jednak morze wciąż jeszcze nie było spokojne; mała barka skakała po falach jak łupina orzecha.

— Do statku — rzekł Felton. — Wiosłujcie żywo!

Czterej mężczyźni pochylili się nad wiosłami, ale morze było zbyt niespokojne, by mogli pokierować barką.

Ale oddalali się od zamku, a to było najważniejsze.

Noc była ciemna choć oko wykol i niepodobna było dostrzec brzegu z barki, a tym bardziej barkę z brzegu.

Czarny punkt kołysał się na morzu.

Był to statek.

Podczas gdy barka posuwała się naprzód pod silnymi uderzeniami wioseł, Felton rozwiązał sznur, a potem chustkę, które krępowały ręce Milady.

Kiedy ręce miał już wolne, zaczerpnął wody morskiej i prysnął jej w twarz.

Milady westchnęła i otworzyła oczy.

— Gdzie jestem? — zapytała.

— Jesteś ocalona — odparł młody oficer.

— Och, ocalona, ocalona! — zawołała. — Tak, oto niebo, oto morze! To powietrze, którym oddycham, jest powietrzem wolności. Ach, dzięki, Feltonie, dzięki!

Młodzieniec przycisnął ją do serca.

— Ale co z moimi rękami? — zapytała Milady. — Bolą mnie tak, jakby zgniecione w kleszczach.

1 ... 142 143 144 145 146 147 148 149 150 ... 167
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)