Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
Obudziłem się przygnębiony i na kacu. Byłem przekonany, że jest późno i zaspałem rozpaczliwie — ale pora była wczesna, a z wykopalisk właśnie wracała nocna zmiana kopaczy z kilofami, kielniami, miotełkami i notesami, wyśpiewując przezabawne marszowe piosenki. Wybudowali w klauzurze łaźnię, do której doprowadzili gorącą wodę z wulkanicznych źródeł: pod wodospadami z pionowych rur można było w dziesięć sekund opłukać się do czysta. Wytrzymałem pod jednym z nich tak długo, aż zabrakło mi tchu, wyszedłem i odczekałem, aż wykonany z nowomaterii zawój osuszy mi skórę. Trochę mnie to otrzeźwiło, ale główną przyczyną mojego skwaszenia był wstrząs wywołany powrotem do świata matemowego, z jego zupełnie odmiennym poczuciem czasu niż to, do którego zdążyłem już przywyknąć extramuros. Sprawę pogarszał fakt, że nikt mi na razie nie wyłożył reguł rządzących moim nowym domem — a ten do złudzenia przypominał cartaski matem, z tą różnicą, że nikt nie kazał mi składać przysięgi i miałem poczucie, że mogę w każdej chwili wyjść przez bramę na zewnątrz. Jego mieszkańcy twierdzili, że żyją w matemie, na użytek ludzi, którzy mogliby nie zrozumieć prawdy. Maskowali się, udając deklarantów, i na dobrą sprawę nie było to nawet kłamstwo, ponieważ poświęcali się swojej pracy z takim samym animuszem jak mieszkańcy Saunta Edhara — a może nawet większym, skoro nie godzili się na to, żeby jakiś regulamin czy widzimisię Inkwizycji przeszkadzały im w codziennych obowiązkach.
Fraa Landasher złapał mnie wychodzącego z kąpieli i przedstawił mi suur Spry, która była w przybliżeniu moją rówieśniczką. A właściwie nie tyle przedstawił, ile przypomniał, ponieważ to ona powitała mnie dzień wcześniej przy bramie. W niepokojący sposób przypominała mi Alę. Fraa Landasher nalegał, że jeśli chcę zobaczyć wykopaliska, powinienem się pospieszyć, ponieważ niedługo zrobi się zbyt gorąco. Suur Spry miała być moją przewodniczką; przygotowała już nawet kosz piknikowy z przekąską na drogę. Widziałem po ich minach, że spodziewają się po mnie wybuchu entuzjazmu — i trudno im się było dziwić. Ja jednak musiałem udawać wdzięczność, ponieważ przede wszystkim chciałem obudzić Orola i przedyskutować z nim palące problemy sekularne.
Nie wiedząc, co się wydarzy przy bramie, umówiłem się z Cord, Yulem, Gnelem i Sammannem, że jeśli deklaranci wpuszczą mnie do środka, oni poczekają jeszcze godzinę, a jeśli przez ten czas nic się nie stanie, wrócą do obozowiska i odczekają trzy dni, zanim znów pojawią się pod matemem. Ja przez ten czas miałem spróbować dać im znać, co mają robić dalej. Miałem świadomość, że czas ucieka, i prawdę mówiąc, nie paliłem się do wycieczek w towarzystwie świeżo poznanych dziewczyn, dlatego w markotnym humorze wszedłem na rampę, niosąc przewieszony przez ramię kosz z jedzeniem.
Kiedy jednak dotarłem na dół, mój nastrój zmienił się diametralnie: wystarczyło, że zrzuciłem sandały i poczułem pod stopami te same kamienie, po których stąpał Adrakhones; stanąłem na schodach świątyni, gdzie Diax wymachiwał grabiami; zobaczyłem na własne oczy analemmę, przy której pokolenia kapłanów-fizjologików odprawiały certyfik; przeszedłem po Dziesięciokącie, na którym stał pogrążony w zadumie Metekoranes, kiedy wulkaniczny popiół przysypywał Orithenę.
— Znaleźliście go? — zapytałem Spry chwilę później, kiedy zajadaliśmy owoce z kosza i popijaliśmy je wodą.
— Kogo? Metekoranesa?
— Mhm.
— Tak. Jego pierwszego szukaliśmy… To znaczy, szukali. Moi poprzednicy. I znaleźli stojący…
Zawahała się, rozdarta między uniesieniem i odrazą.
— Szkielet?
— Odlew. Kompletny odlew. Możesz go obejrzeć, jeśli chcesz. Oczywiście nie ma dowodów na to, że to faktycznie Metekoranes; mamy tylko domysły, idealnie wpisujące się w legendę. Stał nawet ze spuszczoną głową, jakby rzeczywiście wpatrywał się w mozaikę.
Plac, na którym zasiedliśmy do pikniku (ten sam, na którym został pogrzebany Metekoranes), był teglonem co się zowie: płaski, dziesięciokątny, mierzący w poprzek dobre dwieście stóp, wyłożony gładkimi płytami marmuru. W starożytności był wykafelkowany ceramicznymi płytkami. Płytki pochodziły z siedmiu różnych form i miały siedem różnych kształtów, tak dobranych, że można było z nich stworzyć nieskończoną liczbę deseni — czego nie da się zrobić z kwadratami lub trójkątami, które tworzą powtarzalne układy, nie pozostawiając układającemu wyboru. Z teglonem rzecz wyglądała inaczej: dysponując odpowiednio dużą liczbą płytek, można było tworzyć wciąż nowe wzory. Nawet teraz po placu walały się setki kafelków; w paru miejscach było widać małe mozaiki ułożone przez nowych oritheńczyków. Przykucnąłem nad jedną z nich. Spojrzałem pytająco na Spry.
— Śmiało — powiedziała. — To współczesne kopie. Znaleźliśmy oryginalne formy.
Wziąłem do ręki jedną z płytek, mającą akurat kształt rombu. Jej powierzchnię przecinał rowek łączący łukiem dwie ściany. Zaniosłem ją do najbliższego wierzchołka Dziesięciokąta i położyłem: rozwarty kąt idealnie pasował do narożnika.
— No proszę… Zaczynamy od najtrudniejszego kawałka, co? — zakpiła ze mnie Spry.
Okręciła się na pięcie i poszła prosto do przeciwległego wierzchołka, gdzie również położyła pierwszą płytkę. Ja tymczasem zebrałem więcej kafelków i udało mi się natrafić na próbki wszystkich siedmiu rodzajów. Wybrałem jeden z nich na chybił trafił i przyłożyłem do rombu. On również miał na powierzchni wyrytą krzywą (wszystkie płytki były tak ozdobione), obracałem go więc i przekładałem tak długo, aż udało mi się zrobić z niej przedłużenie łuku z rombu. W kąt między tymi dwiema płytkami wpasowałem trzecią, co otworzyło możliwość dołożenia czwartej, piątej i dalszych.
Teglon mnie wciągnął. Celem zabawy było pokrycie całego Dziesięciokąta mozaiką w taki sposób, żeby zdobiący kafelki rowek tworzył nieprzerwaną krzywą od początkowego wierzchołka aż do końcowego (naprzeciwległego, w którym suur Spry położyła swoją płytkę) i przechodził przez wszystkie użyte w układance płytki. Początki były łatwe, układanie przychodziło mi naturalnie, ale od pewnego momentu dwa cele układanki — pokrycie całej powierzchni Dziesięciokąta oraz ułożenie nieprzerwanej krzywej — zaczynały się ze sobą kłócić. Ułożywszy całkiem obiecujący ciąg kafelków, musiałem go na chwilę porzucić, kiedy się okazało, że nie da się go z niczym połączyć, i dopiero po dłuższym czasie udało mi się do niego podejść z drugiej strony. Zadowolony z siebie pracowałem dalej, ale wkrótce utknąłem w takim miejscu, że w trzech miejscach jednocześnie miałem oderwane kawałki krzywej i straciłem wszelką nadzieję, że uda mi się je w przyszłości połączyć. Jeden z głównych problemów stanowiło ułożenie kafelków na obwodzie Dziesięciokąta; płytki układane w środku wydawały się znacznie mniej interesujące — ale to było tylko złudzenie, bo przecież ułożenie tej w samym środku determinowało położenie wszystkich kafelków w całym Dziesięciokącie.
Starożytni oritheńczycy przypuszczali (chociaż nie umieli tego udowodnić), że płytki w teglonie są aperiodyczne, czyli że żaden ułożony z nich wzór nie będzie się powtarzał. Rozwiązanie teglonu byłoby łatwe, żeby nie powiedzieć: automatyczne, gdybym dysponował kwadratami, trójkątami lub dowolnym innym okresowym zestawem płytek. W przypadku zestawu aperiodycznego ułożenie mozaiki było niemożliwe, a z pewnością wysoce nieprawdopodobne dla kogoś pozbawionego boskiego daru widzenia całego układu jednocześnie. Metekoranes był przekonany, że taki układ istnieje w Hylaejskim Świecie Teorycznym i dlatego teglon może rozwiązać tylko ktoś, kto potrafi zajrzeć do HŚT.